Świętość „last minute”

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Niemiecki zbrodniarz, komendant obozu Auschwitz-Birkenau, nawrócił się w ostatniej chwili. Czy to znaczy, że osiągnął świętość? 

Rudolf Hoess

fot. RV1864, flickr.com

Jest wiele osób, które przez całe życie były daleko od Boga, ale zdążyły się nawrócić tuż przed śmiercią. Pierwszy przychodzi na myśl oczywiście dobry łotr, którego „kanonizował” na krzyżu sam Jezus. Historia zna jednak więcej takich przypadków.

Rudolf Hoess był komendantem niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Nikt pewnie nie spodziewałby się po nim dobra, a dla wielu był wręcz symbolem wcielonego zła. Jego losy są jednak zaskakujące. Bezpośrednio po wojnie Hoessowi udawało się ukrywać swoją prawdziwą tożsamość, a przez to także uciekać przed wymiarem sprawiedliwości. W marcu 1946 r. został jednak aresztowany. Rok później, po procesie przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie, został skazany na śmierć przez powieszenie.

W tym samym czasie nadszedł kulminacyjny moment jego przemiany, która zaczęła kiełkować już wcześniej. Przebywając w polskim więzieniu, Hoess spodziewał się ogromnych prześladowań i agresji ze strony Polaków. Polityka III Rzeszy zaszczepiła w nim przekonanie, że jedyną reakcją na zło może być jeszcze silniejsza zemsta. Traktowanie, jakiego zaznał w Polsce, prawdopodobnie dało mu do myślenia. – Muszę szczerze powiedzieć, że nigdy nie spodziewałem się, że będę w polskim więzieniu traktowany tak przyzwoicie i uprzejmie, jak to się działo od czasu objęcia sprawy przez prokuraturę – stwierdził Hoess. Wyobrażam sobie, jak wielki wstyd musiał czuć, kiedy po latach eksterminacji ludzi ktoś, zamiast zedrzeć z niego resztki godności, dostrzegł w nim człowieczeństwo. W liście do swojej żony napisał: „czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach”.

Na kilkanaście dni przed egzekucją Rudolf Hoess poprosił o spotkanie z księdzem. Odwiedził go o. Władysław Lohn, jezuita, który doskonale znał język niemiecki. Do spotkania doszło 10 kwietnia w Wadowicach. Zbrodniarz, który przez lata był wierny narodowemu socjalizmowi, płacząc pojednał się z Bogiem. Dzień później przyjął komunię świętą. Nie protestował przeciwko karze, która została mu wymierzona. Wiedział, że za swoje zbrodnie musi zapłacić najwyższą cenę. Trudno więc przypuszczać, aby jego nawrócenie było gestem na pokaz. Hoessowi zależało również na opublikowaniu oświadczenia, które przygotował i przekazał prokuratorowi.

Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie”. 

Sceptyczni powiedzą, że nie sposób sprawdzić, co dokonało się w sumieniu Hoessa, a jego zbawienie tak czy inaczej jest w Bożych rękach. I mają rację. Uwielbiam jednak takie historie, bo wierzę, że przez takie przykłady Bóg chce nam pokazać, jak błyskawicznie i skutecznie potrafi zadziałać, kiedy człowiek otworzy się na Jego miłość. Widać to choćby na biblijnym przykładzie dobrego łotra. Taka świętość „last minute” ma swój urok. Choć, o ile to możliwe, zawsze wybierajmy dla siebie opcję „first minute”.

fot. path.runner, flickr.com

Świętość „last minute”
6 (100%) 7 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze