Uganda. Różne dzieci [MISYJNE DROGI]

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Jest nas czworo: Marco, Maria Grazia, Francesco i Samuel. Od sierpnia 2011 r. mieszkamy w Aber, w północnej części Ugandy. Jesteśmy rodziną Świeckich Misjonarzy Kombonianów pochodzącą z Włoch. Moja żona jest lekarzem specjalizującym się w chorobach zakaźnych. Jest zatrudniona przez szpital na takich samych warunkach jak miejscowi lekarze. To była nasza decyzja:być razem z miejscową społecznością, na tych samych warunkach. To duże wyzwanie, które czasem powoduje problemy. Biały często znaczy bogaty, a my mamy tyle samo co miejscowi. Z drugiej jednak strony to pozwala na prawdziwy ogląd sytuacji. Szpital należy do diecezji Lira. Ja jestem nauczycielem i pracuję w domu dziecka St. Clare. Jest to sierociniec wspierany przez niemieckie stowarzyszenie katolickie. Przebywa tu około 180 dzieci w wieku szkolnym, powyżej szóstego roku życia. Zarządzają tu trzy ugandyjskie siostry. Ponadto współpracuję z parafią, angażując się w projekty związane z szerzeniem sprawiedliwości i pokoju, opieką nad rodzinami, szkółką niedzielą i innymi dziełami. Po prostu staram się, aby nikt nie był głodny, aby był dostęp do lekarza, a dzieci mogły się uczyć. Nasz syn Francesco ma cztery lata. Uczęszcza do jednej z klas w szkółce przy parafii. Gdy tu przyjechaliśmy, jeszcze nie miał dwóch lat, więc można powiedzieć, że połowę życia spędził w Afryce. Nawet jemu przywyknięcie do miejsca i do ludzi z okolicy nie przyszło łatwo. Do tej pory jest wielką atrakcją, gdziekolwiek się ruszymy. Inne dzieci, a także dorośli, ciągle dotykają jego skóry i jego włosów. Język był także dużym wyzwaniem, ale teraz już przynajmniej potrafi się porozumiewać po angielsku oraz w lokalnym języku luo. Gdy tylko przyjechaliśmy, znaleźliśmy tu dziecko potrzebujące opieki. Członkowie jego rodziny borykali się z wieloma problemami zdrowotnymi i finansowymi. Poprosili więc nas, abyśmy je zaadoptowali. Był i jest dla nas olbrzymim darem. Samuel jest z nami, odkąd skończył 10 miesięcy, a teraz ma prawie trzy lata. Mamy zatem dzieci o różnych kolorach skóry.


Sens naszego pobytu w Ugandzie łatwiej zrozumieć, sięgając do symboliki Bożego Narodzenia. Święto to przypomina, że często w życiu chodzi o obecność miłości. To postawa, jaką przyjmujemy
jako misjonarze. Od kiedy tu jesteśmy, zawsze próbujemy być obecni, by zachęcać do pytań i poszukiwań, a nie dawać gotowe odpowiedzi. Mamy nadzieję, że patrząc na nasz sposób życia, ludzie też będą chcieli poznać Boga. To właśnie dlatego odmawiamy robienia bardzo dużych projektów, budowania struktury pomocowej. To nie nasze zadanie. Jezus nie przyszedł z pieniędzmi. Przybył biedny. Jezus nie budował świątyni, nie zakładał spółek, biznesu. Jesteśmy przekonani, że naprawdę chodzi o zwyczajne bycie z tymi ludźmi. Potrzebujemy odczuwania obecności miłości wokół nas, jesteśmy wezwani do bycia miłością pośród ludzi i do jej dawania. Na ile potrafimy.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze