Fot. Surprising_Media/pixabay

Bierzmy odpowiedzialność za swoje słowa [FELIETON]

Zdanie będące tytułem tego felietonu nie jest odkrywcze. Rzekłbym nawet, że jest bardzo oczywiste. Trzeba jednak wciąż na nowo przypominać o tej oczywistości – bo za pomocą języka można zrobić wiele dobrego, ale też i wiele złego. Wszystko zależy od językowych wyborów, które podejmujemy każdego dnia.

Piszę te słowa poruszony dwiema sprawami z ostatnich dni. Najpierw kwestia Ewy Woydyłło. Nie ukrywam, że bardzo ją lubię. W kwestii psychologii i psychoterapii – jest dla mnie autorytetem. Czytałem jej książki. Dlatego tak zabolało mnie, gdy zachowała się bardzo nieroztropnie i z jej ust padły słowa takie, które paść nie powinny. Słowa, przez które jej autorytet w oczach wielu został nadszarpnięty. Od kilku dni jest głośno o jej wypowiedzi na temat Igi Światek w podkaście „Trzeci Serwis. Return”. Wiemy, że polska tenisistka nie jest teraz w najwyższej formie, że na tym etapie swojej kariery mierzy się z różnymi demonami. I w takim momencie uznana psycholożka i psychoterapeutka publicznie mówi, że Iga Świątek „wykreowała się na rozumną, dojrzałą i mądrą dziewczynę”, ale jest „prawdopodobnie głupiutka, wystraszona” i „sama nie rozumie tego, co się wokół niej dzieje”. Nie sądzę, by Ewa Woydyłło miała złe intencje, gdy podzieliła się tą „diagnozą” na temat Igi Świątek. Ba, myślę nawet, że wynikały one z troski o naszą wybitną sportsmenkę. A jednak – zdecydowanie takie słowa paść nie powinny. Zwłaszcza z ust uznanej psycholożki i psychoterapeutki – która w kontekście zdrowia psychicznego dla wielu jest autorytetem. A te słowa były bardzo nieprofesjonalne.

Wspierać, nie oceniać

Uczymy się dzięki materiałom Ewy Woydyłło „jak żyć” – „jak żyć lepiej”. I siłą rzeczy oczekujemy od niej profesjonalizmu. Tymczasem podczas podkastowej rozmowy pada nagle diagnoza przypominająca pseudopsychologię. Taką rozmowę dwóch znajomych, którzy to między sobą oceniają trzecią osobę (czego też robić nie warto). Nawet jeśli mamy swoje zdanie na jakiś temat – to nie zawsze musimy się nim podzielić. Czasem lepiej zachować coś w sobie, niż „palnąć głupotę”. Gdzieś ostatnio przeczytałem, że miarą naszej dojrzałości jest właśnie to, że możemy mieć przemyślenia na każdy temat – ale że potrafimy część z nich zostawić dla siebie, miast dzielić się nimi. Ewa Woydyłło oceniła Igę Świątek, powiedziała o kilka słów za dużo – i zobaczmy, jak wielkie tsunami wywołało to kilka słow. Internet wręcz żyje tą sprawą (czego dowodem jest też niniejszy felieton). A przecież wystarczyło ugryźć się w język i trochę inaczej przekazać myśl. Tak, żeby nie była oceniająca, a prawdziwie wspierająca (co wydaje mi się, że było intencją Woydyłło).

Fot. marcisim/pixabay

Hejt to zawsze zło

Ale ta sytuacja ma jeszcze jeden aspekt – często niezauważany. Znana i uznawana przez wiele osób za autorytet osoba popełniła bez wątpienia błąd. Zrobiła coś bardzo… ludzkiego. Nie uważam, żeby od razu spadła z piedestału. Wciąż to, co przekazuje nam poprzez swoje publikacje itp. jest bardzo wartościowe – to wciąż bardzo solidna wiedza o tym, jak lepiej żyć. A jednocześnie ich autorka pokazała, że jest człowiekiem. Dlatego też nie rozumiem też hejtu wylewającego się z niektórych czeluści internetu na Ewę Woydyłło. Popełniła błąd, przyznała się do tego, ba – nawet przeprosiła i wyjaśniła, jaki był cel jej wypowiedzi. A hejt się wylewa. Kilka słów za dużo nie może przekreślić wartości człowieka, jego dorobku i osiągnięć. Choć oczywiście społeczne zaufanie nadszarpnęła i trochę będzie musiała teraz popracować nad jego odbudowaniem. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie powiedział kiedyś kilku słów za dużo. Nawet jeśli nie padają publicznie i nie wywołują takiej burzy – to zawsze to kilka słów za dużo. A wspomniany hejt – nawet jeśli jego celem jest krytyka słów, które paść nie powinny – to zawsze zły wybór. W odróżnieniu od „wpadek” językowych hejt jest świadomym wyborem złej ścieżki – i ma komuś zaszkodzić.

Przypadek Cejrowskiego

Kilka słów za dużo powiedział też ostatnio Wojciech Cejrowski. Przyznam, że nie jestem jego miłośnikiem, dlatego nie śledzę jego programów i wystąpień. Docierają do mnie tylko wtedy, kiedy Cejrowski zaliczy jakąś naprawdę dużą „wpadkę”. A tak było tym razem. Otóż, podróżnik wypowiedział się na temat przyczyn niskiej dzietności Polaków. Mówił, że wynika ona m.in. z wygodnictwa. Pozornie nawet wydaje się, że to zwykła opinia. Sęk w tym, że ludzie w internecie w mig wyłapują różne smaczki. Szybko więc zauważono, że Cejrowski wypomina Polakom wygodnictwo, jako przyczynę nieposiadania potomstwa, a sam… też dzieci nie ma. Czyżby więc i zanim stało wygodnictwo? W internecie można było przeczytać, że „wie, co mówi, bo jest ekspertem”. Znów – wystarczyłoby ugryźć się w język i tej myśli nie wypowiedzieć na głos. A tymczasem słowa te padły i wywołały internetową burzę. I pewnie zabolały niejedną osobę bezdzietną, niezależnie od powodów, dla których nie ma dzieci czy nie chce ich mieć. Choć, trzeba przyznać, jest to burza mniejsza, niż ta wywołana słowami Ewy Woydyłło na temat Igi Świątek. Obu burz jednak można było łatwo uniknąć – po prostu będąc roztropnym i bardziej uważając na słowa.

Myśl, potem mów

To dwa przykłady, ale tak naprawdę nasze życie publiczne (a i to prywatne) naszpikowane jest takimi mniejszymi czy większymi historiami. Sytuacjami, w których padło kilka słów za dużo – i ktoś przez nie cierpiał, poczuł się dotknięty, urażony. Kogoś te słowa, słusznie, oburzyły. Takich sytuacji na co dzień nie brakuje. I tak jak każdy z nas ma prawo popełnić błąd – także Ewa Woydyłło i Wojciech Cejrowski – tak też każdy z nas musi liczyć się z konsekwencjami popełnionych błędów. W tym przypadku – z internetową burzą, poniekąd i z hejtem (to zresztą kula śniegowa, bo sam hejt to z reguły te „kilka słów za dużo”) i z nadszarpniętym zaufaniem. Te słowa już padły, rzeczywistości nie da się już zmienić. Ale myślę, że z „wpadek” Woydyłło i Cejrowskiego – tak publicznych i szeroko dyskutowanych – płynie cenna lekcja na przyszłość – i dla nich obojga, i dla każdej i każdego z nas. Otóż, musimy brać większą odpowiedzialność za słowa, które padają z naszych ust. Dotyczy to każdego. Brakuje nam językowej roztropności. A za pomocą słów można naprawdę wiele zbudować. I tak samo wiele zniszczyć. Słowa potrafią być niesamowicie niebezpieczna bronią – dlatego trzeba ich używać bardzo rozsądnie. Słowa mają moc. Trzeba najpierw myśleć, a potem mówić. Niestety, znów – niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu nie zdarzyło się najpierw powiedzieć, a potem pomyśleć. Ja na pewno biję się w pierś.

Językowe wybory

Bardzo lubię Kamilę Kalińczak, dziennikarkę i instgramerkę, która na Instagramie prowadzi świetny profil ĄĘ. Dzieli się tam różnymi spostrzeżeniami na temat języka, zwłaszcza zaś na temat kultury języka. Bardzo polecam jej rolki – w krótkiej i przystępnej formie, z odrobiną żartu i ironii, opowiada o różnych językowych zagwozdkach. I wielokrotnie już powtarzała pewną myśl, którą warto wziąć sobie do serca. Otóż, Kamila mówi, że „język, którego używamy, jest sumą naszych codziennych językowych wyborów”. Tak, to wszystko siedzi w nas. To my decydujemy, co powiemy i jak powiemy. Czy kogoś zranimy, czy też będziemy wspierający. Czy postanowimy kogoś obrazić, urazić, skrytykować. Czy też czasami zachowamy milczenie, bo odezwanie się tylko wywołałoby burzę. To tylko i aż nasza decyzja. Postarajmy się więc, by „suma naszych językowych wyborów” była naszą chlubą, a nie powodem do wstydu. Pora wziąć odpowiedzialność za swoje słowa.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze