fot. archiwum parafii z sercem
Oborniki Śląskie: proboszcz, który śpiewa gospel i parafia z sercem [ROZMOWA]
W tej parafii nie chodzi tylko o wezwanie Najświętszego Serca Jezusa. Tu „serce” to sposób działania: otwartość, radość i wspólnota. W tym kościele w Obornikach Śląskich wiara to nie teoria, a codzienne spotkanie z drugim człowiekiem, o czym w rozmowie z Karolina Binek opowiedział proboszcz ks. Grzegorz Skałecki, który oprócz swoich duszpasterskich zadań prowadzi również warsztaty gospel.
Karolina Binek (misyjne.pl): Na Facebooku można znaleźć parafię pod nazwą „Parafia z sercem”. Dlaczego właśnie tak?
Ks. Grzegorz Skałecki: – To bardzo naturalne. Nasza parafia jest pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa, więc sama nazwa do tego nawiązuje. Ale chcieliśmy, by to nie było tylko wezwanie, lecz także duchowy kierunek. Chcemy być wspólnotą otwartą, z sercem dla ludzi. Taka nazwa więc pasuje do nas idealnie.
Widać to również w mediach społecznościowych. I po publikowanych tam postach można dojść do wniosku, że otwarty jest nie tylko ksiądz, lecz także parafianie.
– Staramy się, by to „otwarcie” i bycie „z sercem” nie było tylko w teorii, ale również w praktyce i byśmy razem szli tą drogą. Parafia żyje wtedy, gdy żyją w niej ludzie, gdy chcą coś współtworzyć, gdy czują się odpowiedzialni. W tym kierunku idziemy.
Skąd w ogóle pomysł, by parafia, w której jest ksiądz proboszczem była tak otwarta i by realizowane w niej było tak wiele różnych inicjatyw?
– Szczerze mówiąc – trudno mi sobie wyobrazić inną parafię. Dla mnie to oczywiste. Kościół nie może być zamknięty w swoim grajdołku, czekając, aż ktoś przyjdzie. Mamy być apostołami, mamy wychodzić do ludzi, szukać ich, zapraszać, zachęcać. Jezus też nie czekał w miejscu. On wychodził do ludzi. Staram się po prostu robić to samo w naszych współczesnych realiach.

Jednym z przykładów takiego działania są spotkania dla kobiet. Skąd pomysł właśnie na tę inicjatywę?
– To zasługa s. Krzysztofy, która prowadzi ten cykl. Jest znana z takich spotkań, może nie na całym Śląsku, ale w wielu parafiach. Robi to w sposób bardzo konkretny i dobry. W poprzedniej parafii, w której byłem – w Bagnie, siostra również prowadziła podobne spotkania i pamiętam, że z miesiąca na miesiąc przybywało uczestniczek. Kobiety zapraszały siebie nawzajem. Gdy więc pojawiła się możliwość, by przyjechała również do nas, postanowiłem od razu działać. I te spotkania cieszą się dużym zainteresowaniem. Już na pierwsze przyszło około czterdziestu pań, co jest na początek świetnym wynikiem. Jednocześnie taka frekwencja pokazuje, że jest potrzeba rozmowy, wspólnoty oraz duchowego rozwoju w kobiecym gronie.
Parafianie sami również wychodzą z inicjatywami?
– Tak, i to jest najpiękniejsze. Większość tego, co dzieje się w parafii, jest właśnie ich pomysłem. Ja mogę ich czymś zainspirować, pomóc, ale jeśli nasza parafia ma żyć, to musi wychodzić do ludzi. I właśnie tak robimy.
Z parafialnego Facebooka można się dowiedzieć, że jedną z księdza pasji jest muzyka, a konkretnie gospel…
– To dłuższa historia. Wszystko zaczęło się jakieś 23 lata temu. Byłem wtedy wikariuszem, również w Obornikach Śląskich, tylko że w innej parafii i pracowałem z młodzieżą. Ktoś z młodych zaproponował, żeby pojechać na warsztaty gospel do Krakowa. To były czwarte takie warsztaty w Polsce – ogromne wydarzenie: pięciuset uczestników, koncert w Filharmonii. Było w tym tyle energii i radości, że od razu mnie to porwało.
Potem przez kilka lat jeździliśmy regularnie do Krakowa i do Łodzi, a kiedy zostałem proboszczem, zorganizowałem takie warsztaty w swojej parafii. Połączyliśmy to z odpustem. To było piękne doświadczenie. I wtedy już wiedziałem, że warto działać u nas także w taki sposób.
Czyli muzyka była obecna w księdza życiu już wcześniej?
– Tak, zdecydowanie. Jeszcze w seminarium, w naszym zgromadzeniu salwatorianów, mieliśmy zespół muzyczny. Całkiem dobry, graliśmy w wielu parafiach i śpiewaliśmy. Muzyka od dawna więc była dla mnie sposobem modlitwy i wyrażania wiary.

Gospel w Polsce wciąż brzmi egzotycznie. Ludzie kojarzą go raczej ze Stanami Zjednoczonymi. Ludzie się nie dziwią, gdy ksiądz o tym wspomina?
– Dwadzieścia lat temu rzeczywiście można było spotkać się ze zdziwieniem. Wtedy gospel był czymś zupełnie nowym, mało kto go znał. Ale przez ostatnie dwie dekady ten nurt bardzo się rozwinął. W Polsce odbywają się dziesiątki warsztatów gospel – w dużych miastach i nawet w małych parafiach. Dziś to już dość znana forma modlitwy poprzez śpiew.
No właśnie… Taką muzyką można wielbić Boga?
– Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Gospel to muzyka wprost wielbiąca Boga. Jest radosna, poruszająca, otwierająca serce. Nie ma w niej smutku, jest wdzięczność i entuzjazm. To piękna forma modlitwy.
Jednocześnie jest to muzyka mocno obecna u protestantów. W Kościele katolickim księdza zdaniem jest dla niej miejsce?
– Rzeczywiście, w tradycji katolickiej dominuje muzyka poważniejsza, taka jak chorał gregoriański, klasyczne pieśni. One też są piękne i bardzo duchowe. Ale Kościół się rozwija, zmienia formy. Nie możemy zamykać się w jednym stylu. Dobre rzeczy warto także podpatrzeć u braci protestantów, bo jeśli coś pomaga ludziom modlić się sercem, to znaczy, że jest dobre.
>>> Karmelitanka Dzieciątka Jezus: habit nie chroni nas przed trudnościami [ROZMOWA]
Wydaje mi się też, że gospel może wnieść do mszy wiele radości.
– Radość, energię, wspólnotę. To nie jest zabawa w kościele, ale świętowanie wiary. Liturgia może być piękna, podniosła i jednocześnie pełna życia. Myślę, że wszyscy – młodzi i starsi – tego dzisiaj potrzebujemy.
Jak wyglądają warsztaty gospel od kulis?
– To naprawdę ciężka praca (śmiech). Zazwyczaj trwają półtora dnia – zaczynamy w sobotę, a kończymy w niedzielę. W sobotę odbywają się dwie długie sesje po cztery godziny, z krótką przerwą na kawę. W niedzielę rano próba, potem koncert finałowy. Uczestnicy – często amatorzy – uczą się w tak krótkim czasie dziewięciu, dziesięciu pieśni na trzy głosy, z solówkami.
Jak wygląda podział na głosy? Trudno to ogarnąć?
– Na początku warsztatów uczestnicy dzieleni są na głosy. Każda grupa ćwiczy osobno, a potem łączymy je w całość. To bardzo dynamiczne, a jednocześnie wymaga skupienia i pracy zespołowej. Ale efekt końcowy zawsze zapiera dech.
Zainteresowanie warsztatami rośnie z roku na rok? Coraz więcej osób chce do Was dołączyć?
– Trudno powiedzieć. Dziś takich wydarzeń jest więcej, więc ludzie mają większy wybór. Ale też – paradoksalnie – mają mniej czasu. Kiedyś łatwiej było poświęcić weekend na coś takiego. Dzisiaj każdy jest zabiegany. Jednak ci, którzy przychodzą, robią to z potrzeby serca. I to widać.
Nie każdy potrafi otworzyć się na taką formę modlitwy. Jak się do tego przekonać?
– Myślę, że trzeba takiej modlitwy po prostu doświadczyć. Usiąść, posłuchać, pozwolić, by muzyka dotknęła serca. Gospel to nie show, to uwielbienie. Kiedy człowiek przeżyje choć raz tę radość modlitwy śpiewem, już zawsze będzie do niej wracał.
Takie doświadczenie zmienia też księdza spojrzenie na wiarę?
– Muzyka potrafi otworzyć serce. Ale sam musiałem się do niej przekonać. We Wrocławiu co roku odbywa się wielbienie „wNieboGłosy”. Niezbyt chętnie chciałem w nim uczestniczyć, ponieważ nie lubię koncertów muzyki religijnej. Ale młodzi z mojej parafii bardzo chcieli jechać i mnie też do tego przekonali. Bardzo się zdziwiłem, bo przeżyłem tam zupełnie coś innego. To nie był koncert. A dwie godziny szczerego i głębokiego uwielbienia za sprawą zespołu Wrocław Wielbi. Wyszliśmy z tego spotkania poruszeni, z sercem otwartym na Boga. Co więcej – tak bardzo byłem zachwycony, że zaprosiłem ten zespół do naszej parafii. Po jego występie powiedziałem: „Bałem się, że będzie tutaj piękny koncert. A okazało się, że Wrocław naprawdę wielbi Boga”.
Znam osoby, które śpiewają na wielbieniach i mówią, że trudno im się wtedy skupić na modlitwie. Jak więc sprawić, by w śpiewie nie zgubić tego, co najważniejsze?
– Myślę, że to kwestia serca. Jeśli muzycy wiedzą, że to modlitwa, a nie koncert, wtedy Duch Święty działa. Publiczność przestaje być publicznością, a staje się wspólnotą. I wtedy dzieje się coś pięknego.
Aby wielbienie się udało, potrzebni są ludzie z talentami. A co dla księdza oznacza ten termin?
– Talent to dar od Boga. Każdy jakiś ma. Niektórzy mają ich więcej, inni mniej, ale każdy ma coś, czym może się podzielić. Czasem nawet mówi się, że brak talentu to też talent. Ale jednak dobrze jest rozwijać to, co w nas najlepsze.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Nie mów: „tak miało być”. Jak wspierać rodziców po stracie dziecka? [ROZMOWA]
Czy można jedną modlitwą uratować tysiąc dusz? [ROZMOWA]
„Stół na czterech nogach”. Jak budować trwałe małżeństwo? [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny