Gdy wojna za oknem

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Jesteś w czterech ścianach domu. Swojego domu. Te cztery ściany to jednocześnie ostatni skrawek wolności i domowe więzienie. Cztery ściany, w których jest życie. „W czterech ścianach życia” to film o próbie zachowania życia, jego uratowania. Życia jako takiego i jego godności. 

 Film przejmujący, bolesny. I choć wydaje mi się, że mam mocne nerwy, w czasie tego filmu miałem trudne momenty. Wciskały w fotel. To film o wojnie, ale nie jest to film wojenny. To film o reakcji na nią. Reakcji na cierpienie, ból, zło, które dzieją się tuż za oknem i które próbują wejść do środka, do domu. A dom to przecież świętość, której nikt nie powinien ważyć się naruszyć.  

 

 Te pytania zadawane są często przez dzieci rodzicom w normalnych czasach, bez toczącej się za oknem wojny. I rodzice na nie odpowiadają, ale bez łez w oczach. W tych okolicznościach nabierają konkretnego, realnego znaczenia. Gdy nie ma wojny, rodzice zazwyczaj odpowiadają: „każdy kiedyś umrze”. W sytuacji wojennej to „kiedyś” może oznaczać każdą nadchodzącą minutę, każdy najbliższy dzień. Pełniąca rolę głowy rodziny i gospodyni główna bohaterka odpowiada swojemu synowi krótko: „W moim domu nikt nie umrze”. Ten dom jest fundamentem, ostoją, skrawkiem stabilności. Chcą przynajmniej mocno w to wierzyć jego mieszkańcy. Jednak i ten dom – w środku – jest świadkiem trudnych, bolesnych chwil. Główną bohaterką jest kobieta w średnim wieku Oum Yazan (Hiam Abbas), która próbuje zachować względną normalność w odciętym od świata mieszkaniu. Pod jej opieką jest trójka dzieci, teść, służąca, chłopak jej córki oraz młoda matka z niemowlęciem. 

 W filmie ciekawe jest to, że dom nie jest bardzo dosłownie usytuowany w Syrii, w Damaszku. Wiemy, że to tam się dzieje, dzięki językowi używanemu przez bohaterów, przez to, o czym mówią. Jednak – i to jest dobre – pojawia się to rzadko i nienatarczywie. Ta wojna, ten dom może stać gdziekolwiek na ziemi, a akcja może rozgrywać się w jakimkolwiek czasie i pewnie wiele razy już tak było. Nie wiem, czy taki był zamysł reżysera, ale przynajmniej ja tak odbieram ten przekaz.  

 Na początku filmu poznajemy młodą parę. Mają już dziecko. Mężczyzna rozstaje się rano ze swoją dziewczyną (żoną?) i zmierza na spotkanie z dziennikarzem, który ma im pomóc wydostać się z ogarniętego wojną kraju. Mężczyzna – i nie zdradzam tu końcówki filmu – zostaje postrzelony tuż za przekroczeniem progu budynku, na podwórku. Przez okno widzi to kobieta, która pełni rolę pomocy domowej. Mówi o tym gospodyni, ale ta nakazuje milczenie w tej sprawie. Nie idą po ciało, bo to zbyt ryzykowne (snajper znowu może strzelić). Postanawiają, że przekazanie tragicznej wiadomości kobiecie (żonie?) mężczyzny przełożą na koniec dnia – to ten jeden dzień z życia w czasie wojny poznajemy, oglądając „W czterech ścianach”. A ta sytuacja z początku dnia to konfrontacja z tym, jak powiedzieć komuś o najgorszym: czy lepiej zachować milczenie (kłamać?), czy od razu wyznać prawdę? Jaka jest cena każdego z tych wyborów? 

 W ten sam dzień względny spokój i stabilizacja, która panuje w mieszkaniu, zostanie zakłócona przez wtargnięcie dwóch mężczyzn. Prawdopodobnie pełnią rolę swego rodzaju liderów lokalnej społeczności. Reszta rodziny kryje się w kuchni. Młoda kobieta nie zdążyła. Mężczyźni napastują ją i grożą gwałtem. W czasie filmu dowiadujemy się, że owa młoda kobieta to sąsiadka z wyższego piętra. Jej mieszkanie zostało zniszczone i splądrowane (zabrano nawet mleko dla dziecka), dlatego ona, wraz z mężem i dzieckiem, znalazła schronienie w tym mieszkaniu.  


 „W czterech ścianach” to swego rodzaju film psychologiczny (krytycy mówią też o „home invasion”, czyli horrorze o oblężonym domostwie). Pokazuje emocje, ból i cierpienie mieszkańców domu. Nie widzimy zniszczonego miasta, rannych i zabitych, wojska i rebeliantów na ulicach, spadające bomby tylko słyszymy. Cała akcja mieści się w owych czterech ścianach. Film opowiada o wojnie przez pryzmat rodziny i sąsiadów, autorzy filmu interesują się zwykłym, codziennym życiem ludzi podczas wojny. Widzimy to na ich twarzach, często pokazywanych w zbliżeniach. To wynik pracy pochodzącej z Poznania absolwentki łódzkiej filmówki Virginie Surdej. Wiele mówi angielski tytuł filmu: „Insyriated”.  

 

Reżyserowi chodzi o coś więcej niż tylko o sytuację w Syrii. Neologizm „Insyriated stanowi, zgodnie z wyjaśnieniami reżysera, termin analogiczny do „finlandyzacji” i „bałkanizacji” i opisuje precedens, który w przyszłości ma szansę stać się obowiązującą normą. Każda następna wojna będzie, wzorem tej ukazanej na ekranie, rozwlekła, bezwzględna i ukierunkowana głównie na cierpienie cywilów. Film Belga nie pozostawia wątpliwości: ostatnie, czego byśmy chcieli, to sprawdzić trafność jego przepowiedni na własnej skórze (krytyk Piotr Czerkawski dla „Filmweb”). 

 Belgijski reżyser stara się, by jego bohaterowie stali się nam bliscy. Podczas seansu nie sposób zorientować się ani kto właściwie do kogo strzela, ani z jaką stroną konfliktu sympatyzują mieszkańcy zniszczonej kamienicy. Zamiast polityki, liczy się wyłącznie instynktowna chęć przetrwania, obrony życia przed śmiercią.  

 Jak przeżyć? Jak wytrwać? Jak w czterech ścianach zachować życie dzisiaj i nadzieję na jutro? Film próbuje na to odpowiedzieć. To między innymi miłość kobiety do męża, przywiązanie gospodyni do domu jako fundamentu rodziny i życia generalnie. To także przywiązanie do wiary, które pokazuje dziadek (w ręku najczęściej ma różaniec i papierosa). Film zdobył nagrodę publiczności na ubiegłorocznym festiwalu w Berlinie. W głównej roli występuje wybitna izraelska aktorka Hiam Abbass, która międzynarodowej publiczności dała już się poznać za sprawą „Monachium” Stevena Spielberga czy „Exodus: Bogowie i królowie” Ridleya Scotta.  

 Trwająca od 2011 r. wojna w Syrii pochłonęła już 400 tysięcy ofiar, w tym ponad 100 tysięcy wśród ludności cywilnej (dane z listopada 2017 r.). Po lutowych atakach na Wschodnią Gutę przedstawiciele ONZ (m.in. francuski minister spraw zagranicznych Jean-Yves Le Drian) nazwali to, co dzieje się w Syrii, „kataklizmem humanitarnym”. Ten film powinni zobaczyć wszyscy ludzie odpowiedzialni za negocjacje dotyczące wojny w Syrii – mając na co dzień do czynienia z politycznym aspektem tego konfliktu mogą zapomnieć, jak wygląda tam codzienność. Ten film pokazuje też jasno, że nie zawsze Syryjczykom jesteśmy w stanie pomóc tam miejscu. Nawet, gdy nie chcą opuszczać swojego domu, niekiedy są do tego zmuszeni. Chociażby przez snajperów, którzy są tuż za oknem. Za oknem domu. 

Gdy wojna za oknem
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze