
Pomnik bł. Edmunda Bojanowskiego w Luboniu, fot. Mikołaj Lisiak/misyjne.pl
Zwyczajna świętość błogosławionego Edmunda [FELIETON]
Czy świętość musi być nadzwyczajna? Historia bł. Edmunda Bojanowskiego pokazuje, że Bóg działa nie tylko poprzez cuda, ale przede wszystkim w codzienności. Życie tego Wielkopolanina – naznaczone chorobą, stratą i niespełnionymi marzeniami – stało się drogą do świętości nie dzięki heroizmowi, ale poprzez wierność w rzeczach prostych.
W ubiegłym roku obchodziliśmy 25-lecie beatyfikacji błogosławionego Edmunda Bojanowskiego – świeckiego założyciela Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej (dziś są to cztery zgromadzenia). Liturgicznie wspominamy bł. Edmunda Bojanowskiego 7 sierpnia.
Po raz pierwszy spotkałem się z osobą bł. Edmunda w dzieciństwie, podczas rorat. Poznałem wtedy jego historię, ale nie wydawał mi się kimś szczególnym. Drugi raz wróciłem do niego, odwiedzając Grabonóg – rodzinną miejscowość Bojanowskiego. Byłem w jego domu, zwiedziłem muzeum. Nadal jednak nie czułem, by mnie poruszył.
>>> Wolność zaczyna się tam, gdzie stajemy w prawdzie [FELIETON]

Niełatwe życie
Wszystko zmieniło się całkiem niedawno, podczas ubiegłorocznego spotkania młodych „Paradiso” w Gostyniu. Tam po raz pierwszy odkryłem, że Edmund był zwykłym człowiekiem. Błogosławionym, ale nie odrealnionym. Świętym osadzonym w codzienności.
Jego historia nie była łatwa. Jako dziecko poważnie zachorował, ale – jak wierzył – został uzdrowiony dzięki modlitwie matki w sanktuarium w Gostyniu. Mimo to przez całe życie zmagał się ze słabym zdrowiem. Nie dokończył studiów we Wrocławiu i Berlinie. Musiał też zrezygnować z seminarium duchownego – choroba uniemożliwiła mu realizację marzeń o kapłaństwie. W młodym wieku stracił oboje rodziców i został sam.
Pomimo tego nie poddał się. Działał na rzecz innych. Zakładał ochronki dla dzieci. Publikował w „Marzannie”, „Pokłosiu” i „Roku wiejskim”. Był lokalnym patriotą.
>>> Czy osiągniecie celu w życiu jest najważniejsze? [FELIETON]

Po co to wszystko?
Kiedy patrzymy na jego życie, możemy zacząć się zastanawiać, dlaczego akurat jego spotkało w życiu tyle nieszczęść, dlaczego w ogóle życie bywa trudne. Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. W zeszłym roku zrozumiałem, że stawiając je, nie znajdę odpowiedzi. Ale gdy zapytałem inaczej – „Po co to wszystko?” – pojawiło się światło.
Nasze życie to mieszanina dobrych i złych chwil. Najczęściej jednak jest po prostu zwyczajne, szare. Takie właśnie było życie Edmunda. W jego dzienniczku znajdziemy zapiski o hodowli jedwabników. Nie jest to pismo mistyczne – to codzienność, w której wiara odgrywała kluczową rolę.
Na pytanie „po co to wszystko?” trzeba spojrzeć z dystansem. Odpowiedź każdy musi odnaleźć w swoim sercu. Nie odważyłbym się powiedzieć matce chorego dziecka, że cierpienie ma ją uszlachetnić.
Dla wielu historia Edmunda może wydawać się bezsensowna. Dla mnie jednak stała się dowodem, że Bóg działa cicho – w zwykłej codzienności. To dzięki niemu zrozumiałem, że droga do świętości nie oznacza oderwania od rzeczywistości. Wręcz przeciwnie – zaczyna się właśnie w niej.
>>> Bóg chce go uświęcić w stanie świeckim. Historia Edmunda Bojanowskiego

Czy wszystko robię dla Boga?
Bł. Edmund pisał: „To, co robimy, robimy dla Boga, a wobec takiego celu bardzo maluczkimi przedstawiają się przeszkody, choćby najdotkliwsze”. Dla mnie te słowa są kolejnym zaproszeniem, by zbadać swoje intencje: czy naprawdę wszystko, co robię, jest dla Boga? Czy moje działanie wypływa z pragnienia Jego chwały, czy raczej z potrzeby uznania, z lęku przed porażką, czy innych motywacji?
To także pytanie o moją wiarę — czy rzeczywiście wierzę, że nawet jeśli pojawiają się ciemności, trudności, kryzysy, to one nie mają ostatecznego słowa?
Czy potrafię zaufać, że Bóg działa także w tym, co niezrozumiałe, bolesne i pozornie bezowocne?
Bo świętość zaczyna się w codzienności…
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
Zobacz także |
Wasze komentarze |