EPA/CHRISTOPHE PETIT TESSON

Zakonnica i lekarka o pracy przy chorych na Covid-19: doświadczyliśmy konieczności zmartwychwstania

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Najtrudniejsze były prośby o to, by móc pożegnać się z najbliższymi, a ja nie mogłam zrobić nic więcej, jak podstawić umierającym do ucha słuchawkę telefonu – mówi s. Mariachiara Ferrari, franciszkanka, która jest lekarzem internistą i od początku epidemii pracowała w Piacenzy na oddziale ratunkowym przyjmującym chorych na koronawirusa.

36-letnia s. Mariachiara zgłosiła się do pomocy po tym, jak otrzymała pierwsze prośby od zdesperowanych kolegów lekarzy mówiące, że wirus przekracza ich najśmielsze wyobrażenia i zaczyna brakować personelu medycznego. – Zastąpiłam lekarza, który zachorował ratując innych. Sytuacja była bardzo trudna. Uderzyło mnie ogromne oddanie i braterstwo. Nikt się nie oglądał na drugiego, tylko robiliśmy, co było potrzeba. Lekarze, pielęgniarki i salowe stali się wielką ekipą solidarności – wspomina s. Mariachiara.

>>> Bohaterowie. Lekarze modlą się, zanim wejdą na oddział z zarażonymi [WIDEO]

EPA/ANDREA FASANI

Wyznaje, że nigdy wcześniej w czasie swej pracy lekarza nie musiała ograniczać kontaktu między chorymi a ich rodziną. To było dla niej najtrudniejsze. – W uszach brzmi mi błaganie syna, który chciał móc pomodlić się przy umierającej matce i się z nią pożegnać, a ja nie mogłam go wpuścić na oddział – wspomina. Dodaje, że nie rozstawała się z telefonem, by móc umożliwić rodzinom kontakt z chorymi, szczególnie leżącymi pod respiratorem.

>>> 102-letnia zakonnica wyleczona z COVID-19. „Myślę, że dziś nie pójdę jeszcze do kościoła”

– Doświadczyliśmy mocno konieczności zmartwychwstania. Bez tego patrzenie na kolejne oddalające się konwoje wojskowe pełne trumien byłoby nie do przeżycia – zauważa s. Mariachiara.

Włoska franciszkanka i lekarka podkreśla, że choć pracowała bez habitu i wielu pacjentów nie wiedziało kim jest, to jej obecność stała się ważna. – Inni lekarze przychodzili do mnie, prosząc, bym pomodliła się przy umierających. Często też sami zadawali mi pytania o sens tego, co się dzieje i o sens naszego życia – wspomina.

Zobacz także
Wasze komentarze