święci

fot. Domena Publiczna

O trzech łotrach, którzy doigrali się… świętości

10 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Zbrodniarz, pijak i morderca na równi z męczennikami, ascetami i pokutnikami? Dość groteskowy obrazek, prawda? A jednak istnieje pewne miejsce, gdzie to zestawienie jest całkiem możliwe – takie rzeczy tylko w niebie.  
 
Kościół to święta wspólnota grzesznych ludzi. Tworzymy ją nie tylko z tego, co w nas piękne i dobre, ale uczestniczymy w Kościele także z naszymi słabościami. Czasem może się wydawać, że jest wśród nas tyle grzechu, że świętość staje się bardzo odległym, wyidealizowanym celem, do którego zresztą niekoniecznie nam się spieszy. Świadectwa życia pewnych trzech mężczyzn pomagają jednak uwierzyć, że mimo popełnianych przez nas błędów, świętość jest całkiem realna. A niebo może być bardzo blisko.

>>> Gangster, który został świętym

„Rzutem na taśmę”, prosto do nieba

Dobrego Łotra nikomu nie trzeba specjalnie przedstawiać. Jego obecność jest od wieków akcentowana w  kulturze chrześcijańskiej na tyle szeroko, że doczekała się wielu interpretacji wyrażanych na przykład w zwyczajach i sztuce. Chociaż jest postacią ewangeliczną, tak naprawdę posiadamy o nim niewiele informacji. Wiedzę o świętym Dyzmie, bo takie imię nadała mu Tradycja Kościoła, czerpiemy więc głównie z Ewangelii według świętego Łukasza. W 23 rozdziale tej księgi czytamy:

„Jeden ze złoczyńców, których powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju»”.

Tycjan - Chrystus i Dobry Łotr. fot. wikimedia commons

Tycjan – Chrystus i Dobry Łotr. fot. wikimedia commons

Nie bez przyczyny zatem Dobry Łotr nazywany jest pierwszym świętym. De facto, kanonizował go sam Chrystus! Jednak przydomek „Łotr” nie wziął się znikąd. W czasach panowania cesarza Tyberiusza, a więc kiedy miała miejsce męka i śmierć Jezusa, kara śmierci przez powieszenie na krzyżu była jednym z najbardziej hańbiących wyroków. Zarezerwowano ją dla szczególnych zbrodniarzy. Domyślamy się więc, że przeszłość Dyzmy malowała się w nieciekawych barwach. Możemy przypuszczać, że mógł mieć na swoim koncie takie przestępstwa jak poważne rabunki i morderstwa. Ale jego życie, choć pozornie całkowicie przegrane, paradoksalnie zakończyło się happy endem. W ostatnich chwilach życia, być może nawet nabierając ostatni haust powietrza, poprosił Jezusa o zbawienie. A ponieważ Bóg nie odmawia zbawienia nikomu, kto tego szczerze pragnie, otworzył niebo dla Łotra. W ten sposób Dyzma „rzutem na taśmę” został świętym.

>>> Ten święty wyprzedził papieża Franciszka o 500 lat!

Od miłości do whisky po miłość do Chrystusa

Bliższa naszym czasom historia człowieka pogubionego w życiu miała miejsce w Irlandii, na przełomie XIX i XX wieku. W 1856 roku w Dublinie na świat przychodzi Matt Talbot. Jest jednym z dwanaściorga dzieci ubogich robotników portowych. Od dzieciństwa brakowało mu właściwych wzorców. Stąd, idąc za przykładem ojca i sześciu (sic!) swoich braci, zaczął często sięgać po alkohol. Nadużywał go już w bardzo młodym wieku – mając 13 lat doprowadził się do całkowitego uzależnienia. Wraz z postępującym alkoholizmem zanikała katolicka wiara, którą młody Talbot czerpał z nauk matki. Praca na budowie nie sprzyjała Mattowi w wyrwaniu się ze złego wpływu środowiska. Trunkiem, który najczęściej towarzyszył budowlańcom, była bardzo mocna whisky. Codziennie wracał do domu pijany, a wkrótce, by mieć za co pić,  sprzedawał praktycznie wszystko, co tylko nadawało się na sprzedaż. W takim stanie trwał przez około 16 lat.  Pewnego dnia, kiedy upokorzony żebrał o kilka pensów na szklankę najpodlejszego alkoholu, uświadomił sobie, że sięgnął dna. Z dnia na dzień postanowił zmienić swoje życie. W rękaw płaszcza wbił dwie skrzyżowane szpilki, by przypominały mu o miłości Chrystusa do niego i o postanowieniu abstynencji. Choć ludzie wokół w niego wątpili, to Matt od chwili postanowienia już nigdy nie wziął do ust alkoholu. Kiedy tylko czuł pragnienie napicia się, szedł do najbliższego kościoła, w którym potrafił przez kilka godzin klęczeć przed Najświętszym Sakramentem. Ta praktyka stała się podstawą jego przyjaźni z Jezusem, dla której zerwał łańcuch uzależnienia i „przykuł się” do Niego.  Stał się gorącym czcicielem Matki Bożej i codziennie odmawiał Różaniec. Każdego ranka uczestniczył we mszy świętej. Nawet jego śmierć miała pewien wymiar zjednoczenia z ofiarą Chrystusa. Umarł, gdy był w drodze na Eucharystię. Po śmierci znaleziono jego zapiski. Na odwrocie jednego z obrazków Matt Talbot zapisał słowa modlitwy:

„O najsłodszy Jezu, zniszcz we mnie wszystko, co jest złem, niech to wszystko złe obumrze. Zniszcz we mnie wszystko, co jest występne i samowolne. Wyniszcz wszystko, co Ci się nie podoba we mnie, usuń wszystko co jest moje własne. Daj mi prawdziwą pokorę, prawdziwą cierpliwość i prawdziwą miłość”.

Matt Tabolt. fot. twitter.com

Matt Tabolt. fot. twitter.com

Bóg nie odmówił jego prośbie. Zniszczył w nim grzech i przyjął Matta do nieba.

Morderstwo, które zaowocowało zbawieniem

Czy człowiek, który z zimną krwią zabija policjanta i zostaje skazany na śmierć, może zostać świętym? Brzmi niewiarygodnie, a jednak jest na to spora szansa. Potwierdza to przykład życia Jaquesa Fescha – mordercy, który czekał na śmierć z tęsknotą za Jezusem. Fesch urodził się w 1930 roku. Jego rodzina pochodząca z Belgii nie zagwarantowała mu wychowania w wierze, stąd młody Jaques był podatny na wpływ rewolucyjnego światopoglądu swoich kolegów. Szybko dołączył do bandy tzw. „złotej młodzieży”, która szukała radości wśród przyziemnych uciech i przyjemności. Tam poznał Pierrette Polack, która wkrótce zaszła z nim w ciążę. Jaques był tak naprawdę pozbawiony większych ideałów, co stało się pośrednio jedną z przyczyn jego rozstania z Pierrette. Szaleńczo, na oślep dążył do realizacji marzeń, z których spora część była zwyczajnie absurdalna. Pomysłem, który popchnął go do popełniania strasznej zbrodni, był plan zakupienia luksusowej łodzi. Nie mając wystarczających środków na tak kosztowny zakup, młody Fesch decyduje się obrabować kantor. Powodzenie jego planu miała zagwarantować groźba użycia rewolweru. Nie wszystko jednak idzie zgodnie z założeniem. Okazuje się, że ogłuszony bankier zdążył wezwać policję, a kiedy funkcjonariusz próbuje zatrzymać uciekającego Jaquesa, ten strzela i trafia stróża prawa w samo serce. Zostaje pojmany i odprowadzony do więzienia. Sąd skazuje go na zgilotynowanie. W więzieniu, w którym oczekuje na wykonanie wyroku, odwiedza go kapelan. Fesch odprawia go z kwitkiem: „Proszę się nie trudzić. Nie uwierzę” – mówi. Jednak uporczywość kapłana sprawia, że więzień zgadza się na dłuższą chwilę rozmowy. Po pierwszej rozmowie ma miejsce kolejna, a potem następne. Niedługo potem Jaques przyjął sakramenty i odtąd zaczął gorliwie żyć wiarą w Jezusa. Kapłan, u którego regularnie spowiadał się, namówił go do spisywania swoich przeżyć. Tak powstaje dziennik życia duchowego, zatytułowany później „Za pięć godzin zobaczę Jezusa”.  
Obfituje on w bardzo wzruszające fragmenty. Szczególnie poruszające są ostatnie zapiski, dokonane niedługo przed śmiercią:

>>> Cmentarz mnie uspokaja [FELIETON]

„Ostatni dzień walki, jutro o tej porze będę w niebie! Egzekucja odbędzie się jutro około czwartej rano. Niech się dzieje wola Pana, we wszystkim! Ufam miłości Jezusa i wiem, że poleci swym aniołom, by wzięli mnie na swe ręce. Jestem jednak pewien, że w swej dobroci Jezus da mi śmierć chrześcijańską, abym mógł złożyć świadectwo aż do końca (…). Choć jestem takim nędznikiem, dany mi jest wielki zaszczyt naśladowania naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nie jestem sam, lecz jest ze mną mój Ojciec. Tylko pięć godzin życia! Za pięć godzin zobaczę Jezusa”.

Jaques Fesch krótko po pojmaniu. fot. youtube.com

Jaques Fesch krótko po pojmaniu. fot. youtube.com

Jaques Fesch szedł na gilotynę z podniesioną głową. Chwilę przed egzekucją ucałował krzyż. Umierał z myślą, że już za chwilę zobaczy Jezusa. Do końca wierzył, że niczym Dobremu Łotrowi, zostanie mu udzielona łaska przebaczenia i będzie mógł żyć na wieki z Chrystusem, któremu po nawróceniu zawierzył swoje życie i śmierć.

Ważne jak kończysz

Wszyscy chyba znamy zupełnie laickie powiedzenie „nie ważne jak zaczynasz – ważne jak kończysz”. Choć nie zawsze można się z nim zgodzić, sądzę, że jest w nim trochę prawdy. A przynajmniej dostrzegam, jak ta prawda odnosi się do życia łotrów, którzy ostatecznie przyjęli miłość Chrystusa i – w co wierzę – dostąpili udziału ze wszystkimi świętymi w niebie. Bo dla Boga nie ma nic niemożliwego. Dla Boga możliwe jest wszystko – zwłaszcza, gdy chodzi o nasze zbawienie.  

Zobacz także
Wasze komentarze