fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

Damian Sylwestrzak (sędzia FIFA): z pierwszym gwizdkiem wykonuję znak krzyża [ROZMOWA]

Studiował teologię, myślał o uczeniu religii w szkole, a dziś jest sędzią Ekstraklasy i międzynarodowym sędzią FIFA. Damian Sylwestrzak w rozmowie z Karoliną Binek opowiada o wierze, rodzinie, trudnych decyzjach na boisku oraz o tym, jak ważna dla niego jest modlitwa, również przed meczem.

Karolina Binek (misyjne.pl): Jak to się stało, że ktoś, kto dzisiaj jest sędzią Ekstraklasy i międzynarodowym sędzią FIFA, studiował teologię?

Damian Sylwestrzak: – Zawsze mnie te tematy ciekawiły. Od dziecka chciałem zgłębić sam dla siebie teologię, żeby bardziej zrozumieć tę dziedzinę. Miałem też wewnętrzną potrzebę, żeby skończyć studia w tradycyjnej formie, do których potrzeba książek i zagłębienia się w ich treść. Tam też poznałem moją żonę. Finalnie ukończyłem inne studia, ale cieszę się, że postawiłem swoją nogę również na PWT.

Wtedy, gry rozpoczynał Pan studia, był plan, żeby potem uczyć religii w szkole?

– Zastanawiałem się, co będę zawodowo robił po teologii. Brałem pod uwagę możliwość uczenia religii w szkole. Ale na poważnie zacząłem myśleć o przyszłości po studiach dopiero, gdy poznałem moją żonę. Równolegle wtedy już sędziowałem. Byłem sędzią w lidze regionalnej, a więc daleko od miejsca, w którym jestem dzisiaj. Po cichu liczyłem jednak, że właśnie z sędziowaniem zwiąże się moja ścieżka zawodowa. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to było szalone założenie, ale fantastycznie, że zrealizowane.

Wiara była zawsze ważna i obecna w Panu życiu?

– Tak. Zostałem ministrantem, gdy tylko osiągnąłem wiek wymagany do tej funkcji w mojej parafii, a może nawet trochę wcześniej. Podobało mi się to. Czasami w niedzielę służyłem nawet do kilku mszy. Liturgia i służba bardzo mnie wewnętrznie fascynowała. Natomiast, dorastając, miałem różne momenty w życiu. Czasami żyłem bliżej, a czasami dalej Pana Boga. Ale wiarę gdzieś tam zawsze w sobie miałem. Gdy podejmowałem różne życiowe decyzje, jednym z ważniejszych filtrów, przez które je przepuszczałem, była właśnie kwestia wiary i tego, co będzie kiedyś, jak już odejdę z tego świata.

>>> Krzychu lektor: wszystko u mnie opiera się na Bogu [ROZMOWA]

fot. PAP/Marcin Bielecki

Przed meczem często Pan się modli albo ma Pan jakieś inne swoje rytuały?

– Przed meczem mam swoje rutyny, których nie nazwałbym rytuałami, a raczej zwyczajami. Dzięki nim mogę wejść w rytm przedmeczowy i się skoncentrować. Mam też przed wyjściem z szatni chwilę na modlitwę, którą zawsze wykorzystuję. Mam ze sobą za każdym razem obrazek z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego z napisem „Jezu, ufam Tobie”, który jest już bardzo wytarty, ale przez wielki sentyment do tego obrazka, nie myślę o jego wymianie. Z pierwszym gwizdkiem wykonuję znak krzyża dziękując za moją pasję i zawierzając wszystko, co robię.

Zdarzyło się Panu kiedyś odczuwać wewnętrzny konflikt między sumieniem, wiarą a przepisami w grze?

– Nie, nigdy nie miałem takiego konfliktu. Na boisku podejmuję decyzje automatycznie. To moja praca. Natomiast miewałem sytuacje, że było mi kogoś szkoda i bardzo mu współczułem. Musiałem mu pokazać czerwoną kartkę, a miałem świadomość, że zawodnik nie chciał popełnić danego przewinienia, po prostu tak wyszło.

Jak sobie Pan radzi z presją kibiców i krytyką po meczu? Bo zdarza się przecież, że sędzia jest krytykowany właśnie przez takie decyzje – jak choćby pokazanie komuś czerwonej kartki.

Nie ma na takie sytuacje jednej recepty. Z jednej strony – przez wiele lat sędziowania nauczyłem się już trochę radzenia sobie w takich sytuacjach. Mam wypracowane mechanizmy obronne, dzięki którym odrzucam to, co dzieje się dookoła mnie. Często podczas meczu nie słyszę, co dzieje się na trybunach. Nie słyszę, kiedy ktoś coś krzyczy w moim kierunku albo śpiewa jakieś obraźliwe przyśpiewki na mój temat. Natomiast nie jest dla mnie miłe, jeśli po meczu moje dzieci i moja żona mogą na przykład coś o mnie przeczytać w internecie i później mogą to przeżywać. Dzieje się to rzadko, ale jednak się zdarza. Ja zawsze staram się analizować swoją pracę i wyciągać wnioski na przyszłość. Chociaż po meczu, podczas którego pojawiła się jakaś kontrowersja, zawsze przez kilka dni trochę inaczej smakuje śniadanie. Ale w takich sytuacjach dużym wsparciem i odskocznią jest dla mnie moja rodzina. Idziemy razem na rower, spacer, do kina, do restauracji. Dzięki temu zapominam na chwilę o sędziowaniu. Wybrałem sobie zawód, który ma wiele pięknych stron, ale czasami też wysoką cenę i godzę się ją płacić.

fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

Zdarza się, że w domu z dziećmi i z żoną rozmawia Pan o meczu, o tym, że jest Panu trudno z czymś, co wydarzyło się na boisku?

– Zdarza się, że o tym rozmawiamy. Staram się pokazywać dzieciom, że nie da się w życiu nie popełniać błędów. Trzeba wyciągać z nich wnioski i iść do przodu. Gdybym poddał się po pierwszym błędzie, to dzisiaj nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Największy pozytyw tych błędów jest chyba taki, że patrzą na to wszystko z boku moje dzieci i mogą obserwować jak się podnosić i nie bać się w życiu próbować i czasem mylić. To jedyna droga do rozwoju. Staramy się, by nie było u nas tematów tabu, więc czasem o tym rozmawiamy. Chociaż raczej nie jestem osobą, która łatwo uzewnętrznia się z tym, co czuje. Moja żona ma więc w tej kwestii twardy orzech do zgryzienia.

Jeśli na boisku ktoś jest w stosunku do Pana agresywny, to jak Pan sobie z tym radzi?

– Raczej takie sytuacje się nie zdarzają. Chociaż po tylu latach w tym zawodzie, niewiele rzeczy na boisku jest w stanie mnie zaskoczyć. Zdecydowana większość moich relacji z zawodnikami jest pozytywna i oparta na zaufaniu. Oczywiście zdarzają się trudne momenty podczas meczów. Staram się wtedy być wyrozumiały i chociaż krótko wytłumaczyć swoją decyzję, zwrócić na coś uwagę i dzięki temu później zawodnik jest w stanie ją zrozumieć, ale kiedy zawodnik przekracza linię – zmieniam się o 180 stopni i twardo stawiam granicę.

>>> „Chłopcy muralowcy” odmieniają Wrocław i kościoły [REPORTAŻ]

Czy Pana zdaniem sędzia może poprzez swoją postawę na boisku czy też przed meczem dawać świadectwo wiary?

– Myślę, że każdy może dawać świadectwo wiary, nawet sędzia. Staram się robić to chociaż poprzez jakieś małe gesty. Chociaż najważniejsze jest dla mnie, by dawać świadectwo przede wszystkim w rodzinie. Staramy się dbać o zwyczaje – takie jak wspólna modlitwa przed snem albo zrobienie znaku krzyża przed posiłkiem. Tak samo jak przeżegnanie się, gdy przechodzimy obok kościoła.

fot. PAP/Marcin Bielecki

W jaki sposób udaje się Panu pogodzić sędziowanie z życiem rodzinnym, z tym, aby być tatą i mężem na pełen etat?

– Czasami mi się to udaje, a czasami nie. Są takie okresy, kiedy jestem dużo w domu, rozmawiamy na wiele różnych tematów, żartujemy. A są takie momenty, kiedy przyjeżdżam tylko przepakować walizkę. To jest bardzo trudne, bo moje dzieciaki uwielbiają, kiedy mogę spędzać z nimi czas. Przez te wszystkie lata bardzo ważna jest więc rola mojej żony. Ona potrafi spoić okresy, w których jestem na miejscu, z tymi, w których mnie nie ma. Bo kiedy wyjeżdżam, wszystko jest na jej głowie. Radzimy sobie już tak przez kilkanaście lat, chociaż czasami jest niezwykle trudno. Naszą receptą i lekarstwem na te trudności są częste wspólne wyjazdy. Przynajmniej raz na kwartał pakujemy walizki i gdzieś razem jedziemy. Czasami jest to jakiś dłuższy wypad na wakacje, a czasami na Kaszuby, skąd latem dojeżdżam na mecze.

Dzieci często pytają Pana o Boga i o wiarę?

– Pytają często. Zadają coraz trudniejsze pytania i pół żartem, pół serio – zaczynam żałować, że nie skończyłem teologii, bo nie zawsze jestem w stanie im odpowiedzieć. Jedna córka jest już po pierwszej Komunii świętej, a syn przystąpi do tego sakramentu w tym roku. Chociaż najwięcej o wiarę i o Boga pyta nasza ośmioletnia córka. Są to dosyć mocne rozmowy, bo tematy, które ją interesują, są trudne i niewygodne. Ale cieszymy się z żoną, że dzieci przychodzą z takimi dylematami do nas i że możemy otwarcie rozmawiać na te tematy w domu. To jest nasza siła.

Wspominał Pan o modlitwie przed meczem. A zdarzyło się kiedyś, że ktoś Pana skrytykował z powodu wiary?

– Nie, nie zdarzyło się, że ktoś mnie skrytykował. Chociaż zdarzały się delikatne podśmiechiwania z mojego światopoglądu. Raz dostałem nawet sugestię, żeby nie wykonywać znaku krzyża przed meczem. A zawsze go wykonywałem i wykonuję dalej. Wtedy modlę się niekoniecznie o to, żeby mecz poszedł dobrze (chociaż bardzo bym tego chciał), ale po prostu zawierzam go Bogu, dziękuję, że mogę tutaj być, robić to, co robię i że znalazłem na ziemi taką ciekawą pasję, w której się realizuję.

>>> Filip (żołnierz NATO): to Pan Bóg rozświetla nasze drogi [ROZMOWA]

Myśli Pan, że sport może pomóc w rozwoju duchowym?

Myślę, że sport może pomóc we wszystkim. Nie widzę żadnych negatywów aktywnego życia. A czy może pomóc w rozwoju duchowym? Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że tak. Sport uczy wygrywać i przegrywać. A krytyka i presja, które czasem niosę na barkach, pchają mnie do Kościoła. W trudnych momentach łatwiej mi pójść do kościoła, uklęknąć i zawierzyć Bogu wszystko, co przeżywam. Często chodzę też tam, by za coś podziękować lub po prostu rozważyć jakąś kwestię.

fot. Art Service

Podsumowując naszą rozmowę, chciałabym, by powiedział Pan, kim dla Pana jest dzisiaj Bóg.

– Nadzieją na to, co będzie po ziemskim życiu. Pomimo młodego wieku bardzo często myślę o tym, co będzie po śmierci. Czasami mam obawy związane z tą kwestią i zawsze, gdy się pojawiają, wiara mnie uspokaja. Ona jest dla mnie ukojeniem oraz kompasem w moim życiu. Wiem, że czasami dzięki wierze i nauczaniu Kościoła razem z żoną idziemy pod prąd w stosunku do tego, co proponuje świat. Ale cieszę się z naszych wyborów, nigdy ich nie żałowałem, a z wielu z nich wręcz jestem dumny.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze