foy. screenshot youtube

Zostać zauważonym [RECENZJA]

Pozornie rozrywkowy i pełen humoru musical zaprezentowany przez warszawski Teatr Syrena pozostawia widzów z bardzo głębokimi refleksjami. Przede wszystkim przypomina bowiem o tym, jak ważne jest zauważenie drugiego człowieka.  

Najpierw był kultowy film w reżyserii Tima Burtona. Na ekrany amerykańskich kin „Beetlejuice” wszedł prawie 40 lat temu – w 1988. W Polsce premiera miała miejsce w roku 1990 – pod swojską nazwą „Sok z żuka”. Pamiętam, gdy po raz pierwszy oglądałem „Beetlejuice”, było to w roku 1994. Miałem osiem lat, a film mi się bardzo podobał, choć pamiętam, że trochę strachu się pojaiwło. Dwa lata temu premierę miał sequel – „Beetlejuice Beetlejuice”. Dla nas jednak najistotniejszy będzie rok 2018. To wtedy premierę miał musical oparty właśnie o film Tima Burtona (premiera w Waszyngtonie, a od 2019 grany był na kultowym Broadwayu, w kolebce musicalowego świata). 13 września 2025 r. warszawski Teatr Syrena zaprezentował polską prapremierę tego widowiska. Spektakl powstał we współpracy z Teatrem Rozrywki w Chorzowie (śląska premiera odbędzie się niedługo, bo 16 maja). Będąc niedawno w Warszawie, miałem przyjemność obejrzeć „Beetlejuice”. I trzeba przyznać, że to świetna rozrywka, która daje widzom wiele do myślenia. 

>>> Chwalcie Boga muzyką, czyli kilka słów o „Mesjaszu” Händla [FELIETON]

Beetlejuice i Lydia 

Obraz Burtona z 1988 r. uchodzi już za kultowy. Tak jak i kultowe są niektóre role z tego filmu – na czele z Michaelem Keatonem, czyli Beetlejuicem, i Winoną Ryder, grającą Lydię Daetz. Teatry z Warszawy i Chorzowa, sięgając po ten musical, sięgnęły więc zarazem po legendę. I trzeba przyznać, że udało im się utrzymać przede wszystkim specyficzny klimat opowieści o Bettlejuice, tak charakterystyczny dla Tima Burtona. Widz ma wrażenie jakby przeniósł się do trochę groteskowego, przerysowanego świata wykreowanego niegdyś przez tego reżysera. A jednocześnie – nawet do świata lepszego niż ten filmowy. Bo przecież wszystko dzieje się na żywo, przed widzem, ten świat tworzy się na naszych oczach. Sama historia jest oczywiście zbliżona do tej filmowej. Adam i Barbara umierają w swoim domu i zostają w nim uwięzieni – poprzez machlojki tytułowego Bettlejuice’a. Do ich domu wprowadza się Charles Daetz ze swoją partnerka Delią oraz Lydią, nastoletnią córką. Swoistym bohaterem musicalu jest wspomniany dom, bo on staje się miejscem przecinania się ścieżek poszczególnych postaci. To tutaj realizowane są plany Bettlejuice’a, który chciałby zostać zauważonym i stać się żywym, to tutaj Barbnara i Adam chcieliby odzyskać swoją przestrzeń, to wreszcie tutaj rozgrywa się rodzinny dramat Daetzów. Kluczowe dla tej historii postacie to Beetlejuice i Lydia. Reprezentują dwa różne światy (świat martwych i żywych), różni ich bardzo wiele. A zarazem są do siebie bardzo podobni – bo oboje czują się niezauważeni. Beetlejuice, jako duch, jest przez wszystkich ignorowany. Lydia zaś zmaga się z żałobą po matce i z niezrozumieniem przez ojca, który szybciej niż ona poradził sobie ze stratą. Beetlejuice wciąga więc Lydię w swoje plany, ale ma też i wobec niej bardzo konkretne, ukryte zamiary. Matrymonialne – warto dodać. Jeśli ktoś zna film, to pewnie nie będzie zaskoczony tym, jak toczy się ta historia. Ale jeśli ktoś filmu nie widział lub go nie pamięta – gwarantuję, że fabuła nie jest taka oczywista. 

fot. Teatr Syrena

I humor, i refleksja 

Ale w „Beetlejuice” nie o fabułę chodzi, a przynajmniej nie tylko o nią. Ten spektakl to nie tylko wciągająca historia. To też ubrany w szaty mrocznej komedii komentarz na temat naszych czasów. Przede wszystkim poświęcony zagubieniu, samotności, niezrozumieniu, potrzebie akceptacji i zauważenia. To problemy, z którymi zmaga się dzisiejsze społeczeństwo. Warszawski musical nie daje może gotowej recepty, jak sobie z nimi poradzić. Ale na pewno wytycza pewne ścieżki, podpowiada pewne tropy, za którymi warto podążyć. Zauważa, jak ważna jest empatia i bliskość oraz jak ogromne znaczenie ma to, by widzieć wokół innych. By ich nie ignorować – a zauważyć. By przestać skupiać się na sobie. To może wydawać się paradoksalne. Bo przecież „Beetlejuice” to opowieść osadzona w klimacie horroru, bardzo zgrabnie, z dowcipem operująca wątkami z pogranicza śmierci i życia. A jednocześnie bardzo czuła, opowiadająca o ludziach (albo raczej o ludziach i duchach) mocno zagubionych. Warto więc spojrzeć w głębię tej historii i zobaczyć, na jak wiele różnych płaszczyzn jest rozciągnięta. I oczywiście, przede wszystkim chodzi o rozrywkę i dobrą zabawę – tych nie brakuje. Ale to nie znaczy, że musical ten nie może dać nam czegoś ponadto. Może i to daje. 

>>> Galilea, czyli życie [FELIETON]

Mocne głosy 

Oczywiście przez cały spektakl przewija się mnóstwo humoru – nie tylko słownego, ale i sytuacyjnego (pamiętna scena z ruszającą się pieczoną świnią). Twórcy zaadaptowali libretto do polskiej rzeczywistości, stąd znajdziemy bardzo wiele lokalnych żartów. Twórcy zgrabnie poruszają się też w delikatnej przecież tematyce pogranicza życia i śmierci. Spektaklowi towarzyszy świetna, dynamiczna muzyka (choć nie brakuje w niej też spokojniejszych elementów) i wpadające w ucho piosenki. Widz nie ma wrażenia, że piosenki zostały dodane „na siłę” – one zdecydowanie stanowią oś, wokół której zbudowano cały spektakl. Siedząc na widowni, ma się ochotę włączyć się do śpiewu, a także tańczyć razem z bohaterami. Sukces muzyczny tego dzieła to w dużej mierze zasługa odtwórców dwóch głównych ról. Ja akurat oglądałem przedstawienie, w którym w Bettlejuice’a wcielił się Maciej Maciejewski, a w Lydię Julia Totoszko. Dla mnie zagrali, a przede wszystkim zaśpiewali – fenomenalnie. Ciągną ten spektakl, podejrzewam zresztą, że pozostałe składy równie dobrze odgrywają te role. Maciejewski jako Beetlejuice był trochę makabryczny, upiorny, trochę groteskowy, nie brakowało nuty humorystycznej. Wchodził w interakcje z widownią, traktując ją jak integralną część spektaklu. Julię Totoszko widziałem wcześniej w Łodzi w „Mamma Mia”. Tam świetnie gra Sophie. Już wówczas zwróciłem uwagę na jej piękny głos, ale w „Beetlejuice” mnie zachwyciła. Ile mocy i energii jest w tej dziewczynie! Piosenki Lydii są mocniejsze, dynamiczniejsze, trochę rockowe – aniżeli te śpiewane przez Sophie. Julia prezentuje w warszawskim spektaklu poziom mistrzowski. Ta młoda aktorka zawojuje na lata polską scenę musicalową. Oczywiście, reszta obsady też spisuje się wyśmienicie, dzięki czemu widz dostaje prawdziwą ucztę wizualno-muzyczną. 

Broadway w Polsce 

Groteskowy klimat, taki mocno w duchu Burtona, udało się stworzyć m.in., dzięki kostiumom i charakteryzacji. Już sam Beetlejuice robi wrażenie – swoją równoczesną upiornością i śmiesznością. A gdy patrzyłem na Lydię – to miałem skojarzenia jakbym patrzył na młoda Winonę Ryder. Ale znaczenie ma tutaj też scenografia. Przede wszystkim – „granie domem”. Większość akcji rozgrywa się na kolejnych kondygnacjach (i na dachu) nawiedzonego domu. Robi wrażenie, jak twórcy poradzili sobie z przechodzeniem z jednego do drugiego miejsca akcji (szczegółów nie zdradzam). Jest tu też trochę efektów quasispecjalnych, które robią wrażenie na widzach. No i światła odgrywają też ogromną rolę. I jak to w teatrze muzycznym – osobnym światem jest muzyka grana na żywo. Orkiestra zachwyca wyjątkowym wykonaniem muzyki skomponowanej przez Eddiego Perfecta. Wszystkie opisane przeze mnie elementy składają się w idealnie skomponowana całość, zapewniając widzom dobry balans między rozrywką, a głębszą refleksją. Teatr Syrena z Warszawy wraz z Teatrem Rozrywki z Chorzowa pokazują, że musical w Polsce wchodzi na coraz wyższy poziom. Nie musimy już uczyć się od Broadwayu – coraz częściej mamy Broadway u siebie. Oby więcej takich realizacji! 

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze