Sudan Południowy. Nasza wyspa pokoju [MISYJNE DROGI]

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Ostatnie informacje o sytuacji w Sudanie Południowym nie należą do optymistycznych. Ten młody kraj wciąż przeżywa trudne chwile nie zanosi się na to, aby było lepiej. Wiele osób opuszcza kraj albo trafia do obozów dla uchodźców. To przeważnie ludzie z plemienia Nuer. Pomimo tego, że wiele miejsc jest trawionych konfliktem, istnieje kawałek ziemi, na którym ludzie żyją w pokoju. Taką wyspą spokoju jest misja, w której pracuję: Old Fangak, położona na północy Sudanu Południowego. Otoczeni jesteśmy rozlewiskami Nilu, bagnami i terenem zalanym wodą. Teren ten zamieszkały jest przez plemię Nuer, dlatego próbuję nauczyć się tego języka od przylotu, czyli od trzech miesięcy. Dotarcie do Old Fangak nie jest proste. My, misjonarze, możemy przylecieć samolotem ONZ z Dżuby, ale miejscowi muszą używać łodzi. Jednak nikt się nie wybiera w tamtą stronę, ponieważ terytorium nie jest kontrolowane przez rząd. Ziemie Old Fangak to ziemie opozycji, przez niektórych nazywanej rebeliantami. Praca tutaj nie jest najłatwiejsza: ciężkie tereny oraz klimat. Ludzie wierzą w pokój, ale obawiają się, że i tutaj rządowe wojsko zdoła dotrzeć. Od ostatniego konfliktu populacja znacznie wzrosła poprzez napływ uchodźców. Dzisiaj to miasteczko ma około ośmiu tysięcy mieszkańców. Cała nasza parafia to teren około 240 000 km2 i służymy prawie 25 tys. katolików w 80 wioskach. Przemieszczamy się tylko piechotą albo łodzią – do ostatniej kaplicy mamy dwa dni drogi.

Czas Bożego Narodzenia przyniósł mi wiele radości. Byłem miło zaskoczony, kiedy dowiedziałem się, że mam chodzić po kolędzie i błogosławić rodziny. Katechista był moim przewodnikiem po nieznanych drogach. Pokazywał mi, dokąd mamy iść, które rodziny odwiedzić (wiele jest rodzin protestanckich) oraz dbał o to, aby kanu, czyli miejscowa łódka zrobiona z pnia palmy, była gotowa do przeprawy. By trafić do niektórych miejsc, trzeba było przejść przez wodę i błoto. Jak wyglądały spotkania? Podobnie jak u nas. Po wspólnej modlitwie nałożenie rąk na dzieci, błogosławieństwo
i specjalna modlitwa nad chorymi. Udało mi się także odwiedzić miejscowe więzienie i szpital prowadzony przez organizację Lekarze bez Granic dr Jill z Alaski. Choć Boże Narodzenie nie było aż tak kolorowe i uroczyste, to nie mogło zabraknąć Pasterki o północy. Była to dla nas prawdziwa uroczystość, do której przygotowywały się chór, ministranci oraz inni wierni. Nasz plac przed kościołem zgromadził ponad dwa tysiące ludzi. Podobnie przywitaliśmy Nowy Rok. To tkwi w kulturze tego miejsca, że ludzie zapraszają nas na modlitwę do swoich domów. Jest to modlitwa dziękczynna za to, że ktoś wrócił do domu po długiej nieobecności, błogosławieństwo dziecka albo modlitwa za zmarłego. Jednak oprócz modlitwy towarzyszą temu przemówienia, rozmowy i oczywiście pyszne jedzenie. Z takich modlitw nigdy nie wracamy głodni. Minęły trzy miesiące pobytu tutaj. To miejsce wciąż mnie zadziwia: ludzie, ich dobroć, uśmiech i brak narzekania pomimo sytuacji, w której znajduje się ich kraj. My również przyjmujemy uśmiechem każdy kolejny dzień jako dar od Boga i pełni ufności służymy ludności Nuer jak tylko możemy i potrafimy.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze