Bóg się (we mnie) rodzi 

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Poród to niezwykła mieszanka radości i bólu. To jednocześnie jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu. Radykalny początek i dogmatyczny koniec. Podobnie jest ze spotkaniem i z narodzeniem w nas Boga. 

Boże Narodzenie powoduje w nas wymieszanie radości i smutku. Ten czas wyraźnie pokazuje prawdę o naszym życiu i relacjach. Pokazuje to, czego często nie chcemy widzieć. Z utęsknieniem czekamy na moment, w którym będziemy mogli spotkać naszych bliskich i odpocząć od zgiełku codzienności. Dbamy o to, aby świąteczna atmosfera była porównywalna z tą z amerykańskich filmów z happy endem. Oczekujemy radości – to przecież jeden z najradośniejszych dni w roku. Ten moment zatrzymania w biegu może być jednak trudny i mogą „dopadać” nas nie tylko pozytywne myśli.  

Smutki 

Nagle zdajemy sobie sprawę, że nie mamy bliskiej relacji z naszymi rodzicami, a mąż nie okazuje upragnionej czułości. Nasza rodzina podzielona jest na „popisowe” frakcje polityczne, a wujostwo jak zwykle nadużywa świątecznych trunków. Atmosfera Świąt wyostrza zarówno to, co radosne, jak i to, co smutne. W tym czasie osoby samotne są szczególnie osamotnione, a ubogie jeszcze biedniejsze. Mamy jednak szansę, aby także radość była w nas większa. A nie ma większej radości i lepszej Nowiny niż ta, że narodził się Jezus – nasz zbawiciel, dzięki któremu żaden smutek nie jest ostateczny. Warto na tym skupić naszą uwagę. 

Poznanie to zmiana 

Patrząc na nasze emocje i pragnienia – na to wszystko, co się w nas dzieje w czasie Bożego Narodzenia, mamy szansę na to, aby pójść dalej. Poznanie siebie i sytuacji wokół nas daje nam możliwość zmiany. Możemy pozwolić Bogu dotknąć tych wszystkich ran i problemów, które nosimy. A On chce spotkać się z nami i naszą słabością. Cokolwiek przeżywamy – On był w tym Pierwszy. Wie, o co chodzi.

Warto spojrzeć na Boże Narodzenie jak na czas zmian. Nowe narodzenie nas samych. Może nie będą to spektakularne rewolucje, ale drobne gesty. Warto postanowić sobie, że pojednamy się z bliską nam osobą, porozmawiać z kimś, kto być może jest dla nas trudny.

Warto wyjść z inicjatywą wspólnej modlitwy i czytania Pisma Świętego, zawrzeć w życzeniach szczere słowa pocieszenia. I warto spojrzeć na bliskich tak, jak spojrzałby na nich Jezus. Z miłością. Obojętnie z jakiej są „opcji” i jak daleko oddaliliśmy się od siebie. Wobec narodzenia Jezusa wszystkie spory bledną. On przyszedł przecież do nas wszystkich. 

Bóg się (we mnie) rodzi 
6 (100%) 3 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze