Hygge – sposób na życie czy ułuda szczęścia? 

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Pojęcie hygge ostatnio robi furorę. Nie jest nowością: w języku duńskim oznacza po prostu błogostan, relaks, cieszenie się chwilą – każdą prostą rzecz czy czynność powodującą, że czujemy się komfortowo. Duńczycy – a szerzej Skandynawowie – bardzo cenią sobie tak zwane drobne przyjemności, które dają poczucie szczęścia. 

Mój dziadek, sadowiąc się po południu w fotelu z kocem, herbatą, książką i lampą z abażurem haftowanym przez babcię nie miał zapewne pojęcia, że oto właśnie uprawia hygge. Po prostu odpoczywał po pracy. Kiedy brał mnie na kolana i opowiadał historie ze swojej młodości, czułam szczęście i przywiązanie. Wcale nie dlatego, że oto postanowiłam poczuć się hygge, tylko dlatego, że z jego osoby biła miłość i czułość w stosunku do wnuczki, a opowiadane historie były ciekawe i wciągające. Potem, w wieku nastoletnim, były wieczory przy ognisku, obozowe warty nad ranem z koncertem budzących się ptaków, kubek z herbatą w schronisku po całodniowej wędrówce, niespieszne pogaduchy z przyjaciółmi do samego rana. Dziś, we własnym domu, stawiam na stole świecę, czytam dzieciom na dobranoc przy przygaszonej lampie, otulona kocem popijam ostatnią tego dnia herbatę. Do ubiegłego roku nie miałam pojęcia, że oto właśnie wypełniam definicję hygge.  

Skąd biorą się takie trendy? Społeczeństwa zachodnie już kilka pokoleń temu zatraciły ideową podstawę bycia razem, jaką jest wspólnie i przez wszystkich stosowany kodeks etyczny i system wartości zakorzeniony w religii. To dzięki niemu każdy odczuwał obowiązek opowiedzenia dziecku rodzinnej historii, posadzenia rodziny przy jednym stole i zapalenia świecy, która symbolizuje obecność Jezusa wśród nas, a także czytania wieczorami (sobie i dzieciom), bo to poszerza horyzonty i daje wiedzę – by odnieść się tylko do tych trzech przykładów. To dla kształtowania charakteru i wytrwałości chodzimy na wyprawy czy wycieczki wymagające fizycznego wysiłku, po którym dobrze jest przysiąść z kubkiem gorącej herbaty w ręku. Drobne radości i przyjemności dnia codziennego nie są celem samym w sobie, ale elementem uzupełniającym i wynikiem czegoś o wiele ważniejszego. Współczesny zachodni świat serwuje nam namiastkę szczęścia w postaci jego zewnętrznych atrybutów: przedmiotów, dzięki którym można wytworzyć relaksujący i radosny nastrój. 

Kiedy postanowię, że teraz oto poczuję się hygge, wykonując jedną z powyższych czynności, a z tyłu głowy będzie kołatał się egzystencjalny niepokój, duchowa pustka, brak i niepozałatwiane międzyludzkie sprawy – to z dobrego samopoczucia nici. Bo nie te przedmioty i nie te wrażenia, choćby najpiękniejsze i najbardziej naturalne, są źródłem szczęścia. Mogą być co najwyżej jego dopełnieniem. Bez niego są kolejnym mirażem i ułudą, na której to ułudzie ktoś bardzo skwapliwie zarabia, produkując i sprzedając kubki, pościel w delikatne wzory, stylizowane koce, fotele, pachnące świeczki i lampy. Te przedmioty same w sobie oczywiście nie są złe. Są nawet piękne. Tyle tylko, że z mylenia przyczyny ze skutkiem, a szczęścia z przyjemnością jeszcze nigdy nie wynikło nic dobrego i trwałego.  

Hygge – sposób na życie czy ułuda szczęścia? 
6 (100%) 2 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze