Fot. YouTube

Boże więzy miłości. O „Zimnej wojnie” raz jeszcze 

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Moja opinia z pewnością nie jest pełna, ponieważ widziałam ten film tylko raz, a to co najmniej kilka razy za mało.  

Napisano już setki polskich i zagranicznych recenzji „Zimnej wojny”. Trudno dodać cokolwiek. Każdy kadr tego filmu mógłby być osobnym zdjęciem na wystawie sztuki. Paweł Pawlikowski traktuje widza poważnie, stawia na proste dialogi i przede wszystkim prawdziwą grę aktorską. To naprawdę dojrzało kino.

Jako antropologa jednak to kino ujęło mnie już od pierwszych sekund, ponieważ (tutaj mały spoiler) film otwiera scena występu polskich dudziarzy, a potem muzyki i wiejskiej potańcówki. Widzimy Wiktora i Irenę, którzy niczym etnografowie próbują ocalić od zapomnienia autentyczną muzykę wiejską. Każda dalsza cześć filmu, w której słyszymy o „dwóch serduszkach”, to ewolucja nie tej piosenki, ale całej tożsamości kulturowej, która jest poddana presji historii. Opowieść Pawlikowskiego nie ośmiesza tej kultury, ale wydobywa z niej cały autentyzm, którego nam dzisiaj tak bardzo brakuje. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że odkłamuje stereotypy na temat tej ludowej kultury, jakie narosły przez lata w cepeliach i discopolowych konkursach wiejskich hitów. Pawlikowski odtwarza obraz ludzi i czasów, który został zmiażdżony przez komunizm (to ta genialna scena, w której Irena Bielecka – w tej roli świetna Agata Kulesza – protestuje przeciwko zmianom w repertuarze zespołu). Nawet nie chcę myśleć, ile pracy zostało poświęconej temu, by tę „pierwotną” kulturę przedstawić tak doskonale. Ile przesłuchań, ile ćwiczeń i przede wszystkim poszukiwania tych oryginalnych statystów.

„Zimna wojna” jest opisem historii miłosnej, która jest równie zimna co tytułowy komunistyczny konflikt ze światem Zachodu. Konflikt pomiędzy dwoma światami, które łączy uczucie, jakie trudno ogarnąć i którego nie można się wyprzeć. Bardzo poruszyło mnie to, co Paweł Pawlikowski mówił o „Zimnej wojnie” w wywiadzie Damiana Jankowskiego w „Więzi”: że jest to opowieść o potrzebie absolutnej miłości, którą tak naprawdę można otrzymać tylko od Boga. I Pawlikowski przedstawia niemal biblijny obraz tej Miłości, jak czytamy w Księdze Ozeasza:

Pociągnąłem ich ludzkimi więzami,
a były to więzy miłości.
Byłem dla nich jak ten, co podnosi
do swego policzka niemowlę –
schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go.
(Oz 11, 4) 

Oglądając kolejne sceny z życia Zuli i Wiktora, widzimy tak naprawdę przeskoki, kolejne etapy ich miłości. Trochę jak u Bergmana, w „Scenach z życia małżeńskiego”. Z jednej strony to opowieść ograniczona do dwóch osób, i z tego względu to bardzo intymny obraz. Z drugiej to rzeczywiście zimna wojna, a cały świat podzielony jest na dwa obozy. Widzimy więc zmagania dwójki bohaterów, na której życiowej linii przeplata się linia ówczesnej Europy, targanej niepokojami i konfliktami. Pawlikowski mówił o tym filmie, że to obraz świata, za którym tęskni, ponieważ przeszłość, o której opowiada, nie była wypełniona zbędnymi informacjami, hałasem i kolorem. Była kontrastowa. Czarno biała.

Znów nie mogę się powstrzymać, by nie porównać tej produkcji tym razem z „Różą” Wojciecha Smarzowskiego – nie ze względu na brutalność, której przecież na próżno szukać w „Zimnej wojnie” ale pokazanie miłości całkiem poważnie. Nie znajdziemy tutaj taniego wzruszenia, ale niezwykle głęboki obraz uczucia, które jest w pewnym sensie absolutne, które obejmuje całe życie człowieka, które mu towarzyszy i wciąż dojrzewa. Joanna Kulig naprawdę zasługuje na najwyższe uznanie. Udało jej się bowiem zagrać postać, która nie oszukuje widza grą aktorską, ale odsłania kolejne karty autentycznej historii zmagania się z miłością i z samą sobą.

Zobacz także
Wasze komentarze