Białoruś. Ojciec chrzestny [MISYJNE DROGI]

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Praca z dziećmi, choć radosna, bywa wyczerpująca. Wolontariat wśród małych Białorusinów, których trzeba było wprowadzać w podstawy wiary, to dobra szkoła życia.

Kiedy przygotowywaliśmy się do wyjazdu na Białoruś, stwierdziłem że pewnego rodzaju wyzwaniem dla mnie będzie praca z dziećmi. Im bliżej było wyjazdu, tym coraz częściej ogarniała mnie myśl, że nie poradzę sobie z nimi. Nie znałem zbyt dobrze języka, zapomniałem większości zabaw, a jak coś wymyśliłem, to zastanawiałem się, czy nie będzie to zbyt skomplikowane dla dzieci.
Kiedy dotarła do mnie wiadomość, że jedna z dziewczyn z przyczyn osobistych rezygnuje z wyjazdu, zaniepokoiłem się bardzo. Co to będzie za wolontariat – chłopak z dziewczyną? Jednak im dłużej byłem na Białorusi, tym bardziej rozumiałem, że raczej taki Bóg miał plan. Brak podziałów, kłótni, zgoda i współpraca – takimi darami zostaliśmy obdarowani. Następnego dnia po przyjeździe o. Andrzej Juchniewicz, przełożony klasztoru w Szumilinie, oraz główny opiekun obozów dla dzieci, przedstawił nam założenia naszej pracy. Przedstawił nam siostry szarytki, które pracowały razem z nami. W kolejnych dniach zajmowaliśmy się przygotowywaniem klasztoru na przyjęcie dzieci. Odkurzanie, wieszanie karniszy nad oknami, układanie łóżek, pranie pościeli, mycie podłóg – to tylko część prac, jakie robiliśmy na początku. Pierwszy turnus dla dzieci w wieku 6–8 lat przebiegał pod hasłem: „Przez Maryję do Jezusa”. Codziennie rozważaliśmy
kolejne tajemnice radosne różańca świętego. Po porannej katechezie, na której o. Andrzej tłumaczył dzieciom historie z Pisma Świętego, jaka dotyczyła bezpośrednio konkretnej tajemnicy, nadchodził czas pracy w grupach. Wtedy dzieci wykazywały się kreatywnością i rysowały, wycinały oraz myślały nad plastyczną pracą grupową, za którą można było dostać nagrodę. Każdego dnia inna grupa wygrywała, więc nikt nie był przegrany. Po obiedzie wszystkie dzieci z opiekunami szły do kościoła modlić się na różańcu. Modlitwę prowadziły dzieci, zmieniając się codziennie. Przebojem tygodnia było wyjście nad pobliskie jezioro oraz lody i wspólna zabawa.


Pięć dni rozważań tajemnic radosnych upłynęło bardzo szybko i nikt nie chciał rozstawać się z innymi. Szczególnie niektóre dzieci przywiązały się do opiekunów tak bardzo, że od pierwszego dnia chodziły z nimi za rękę. Po wyjeździe pierwszej grupy dzieci mieliśmy trzy dni prac porządkowych w klasztorze. Kolejną grupą, dwukrotnie liczniejszą od pierwszej, były dzieci w wieku 9–12 lat. Każdego dnia rozważaliśmy z nimi kolejne sakramenty święte, a hasłem było wezwanie „Jezus Chrystus nas zbawia”. Pierwszego dnia rozważaliśmy sakrament Chrztu św. Tego dnia do wspólnoty Kościoła zostało włączonych sześcioro dzieci. Chrzestnymi tych dzieci zostali animatorzy z Polski i Białorusi. Matką chrzestną Wlada i Nikity została Monika, ojcem chrzestnym Igora i Ludmiły zostałem ja. Chrzestnymi Wiki i Igora byli białoruscy opiekunowie. Mimo iż chrzest jest radosnym wydarzeniem dla wspólnoty Kościoła, ten miał cień smutku. Do chrztu zaprowadzili chrzestni, a nie rodzice, którzy nawet sami nie są ochrzczeni. Tylko niektóre z tych dzieci znają swoich ojców. Dla nas było to także spore przeżycie. Wydarzeniem tygodnia dla dzieci również było wyjście nad jezioro, gdzie mogły zajadać się cukierkami oraz bawić się na huśtawkach. Po całym tygodniu pracy z dziećmi, którym – inaczej niż nam – nigdy nie brakowało sił do wspólnej zabawy, nadszedł czas rozstań i pożegnań. Nasza misja na Białorusi kończyła się. Został tylko jeszcze jeden dzień na posprzątanie klasztoru i czas na spakowanie się. Bóg miał plan na wyjazd i za to wszystko dziękujemy mu każdego dnia.

Wykup prenumeratę : https://misyjne.pl/produkt/misyjne-drogi-prenumerata/

Zobacz także
Wasze komentarze