fot. materiały promocyjne filmu

„Dopłyną czy nie – płacą tyle samo” [RECENZJA]

4 września do polskich kin wejdzie film „Ktoś całkiem obcy” („I was a stranger”), którego światowa premiera odbyła się już ponad dwa lata temu. Obraz, który na Berlinale zdobył Nagrodę Amnesty dla produkcji poruszającej temat praw człowieka i budującej społeczną wrażliwość jest bardzo poruszający i wstrząsający – i szkoda, że na polską premierę musiał czekać tak długo.

„Ktoś całkiem obcy” to produkcja ważna przede wszystkim z powodu poruszonego przezeń tematu – uchodźców. Na początku filmu poznajemy Amirę – Syryjke pracującą teraz w szpitalu w Chicago. Ale już po chwili cofamy się o kilka lat – by dowiedzieć się, w jaki sposób kobieta trafiła do tego miejsca. Amira pracuje w szpitalu w Aleppo. Jest lekarką „z powołania” – leczy, nie patrząc na to, po której stronie frontu był jeszcze przed chwilą jej pacjent. Pewnego dnia wraca z pracy do domu, są akurat jej urodziny. Przychodzi rodzina, odbywa się przyjęcie. Jest spokojnie. Zaraz na stole ma pojawić się urodzinowy tort. Ale nikt go nie zje, bo znikąd w budynek uderza bomba. I życie zmienia się na zawsze. Ten moment filmu mocno mną wstrząsnął. Twórcom udało się wywołać efekt zaskoczenia. Bo choć jesteśmy w Aleppo, ogarniętym przecież walkami, w Syrii przecież toczy się wojna domowa, to jednak także tam ludzie próbowali normalnie żyć. I taki prawie sielankowy obrazek z normalnego życia obserwowaliśmy na ekranie. Aż uderzyła bomba.

Pięć historii

Tak zaczyna się tułaczka Amiry i jej córki Rashy w poszukiwaniu lepszego życia. Kobiety muszą uciekać z Aleppo. Reżyser filmu, Brandt Andersen, zaproponował widzom historię o problemie uchodźstwa i migracji, ale też o tym, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić dla dobra swoich najbliższych. Jego film składa się z kilku części – w każdej z nich najważniejsza jest inna postać. Lekarka, żołnierz, przemytnik, poeta i kapitan prowadzą nas przez kolejne odsłony tej opowieści. Bo to historia wielowątkowa – ale prowadząca do momentu, w którym wszystkie wątki splatają się ze sobą. Porusza nas już mocno historia Amiry i Rashy, których życie z dnia na dzień – dosłownie – legło w gruzach. A potem poznajemy syryjskiego żołnierza, który zdaje się nie kierować w życiu żadnymi emocjami i zasadami moralnymi. Do czasu. A potem spotykamy przemytnika, który ma pomóc – za pieniądze – przeprawić się  uchodźcom przez Morze Śródziemne, z Turcji do Grecji. Chce zarobić pieniądze, by zabrać syna do Ameryki – „krainy spełnionych marzeń” (widz oglądający ten film zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo naiwnie przemytnik idealizuje Amerykę). To właśnie w części skupionej na przemytniku padają słowa z tytułu mego tekstu: „Dopłyną czy nie – płacą tyle samo”. Dla przemytnika najważniejsze są pieniądze, nie ludzie. Jest i opowieść o poecie, który chce zapewnić swojej rodzinie lepszy byt. Uciekają z obozu dla uchodźców, a na łodzi przemytnika poeta dostaje zadanie bycia jej kapitanem. Wreszcie piąta historia – greckiego kapitana, funkcjonariusza Straży Przybrzeżnej. Bohatera, który wciąż jest na służbie. Wątki wszystkich pięciu postaci wzajemnie się przenikają, czasem pewne sceny widzimy z różnych perspektyw. W swoim pełnometrażowym debiucie Andersen postanowił rozrzucić widzom puzzle – poszczególne opowieści – które dopiero na końcu, po „złożeniu” dają pełen obraz sytuacji.

>>> Co robi z nami władza? [RECENZJA]

fot. materiały promocyjne filmu

Wyrzut sumienia

To film ważny właśnie przez temat uchodźczy – i przez sposób jego ukazania. Powiem wprost – ten film to ogromny wyrzut sumienia dla zachodnich społeczeństw, które próbują odwracać głowę od tematu migrantów i uchodźców. To wyrzut sumienia dla wszystkich, którzy próbują ten temat zamiatać pod dywan. A nie da się przed nim uciec – on dotyczy teraz całego świata, a szczególnie mocno Europy. Uchodźcy ukazani w filmie są konkretnymi ludźmi, twórcy skupili się na ich osobistych historiach. Pokazali ludzi, którzy podejmują niezwykle trudne decyzje nie z powodu widzimisię, ale przez realną groźbę utraty życia, zdrowia, godności. To ludzie zmuszeni do ucieczki, których los nie oszczędza. I którzy podejmują odważny krok – próbują dotrzeć do lepszego świata. Ale ten krok jest też bardzo niebezpieczny – zwłaszcza gdy trafiają na dmuchane łodzie, na których stłoczeni po 30-40 osób wypływają na pełne morze. Tymi ludźmi kieruje desperacja – wiedzą, że gdyby zostali u siebie, to mogłoby już dawno ich nie być. Dlatego próbują przedostać się do Europy, choć ta podróż naznaczona jest ogromnym ryzykiem. I tu mogą stracić życie – w Morzu Śródziemnym utonęło już wielu ludzi, którzy próbowali ta drogą dostać się do „lepszego” świata. Film zresztą, zwłaszcza przez swoje bardzo gorzkie zakończenie, pokazuje, jak nierówno traktowani są w tym „lepszym” świecie. Choć nie musza już bać się o życie – to często traktowani są jak ludzie gorszej kategorii. Tak, ten film to wyrzut sumienia dla zachodnich, amerykańskich i europejskich, społeczeństw.

>>> Samotność superbohatera. Ludzkie oblicze Spider-Mana [RECENZJA]

fot. materiały promocyjne filmu

Gorzki film o życiu

Film mocno oddziaływa na emocje widza – zwłaszcza poprzez bardzo realistyczne obrazy. Twórcy zabierają widzów do ruin Aleppo, do tureckiego obozu dla uchodźców i przede wszystkim na łódź, w której uchodźcy przemierzają Morze Śródziemne, walcząc o życie z żywiołami. Możemy zobaczyć, jak wygląda codziennie walka setek ludzi o to, by dostać się do bezpieczniejszej Europy. Jak ogromnym narażeniem własnego życie jest próba dostania się na nasz kontynent. Te sceny naprawdę wstrząsają widzami. Trudno przejść obok nich obojętnie. Poruszają w nas najczulsze struny, wywołując ból, niepokój, a przede wszystkim wspomniane wyrzuty sumienia. Zdjęcia są bardzo realistyczne i pomagają nam lepiej zrozumieć, jak ogromne są dramaty, które dzieją się na morzu, w obozach, w miejscach, z których trzeba uciekać. Poruszają sceny, w  których widzimy ludzi traktowanych jak przedmioty. Są towarem dla tych, którzy chcą zarobić na ich dramacie. Oglądając ten film, nieraz zastanawiałem się, czy naszemu społeczeństwu uda się uratować człowieczeństwo i zachować przyzwoicie. Bo kwestia uchodźców ostatecznie sprowadza się właśnie do tych dwóch haseł – do człowieczeństwa i przyzwoitości. To zadania i wyzwania, które stoją dzisiaj przed nami. Czy obcego się bać, czy też potraktować go jak siostrę lub brata? Jak daną nam szansę? „Ktoś całkiem obcy” to dobrze zrobiony dramat poruszający tę kwestię. To też ważne zdanie w dyskusji nad kwestią uchodźców i migrantów. Zdanie oparte na pokazaniu dramatu jednostki – tu uchodźcy przestają być wielką grupą, a stają się bardzo konkretnymi osobami, jednostkami, których historię śledzimy. Ale, co też istotne, to nie jest historia, w której doczekamy się happy endu. Nie, koniec jest skomplikowany, mocno gorzki – jak życie. Bo właśnie o życiu, które potrafi rozpaść się na kawałki i które próbuje się poskładać na nowo opowiada film Brandta Andersena.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze