fot. EPA/Zoltan Balogh

Siostra Tadeusza: nie bałam się koronawirusa [ROZMOWA]

10 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Siostra Tadeusza Frąckiewicz, dominikanka, razem z dziewięcioma innymi siostrami, przez trzy tygodnie w bocheńskim DPSie służyła podopiecznym tej placówki. Działała w samym ognisku zakażeń koronawirusem SARS-coV-2. Zofii Kędziorze opowiada o tym, jak przeżyła ten czas.  

Zofia Kędziora (misyjne.pl): Jak dzisiaj wspomina siostra czas spędzony w Bochni? 

Siostra Tadeusza Frąckowiak OP: Przygotowała mnie na ten czas praca na misjach w Kamerunie. Wzięłam ze sobą także leki na malarię i po prostu je zażyłam. Wszyscy martwili się o mój wiek, i o to, że jestem w grupie podwyższonego ryzyka, a ja pomyślałam sobie „nie dam się”. Stawianie czoła wszelkim niebezpieczeństwom i działaniom na granicy ryzyka było przecież normalne na misjach. To, że w Wielki Piątek szłam z młodziutką siostrą, która nie miała jeszcze doświadczenia, do ogniska zarażeń, i to jeszcze do oddziału psychiatrycznego w Bochni… To było dla mnie wyzwanie. Szłyśmy na pierwszy ogień. Miałam jednak w sobie pokój. Co prawda żadnego doświadczenia w tej dziedzinie, prócz kursu medycznego, który odbyłam przed wyjazdem na misje do Afryki. Wtedy jeszcze szkoliła nas Wanda Błeńska i pani Barbara Skoryna. Pamiętam, jak przyjechałyśmy do Bochni i dowiedziałyśmy się, że już na nas tam czekają i że mamy od razu iść na oddział, bo dwoje ludzi z dawnego personelu padało na twarz po trzydniowym maratonie. Któraś z sióstr zapytała mnie: „A siostra się nie boi?”. „Nie, nie boję się. Idziemy!”. Wiem, że tego po ludzku nie można wytłumaczyć. Tego, że wyszłyśmy z tego zdrowe, bez żadnego szwanku. Byłyśmy w stałym, bezpośrednim kontakcie z tymi ludźmi, kiedy ich kąpałyśmy, przebierałyśmy, zmieniałyśmy pampersy, karmiłyśmy… To, że nie zostałyśmy zarażone, to był cud.

>>> Łukasz Miśko OP o pracy w DPS-ie w Bochni: to był nasz mały klasztor

fot. EPA/ZOLTAN BALOGH

Czyli pojechały tam siostry bez… niczego? 

(śmiech) Gołe i wesołe! Dokładnie tak było, takimi słowami przywitał nas odpowiedzialny za budynek, w którym zostałyśmy rozlokowane. Mówił do nas, żebyśmy się ubrały i spieszyły na dyżur. A my do niego, że nie mamy nic, bo podobno oni mają nas ubrać i wyposażyć, a oni nie mieli więcej od nas. Decyzję o wyjeździe podjęłyśmy bardzo szybko. Matka generalna zebrała ekipę sióstr przed południem w Wielki Piątek i dała 2 godziny na spakowanie się i wyjazd. O 16.00 już wyjeżdżałyśmy z Krakowa, bo „w Bochni na nas bardzo czekają”. Więc te „gołe i wesołe” siostry przyjechały z Krakowa (śmiech) i trzeba było nas w coś jednak ubrać. Zaczęły się telefony, żeby coś zdobyć. Dostałyśmy takie flizelinowe fartuszki. „Fiu-bździu”, jak je nazywałam, a ponieważ jestem trochę tęga, więc na brzuchu się nie zapinały nawet; nie było mowy o większych rozmiarach. Zatem – fartuszek niedopięty (przynajmniej na mnie), maseczka jak najbardziej lekka, nasz habit, welon, zwykłe buty, jedna para rękawiczek, wszystko w zasadzie odsłonięte – tak tam weszłyśmy. Ja sobie myślę: „Ale heca”. Szarpaliśmy się z tymi ludźmi, gdy kolejne karetki zabierały ich do szpitala w Krakowie. Nie chcieli wyjść ze swoich łóżek. Ratownicy czekali tylko na zewnątrz, a siostra Kinga i ja musiałyśmy jakoś tych ludzi przyprowadzić. Niektórzy z nich byli trochę agresywni, a jedna osoba wprost nas opluła, bo nie chciała dać się ubrać i zejść do karetki.

>>> Bochnia: ognisko koronawirusa zażegnane. Dzięki zakonnicom i zakonnikom!

Tego ranka zastrajkowała również kuchnia w DPS-ie i martwiłyśmy się, jak tych ludzi nakarmić. I znowu telefon. Dyrektorka zorganizowała catering, który dowiózł nam kolację. Ale to było wszystko organizowane jakby w opóźnieniu i na szybko i wszystkie posiłki były jednakowe, więc potem miałyśmy problem, co komu dać, skoro podopieczni mieli różne schorzenia czy choroby i nie wszystko mogli jeść.

Fot. arch. ks Piotra Dydo-Różanieckiego

Innym wielkim problemem było dla nas polecenie, że mamy rozdzielać leki. My?! A one są już przygotowane według stanu pacjentów? Nie. Nie dostałyśmy także jasnych dyspozycji. Zatelefonowałyśmy do pielęgniarza, który wprowadzał nas w obowiązki i koło 20 pojawił się lekarz – zdenerwowany, że mu po dyżurze zlecono jakąś dodatkową robotę. Pamiętam, że wszystkie leki z apteczki zniosłyśmy mu przed dom. Siedział na zewnątrz na stoliku, czekał, aż się zapali lampa uliczna i potem rozpisywał. Wolno mu to szło, bo nie znał ani pacjentów ani ich potrzeb, więc musiał zaglądać i doczytywać różne informacje. Pacjenci tej nocy dostali leki przed północą.

>>> Zamiast do Kazachstanu, trafił do Bochni. Ks. Piotr pokazuje nam pracę w DPS-ie w czasie epidemii [ZDJĘCIA]

Kiedy już ostatnia karetka odjechała, a najedzeni pensjonariusze zasnęli, wzięłyśmy się dopiero za sprzątanie wszystkich korytarzy. A kiedy minął pierwszy stres, usiadłam z s. Kingą w dyżurce i zaczęłam się śmiać…

A co było w tym śmiesznego? 

To był głupi śmiech, wynikający trochę z bezradności. Wtedy opowiedziałam siostrze Kindze historię, która mi się przypomniała, a którą przeżyłam na misjach. Podczas pielgrzymki w jednej z wiosek zaoferowano nam (siostrom zakonnym) nocleg w domu muzułmanina (był najładniejszy w tej wiosce). Wieczorem przyszedł ze swoimi czterema żonami, aby nam życzyć dobrej nocy i wyjaśnił, że właśnie jesteśmy w pokojach tych jego żon, które nam je odstąpiły. Pamiętam, jak śmiałyśmy się długo i serdecznie. Uzmysłowiłyśmy sobie, że jest ciemna noc, centrum Afryki, a my jesteśmy zamknięte w haremie (śmiech). Tej nocy, w Bochni, także doszło to do mnie, że podobnie, jesteśmy w centrum zarażeń, w nocy, w dodatku na oddziale psychiatrycznym i tak naprawdę na niczym się nie znamy. Królowe życia i śmierci tych ludzi…. Gdy zdałyśmy sobie sprawę z tego, w jak dramatycznej znalazłyśmy się sytuacji, to po prostu zareagowałyśmy tym śmiechem. Wiedziałyśmy, że pozostała nam tylko modlitwa, bo żadne ludzkie siły w tamtej chwili nie mogły nam pomóc. To my dwie, tak nieudolne i niedoświadczone, a jedynie ufające Panu Jezusowi, że skoro nas tutaj postawił, to nam pomoże. To była pierwsza noc….

>>> Misjonarze z Tarnowa: podczas epidemii koronawirusa w krajach misyjnych brakuje wszystkiego

fot. EPA/Zoltan Balogh

Siostry powinny się tak naprawdę zarazić.  

Zdecydowanie! Ale za dużo ludzi się za nas modliło! Opatulali nas swoimi modlitwami i dlatego nic nam się nie stało! (śmiech). Po tej szaleńczej, pierwszej nocy, przyszedł ożywczy poranek i nadzieja, że wszystko będzie dobrze. Dojechały kolejne 3 siostry, o siódmej przyszły nas zamienić. Zdążyłyśmy zasnąć, kiedy nas obudziły. „Będzie dezynfekcja całego oddziału, trzeba ewakuować wszystkich pensjonariuszy na zewnątrz (wielu było na wózkach, niepełnosprawnych), zająć się nimi a potem ich wszystkich wprowadzić, wykąpać i przebrać w czyste ubrania. Musicie nam pomóc!”. I to był kolejny wyczyn, po tej niesamowitej w przeżycia nocy. 5 sióstr (kolejne i ks. Piotra Dydo – Rożnieckiego dopuszczono do pracy na oddziale dopiero następnego dnia) i 37 pensjonariuszy, których po dezynfekcji wszystkich pomieszczeń w DPS-ie trzeba było naraz wykąpać i przebrać…. A brudnych ubrań czy pościeli nikt nie chciał prać, wszyscy się bali, więc poprosiłyśmy o pralkę (jedna już była dla personelu na oddziale) i suszarkę. I jak już je puściłyśmy na drugi dzień od rana, to całe 3 tygodnie pralki i suszarka chodziły bez przerwy. Dzień i noc. Poważnie! Z dyżuru na dyżur przekazywałyśmy tylko, co trzeba i komu. Trzeba było poprać wszystkie zaległe rzeczy, ale i każdy dzień przynosił nowe dostawy, bo pacjenci się brudzili, pościel bywała także często zanieczyszczana przez załatwianie potrzeb fizjologicznych.

fot. archiwum ks. Piotra Dydo-Różnieckiego

Krótko mówiąc, zajmowały się tam siostry wszystkim.  

Tak, wszystkim. Dobrze, że w sobotę wieczorem pan starosta bocheński zwołał sztab kryzysowy. Był tam i dyrektor szpitala bocheńskiego i wyznaczyli szefa pogotowia ratunkowego, p. Sebastiana, na szefa tej akcji, aby zlikwidować źródło zakażeń na naszym oddziale. I po naszych dwóch szalonych dniach to był początek dobrych działań, które powolutku zmieniały wiele w naszej pracy. Z każdym kolejnym dniem mieliśmy coraz więcej pomocy. Do rozdzielania leków, opieki medycznej byli przydzieleni ratownicy z pogotowia. Zgłosiły się też 2 młode studentki medycyny, które, choć też niedoświadczone, bardzo nam pomogły. Dostawałyśmy również, dzięki zbiórkom pieniędzy, coraz lepsze kombinezony, buty, taśmy, płyny i tak dalej. Zorganizowano dla nas, jak to nazywałyśmy, „ścieżkę zdrowia”. Po wyjściu z budynku kierowałyśmy się pod specjalny namiot, tam po specjalnych instruktażach rozbierałyśmy się z tych kosmicznych kombinezonów, przyłbic, butów i innych ochronnych rzeczy. Potrzebowałam codziennie 40 minut, by się ubrać w ten kombinezon i całą resztę (śmiech). W specjalnych płynach zanurzałyśmy okulary, przepaski, przyłbice itd., a potem prysznic w specjalnym kontenerze. Dalej ścieżka zdrowia prowadziła już tylko do domu, po kolejnym odkażeniu rąk i nóg.

>>> Siostra Klara z Kamerunu: czujemy się bezradne, liczymy na Pana Boga [WIDEO]

Heroizm! 

To nie był heroizm, ale to było wymagające. Trzy zmiany, pranie do upadłego, dezynfekcje co chwilę… Po dwóch tygodniach pracownicy kuchni wrócili. Pamiętam, że traktowano nas, jak zarażonych. Któregoś dnia zeszłam na dół, by wziąć jedzenie na wózki, ponieważ pensjonariusze nie jedli razem, posiłki trzeba było im po pokojach rozwozić, by się ze sobą nie spotykali. Panie z kuchni zapomniały zamknąć się od środka. Chciałam im tylko powiedzieć, że kogoś nie będzie na posiłku, bo został wzięty do szpitala. Stanęłam w drzwiach, a one uciekły w popłochu. „Niech panie nie uciekają, tylko chcę powiedzieć o tej jednej pani”. One jednak krzyczały: „Proszę przez telefon, proszę przez telefon”. Tak samo kiedyś zamówiłyśmy pizzę i wszystko było dobrze, dopóki nie dowiedzieli się, że mają ją przywieźć na ul. Karoliny. „Tam?! Do DPS-u?! Ale…”. Można było zostawiać co bądź pod drzwiami budynku (ludzie przynosili różne dary dla nas, dla domu czy pensjonariuszy), nikt się nie zbliżył, aby to ukraść (śmiech).

fot. archiwum ks. Piotra Dydo-Różnieckiego

Ale z drugiej strony doskonale rozumiem medyków, od których ludzie uciekali na osiedlach, czy blokowiskach. Albo nawet kazali im się wynosić z sąsiedztwa. Gdy zakończyłyśmy posługę w DPS-ie i zamienili nas bracia dominikanie, byłyśmy na takiej tygodniowej izolacji, na drugim końcu Bochni. Szef pogotowia powiedział nam, że skoro po trzykrotnych wymazach, jesteśmy wszystkie negatywne, to możemy, z zastosowaniem środków zabezpieczania się, poruszać się blisko domu. Zabrakło wody mineralnej, więc ruszyłam z drugą siostrą do najbliższego sklepiku. I gdy weszłyśmy, z maseczkami na buzi i w rękawiczkach, to pan w szoku zakrzyknął: „Wiem siostry, że robiłyście dobrą robotę i pomagałyście ludziom, ale ja mam żonę i dzieci, więc po co tu przychodzicie?!”. Zdenerwowałam się bardzo, podniosłam ręce i mówię: „Przepraszam, jestem trędowata, ale potrzebuję wody! Proszę mi tutaj ją postawić na środku sklepu, ja tu położę pieniądze”. Potem postanowiłyśmy nigdzie się nie pokazywać, wszyscy sąsiedzi nas obserwowali. Po tygodniu, gdy wróciłyśmy do domu, do Krakowa, tam też miałyśmy pro forma trzydniową kwarantannę. Ale nasze kochane współsiostry nie robiły nam wyrzutów i wspaniale nas przywitały! Było uroczyste wprowadzenie do wspólnoty, ze śpiewem i radością. To było takie podnoszące na duchu!

>>> Papież do księży: płakaliśmy z ludem w okresie Wielkanocy, dziś Zmartwychwstały wytycza nam drogę

Podsumowując… 

To był w gruncie rzeczy bardzo dobry czas! Dziękuję Panu Bogu, że pozwolił mi go przeżyć! Czas wielkiej bliskości z Najwyższym, od którego wszystko zależało. I czas bliskości z tymi ludźmi, tak bardzo potrzebującymi naszej obecności i posługi. Cudownie, że był z nami ks. Piotr Dydo – Rożniecki. Dzięki niemu zmartwychwstanie było naprawdę wielkim dniem i mogłyśmy uczestniczyć we mszy św. A potem codziennie celebrował nam Eucharystię. A poza tym, na równi z nami, posługiwał na oddziale, zmieniał pampersy czy dezynfekował pomieszczenia, klamki i oparcia.

fot. archiwum ks. Piotra Dydo-Różnieckiego

Jestem też dumna z naszej matki generalnej Aleksandry, która odpowiedziała pozytywnie na propozycję starosty bocheńskiego i przyjęła tę posługę. Wysłała do Bochni 10 sióstr, do Stalowej Woli – 3, do Kalisza – 2, do Warszawy – 1 i do naszych dwóch DPS-ów, które prowadzi zgromadzenie (Mielżyn i Broniszewice), dodatkowo 18 sióstr do pomocy tamtejszym siostrom (personel świecki tych domów poszedł także na zwolnienia). W różnych DPS-ach pracowały więc w tym trudnym czasie 34 siostry. Nasza matka generalna była pierwszą z odpowiedzialnych z żeńskich zgromadzeń, która pozwoliła swoim siostrom iść w samo centrum zakażeń. Potem poszły jak lawina inne zgromadzenia…

Galeria (9 zdjęć)
Zobacz także
Wasze komentarze