Peru. W Amazonii powódź [MISYJNE DROGI]

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Cochiquinas to spora wioska, do której dotarliśmy z ekipą misyjną. Liczy około 2700 mieszkańców. Wydawało się, że w klasach będzie dużo dzieci. Tego dnia odwołano część lekcji, ponieważ
nauczyciele wyjechali do Caballo Cocha, aby pobrać pensje. Częste odwoływanie lekcji z powodu wyjazdów nauczycieli to jedna z bolączek szkolnictwa w amazońskich wioskach. Trzeba brać pod uwagę, że podróż odbywa się statkiem i trwa zazwyczaj 12 albo 24 godziny w jedną stronę. Dzieci tracą lekcje przez 3 dni i w efekcie są niedouczone. To prawda, że poziom nauczania jest niski, ale zawsze, kiedy odwiedzam dzieci w szkołach, podziwiam ich uwagę i pracowitość. Amazońskie dzieci „chłoną” wiedzę. Szkoda, że brakuje im solidnych nauczycieli i odpowiednich pomocy.
Po południu spotkaliśmy się z animatorem wioski. Usiedliśmy w kaplicy, która niedawno została uprzątnięta po zimowej powodzi. Co roku od marca do maja poziom Amazonki wzrasta. W tym
roku woda przybrała wyjątkowo. Cochiquinas zostało zalane całkowicie. Kaplica stanęła w wodzie. Coroczny wzrost poziomu wody w Amazonce, to „creciente”. Zatem w czasie „creciente” w większości wiosek rozsianych na brzegach Amazonki i czy jej dopływach nie wychodzi się z domu, lecz wypływa – wpław albo w małej łódce kanoa. Nierzadko widzi się już sześcioletnich chłopców, zawsze w dwójkę, dzielnie wiosłujących w kanoa. Zauważyłam, że amazońskie dzieci, choć nieśmiałe, pozbawione są lęku przed wodą czy wysokością: wspinają się na drzewa aż po koronę, bez żadnego uszczerbku na ciele… Małe dziewczynki piorą ubrania na brzegu rzeki i rodzice nie drżą, że dziecko wpadnie do wody. Na wieczorne spotkanie nie przyszło zbyt wielu ludzi.
Obecni byli animatorzy z rodzinami i kilka osób z wioski. Nie wiadomo, dlaczego taka słaba frekwencja. Prawdopodobnie ze względu na to, że w tym czasie spadł deszcz i w wiosce zapadł już zmrok. Na początku poprosiliśmy uczestników, aby opowiedzieli nam jak przeżyli „creciente”. Do „creciente” są przyzwyczajeni, choć tegoroczna powódź była nad wyraz obfita. Przeżyli ją ze spokojem, bo ma też zalety. Rzeka obfituje w ryby, można je łowić na progu domu, wysoki poziom wody w dopływach Amazonki pozwala na spławienie ściętych bali drewna. Można je sprzedać i jest z tego jakiś zarobek. Jednak pomoc socjalna nie była wystarczająca – czasem kilogram ryżu na rodzinę. Cóż to jest? Rodziny są wielodzietne, wielopokoleniowe. Przeciętnie liczą 5–8 osób.
Często, kiedy jesteśmy świadkami opowieści o „creciente”, słyszymy: „Nie możemy buntować się przeciw naturze, Pan Bóg dopuścił tę powódź. On wie, dlaczego. Nie musimy tego rozumieć, tylko
ufać”. Zawsze na zakończenie spotkania proponujemy nabożeństwo Słowa Bożego. W naszej misyjnej ekipie nie ma księdza, dlatego nie ma możliwości sprawowania Eucharystii.

W niektórych wioskach od lat nie było kapłana. W całym wikariacie, którego obszar zbliżony jest do obszaru Polski, pracuje ich około dziesięciu. Jak dotąd w wikariacie zostało wyświęconych trzech rodzimych księży. Takie są realia misyjne. Naszym zadaniem jest siać ziarno Słowa Bożego, innym przyjdzie je zbierać.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze