Kambodża. Tuk-tukiem do Paryża [MISYJNE DROGI]

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Marine, Raphael i Thibaut dotarli 20 grudnia 2013 r., z Kambodży do Paryża na skuterze, który w Azji zwany jest tuk-tukiem. Jechali przez cztery miesiące, odwiedzili 17 krajów. Wieźli 563 listy napisane przez dzieci z Azji do francuskich rodzin, które im pomagają.

W sierpniu 2013 r. tych troje młodych ludzi zakończyło roczny wolontariat w stowarzyszeniu Enfants du Mekong (Dzieci z Mekongu). Małżeństwo z czteroletnim stażem, Marine i Raphaël, było odpowiedzialne za centrum edukacyjne w Banteay Chhmar w północno-zachodniej Kambodży. Na wsi, wiele godzin od najbliższej drogi do miasta, centrum to oferuje wykształcenie dziesiątkom biednych dzieci z okolicy. Z kolei Thibaut był odpowiedzialny za wiele projektów stowarzyszenia we wschodniej części kraju. Jego zadaniem była pomoc w zbudowaniu relacji między dziećmi i pomagającymi im opiekunami z Francji. Podróż była na bieżąco relacjonowana w Internecie. Można było śledzić przejazd przez Chiny, przez góry i pustynie, awarie sprzętu, zmaganie się z zimnem, utarczki z celnikami z 17 krajów. Relacjonowali zachwyty nad krajobrazem i znajomości zawarte po drodze. Chińscy rolnicy, uzbeccy mechanicy, irańskie rodziny, tureccy studenci, a nawet polski ksiądz w Turkmenistanie! Wysłany 17 lat temu przez Jana Pawła II do kraju zamkniętego na świat przez paranoicznych przywódców, ojcowie Andrzej, Rafał i Paweł zaskoczyli podróżników niezapomnianym powitaniem w małej wspólnocie.


Za pośrednictwem strony internetowej i mediów społecznych opowiadali dzień po dniu o jakości i spontaniczności gościny ludzi z różnych krajów, radości, której doświadczyli, zbliżając się stopniowo do celu i po zakończeniu ich nowej misji. Jaką wiadomość przywieźli? Nie bójcie się! Nie bójcie się wyruszyć w podróż, nie bójcie się nieznanego, nie bójcie się realizować swoich marzeń! A przede wszystkim nie bójcie się zaangażować. Rezygnując z komfortu, czuli tę przygodę całkowicie, a trudności, które pokonali, były ich najlepszym argumentem na rzecz adopcji na odległość. Dlaczego? Bo tak jak decyzja o takiej podróży, niepewnej i trudnej, decyzja o adopcji jest prawdziwym zaangażowaniem. To zobowiązanie, z którego jesteśmy dumni, ale także z którego musimy się wywiązać regularnie co miesiąc. Ofiara finansowa, energia poświęcona wymianę korespondencji, niepokój o dziecko, które przeżywa szczególnie trudny czas – bycie opiekunem nie jest ani tak wygodne, ani tak szybkie jak jednorazowa darowizna. To raczej podjęcie ryzyka związanego z długą i wierną relacją, tak jak gdybyśmy postanowili wybrać się w długą podróż, pełną pułapek. Opiekunem dziecka z Mekongu jest osoba zaangażowana dzień po dniu. Opowiadając o swojej przygodzie, młodzi podróżnicy przekonali już 50 osób do zaangażowania się w adopcję! Kto następny?

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<< 

Zobacz także
Wasze komentarze