fot. Padre Guilherme Facebook

Dziś w Gdańsku zagra Padre Guilherme. Ksiądz didżej budzi zachwyt, ale i kontrowersje [KOMENTARZE]

DJ Padre Guilherme, czyli portugalski ksiądz grający muzykę elektroniczną połączoną z fragmentami modlitw, pieśni religijnych czy przemówień papieskich, zagra w Polsce dwa koncerty. Dziś, 15 sierpnia, wystąpi na Ergo Arenie w Gdańsku, a 4 września w Opolu. Dochód z drugiego koncertu ma zostać całkowicie przeznaczony na renowację tamtejszej katedry. Zainteresowanie jest ogromne. Bilety rozeszły się w niecałą dobę, a występ przeniesiono z placu przed świątynią na stadion, który pomieści ponad 14 tysięcy osób. Nie wszyscy w Kościele są jednak przychylni działaniom duchownego didżeja. Niechętne w stosunku do niego są środowiska konserwatywne.

„Religijność stadionowa” budzi często pytania i zastrzeżenia. Jednocześnie jest też wiele wydarzeń typu: „dni skupienia”, „rekolekcje w ciszy”. Może więc dobrze, że oferta ewangelizacyjna jest tak szeroka? Redakcja misyjne.pl zebrała komentarze w tej sprawie od Dawida Gospodarka, ks. prof. Andrzeja Kobylińskiego i Michała Guzka. Zapytaliśmy, czy taka forma ewangelizacji jest dobra i może być skuteczna, czy też niesie ze sobą ryzyko.

Dawid Gospodarek (Katolicka Agencja Informacyjna):

To nie jest wybór “same plusy czy zagrożenie” – to typowe napięcie między skutecznością a czytelnością znaku. Plusy są wymierne: dotarcie do milionów młodych ludzi, którzy nigdy nie otworzyliby katechizmu, ale otwierają Instagram. Błogosławieństwo Franciszka i przesłanie Leona XIV pokazują, że Watykan uznaje to za mieszczące się w granicach dopuszczalnej inkulturacji i działań ewangelizacyjnych. Dla mnie to raczej działania preewangelizacyjne, przygotowywanie pola do ewangelizacji: zainteresowanie, pokazanie, że na chrześcijańską kulturę jest miejsce w świecie i może być atrakcyjna, może pomóc w pozbyciu się jakichś uprzedzeń do chrześcijaństwa. Ciężko też nie pytać o trwałość tych koncertowych doświadczeń, kiedy mamy do czynienia z pewną euforią, emocjami tłumu. Emocje oczywiście nie są złe, przeciwnie, ale bez dalszej pracy nad tymi emocjami i skłonienia do refleksji i decyzji, ciężko mówić o nawróceniu. A co oferuje się później uczestnikom takich koncertów? Ryzykiem zawsze może być spłycenie – ważne chrześcijańskie przesłanie może zostać zredukowane do jakichś sloganów, jak na innych świeckich festiwalach.

Dawid Gospodarek, fot. KAI

Kościół zawsze miał wiele dróg – pustynię i jarmark, milczenie kartuzów i uliczne kazania franciszkanów, chorał w kościele i misteria na rynkach. Różnorodność “temperamentów duchowych” to nie nowość, to rzecz znana. Ale “religijność stadionowa” i “dni skupienia” nie są symetryczne – to nie są dwie równoważne opcje w tym samym menu. Rekolekcje w ciszy prowadzą do wewnątrz, uczą rozpoznawania głosu Boga w warunkach pozbawionych bodźców, formują do religijnej dojrzałości. Wydarzenie masowe z didżejem prowadzi na zewnątrz, w stronę wspólnego przeżycia i emocji. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś nigdy nie przechodzi od pierwszego do drugiego – gdy koncert staje się jedyną formą kontaktu z wiarą, a nie bramą wejściową do czegoś głębszego. W religijnej rozrywce nie ma nic złego, ale nie jest okej, jeśli ograniczamy się tylko do niej.

Cieszy mnie, jak widzę, że chrześcijańskie treści są prezentowane na różne sposoby, zwłaszcza jeśli są prezentowane dobrze, profesjonalnie, na wysokim poziomie. Ale też trzeba pamiętać, że jeśli mamy na celu ewangelizację, trzeba zaproponować coś więcej niż haczyk. Bo lepszą ofertę rozrywkową naprawdę łatwo znaleźć poza działalnością chrześcijańskich artystów.

Dla mnie ważne jest to, że Padre Guilherme sam wyznacza sobie granicę i jest konsekwentny: “To nie jest muzyka do kościoła, nie do mszy”. I słusznie – muzyka liturgiczna wiąże się z konkretną kulturą i prawami, z którymi rozrywkowa działalność księdza didżeja się rozbiega.

A czy kiedyś również konsoleta didżejską może znaleźć swoje miejsce w kościele? Próby analogii, że kiedyś gitara oburzała, a dziś jest normalna, więc konsoleta też będzie – są trochę na wyrost. Pamiętajmy, że muzyka liturgiczna i kościelna jest obwarowana konkretnymi prawami, nie jest tak łatwo wprowadzać nowości. Problematyczne jest to, że te prawa są łamane – czy to z ignorancji, czy z braku gustu, czy z oszczędności. Na przykład absurdalne wprowadzanie do kościołów automatycznych organistów – na szczęście to nie zdarza się często, ale zdarza się, a przez diecezjalne komisje liturgiczne jest ignorowane. Ja już wolałbym na liturgii didżeja niż robota, bo tu potrzebne jest działanie człowieka i relacja.

W religijnej przestrzeni zbyt łatwo o nadużycia i uciekanie od rozumu, nie dawajmy tu kolejnego narzędzia.
Liturgia ma prowadzić do adoracji, czyli do wyjścia poza siebie ku Bogu, a nie do skupiania się na sobie przez ciało, puls, doznania. Jestem sceptyczny wobec konsolety na liturgii, bo jej domyślny tryb działania (powtarzalny beat, narastające napięcie, drop) jest strukturalnie bliższy transowi niż kontemplacji, a to jest poważna różnica jakościowa.

Wielbić Boga można na różne sposoby, tu by mi nie przyszło do głowy robienie jakiejś listy form zakazanych. Co innego, jeśli mówimy o liturgii – to już jest pewna konkretna rzeczywistość wielbienia, w której nie na wszystko jest miejsce. W liturgii nie powinno być miejsca na sztuczność (niestety, widzimy w parafiach jej sporo, od szat liturgicznych i świec ołtarzowych). A już w ogóle na sztuczne sterowanie emocjami, wprowadzanie w różne stany. Muzyka prowokująca pewne efekty fizjologiczne – narastanie napięcia i jego rozładowanie w tłumie – ma formę, której “treścią” wydaje się sama energia zbiorowa, a nie odniesienie do Boga czy ludzki akt wielbienia Boga. Można ją wykorzystać obok liturgii, jako most do niej (tak chyba jak robi to Padre Guilherme, świadomie trzymając ją poza mszą), ale trudno ją włączyć w liturgię.

DJ Padre Guilherme, fot. Wikimedia/ CC BY-SA 2.0

Ks. prof. Andrzej Kobyliński (filozof, kierownik Katedry Etyki UKSW w Warszawie):

W Kościele katolickim jest głęboki spór wokół tej kwestii. Wśród biskupów i księży są gorący zwolennicy takich nowych metod, są też ich zdecydowani przeciwnicy. Ja należę do tej drugiej grupy.

Nie widzę możliwości połączenia muzyki techno z Ewangelią, ponieważ sercem duchowości chrześcijańskiej jest sacrum, które wiąże się z ciszą i skupieniem, a nie z hałasem i zgiełkiem. Cisza i milczenie są mową Boga. Uważam, że tego rodzaju koncerty, które wykorzystują elementy religijne, przekształcają religię w zabawę. To nie jest autentyczne doświadczenie religijne. Takie koncerty ewangelizacyjne – moim zdaniem – pozbawione są sfery sacrum. Na taką profanację sacrum nie ma zgody w judaizmie, islamie, hinduizmie czy buddyzmie.

Takie wydarzenie jest swoistym transem muzycznym z użyciem wysokich decybeli. Takie doświadczenie muzyczne czy artystyczne nie może być doświadczeniem religijnym. Oczywiście, jeśli ktoś lubi taką muzykę, ma do tego prawo i nie chodzi o krytykę tego rodzaju muzyki. Chodzi mi o łączenie tej muzyki z religią. Uważam, że z perspektywy tradycyjnie rozumianej religii chrześcijańskiej jest to niemożliwe, bo łączenie muzyki techno z Ewangelią sprzeciwia się tradycji 2000 lat religii chrześcijańskiej.

Najświętszy Sakrament jest największym skarbem, jaki Kościół katolicki posiada od 2000 lat. I przez 20 stuleci adoracja przed Najświętszym Sakramentem odbywała się w ciszy, ewentualnie przy chorale gregoriańskim, psalmach bądź pieśniach medytacyjnych. Do tej pory nigdy katolikom nie przyszło do głowy, by przy okazji adoracji Najświętszego Sakramentu krzyczeć i słuchać głośnej muzyki. Wiem, że na tym wydarzeniu sama adoracja jest oddzielona od koncertu, ale mimo wszystko obie rzeczy łączą się w czasie jednego eventu.

ks. prof. Andrzej Kobyliński, fot. TVP

Podobnie krytycznie podchodzę do łączenia Toronto Blessing, czyli Błogosławieństwa z Toronto, z adoracją Najświętszego Sakramentu. Toronto Blessing, prezentowane przez zwolenników jako szczególne działania Ducha Świętego, oznacza wpadanie w histerię, dar śmiechu, utratę przytomności, łączy się z wrzaskami i swego rodzaju transem. Niektórzy biskupi i księża uważają, że można łączyć te dwie sprawy, ja jednak jestem gorącym tego przeciwnikiem.

Religia jest rzeczą świętą, natomiast tutaj istnieje ryzyko zrobienia z religii cyrku. Ludzi młodych można przyciągnąć do Kościoła i Pana Boga wiarygodnością, zaufaniem, świętością. Jeśli młodzi zobaczą, że biskupi i księża żyją zgodnie z tym, czego nauczają, że katolicyzm jest sprawą poważną, że istnieje doktryna, która ma piękną, wielowiekową tradycję, to wówczas religia katolicka będzie przyciągać swoją wewnętrzną mocą i blaskiem prawdy. A robienie z religii eventu muzycznego czy igrzysk jest drogą donikąd. To niszczy powagę i świętość religii. Szkoda, że większość biskupów i księży uważa inaczej.

Michał Guzek, Rafael Film, portal Chrześcijańskie Granie:

Ewangelizacja zawsze jest czymś dobrym, ale nie oznacza to, że zawsze spotka się wyłącznie z pozytywną reakcją. Tam, gdzie głosi się Dobrą Nowinę, tam mogą pojawić się podziały, spory czy opór. Czasami nawet sam sposób ewangelizacji może budzić kontrowersje wewnątrz wspólnoty Kościoła. Znamy przecież ten problem już z Dziejów Apostolskich: „Ten jest Pawła, ten Apollosa, a ten Kefasa”.

Na szczęście tam, gdzie jesteśmy w jedności, możemy wierzyć, że działa Duch Święty. Dlatego bardzo ważne jest rozeznawanie i patrzenie na owoce podejmowanych działań. Warto też podawać je osądowi Kościoła, działać w jedności i z jego błogosławieństwem. Wtedy nawet jeśli pojawiają się różne opinie czy emocje, możemy mieć pewność, że szukamy przede wszystkim tego, co służy głoszeniu Ewangelii.

Myślę, że właśnie w tej różnorodności trzeba dostrzec działanie Boga. Pan Bóg działa w „lekkim powiewie”, ale czasami przychodzi również w zupełnie innych warunkach. Nasze myśli nie są myślami Boga i nie zawsze możemy przewidzieć, w jakiej sytuacji człowiek Go spotka. Jezus potrafił przemawiać do tłumów, ale jednocześnie zawsze dostrzegał konkretnego człowieka. Wśród wielu osób potrafił wychwycić tę jedną, która potrzebowała Jego obecności. Z drugiej strony znamy choćby spotkanie z Samarytanką – bardzo osobiste spotkanie, które dokonało się w ciszy i z dala od tłumu.

Michał Guzek, fot. Facebook

Znam wiele świadectw osób, które doświadczyły nawrócenia i działania Boga podczas Światowych Dni Młodzieży, spotkań Taizé czy Lednicy. Sam również widziałem działanie Pana Boga podczas Festiwalu Chrześcijańskie Granie. Dlatego uważam, że szeroka oferta ewangelizacyjna jest czymś dobrym. Ważne, żebyśmy nie próbowali ograniczać Boga do jednego sposobu działania.

Koncert Padre Guilherme to stosunkowo nowy sposób ewangelizacji i dlatego może wzbudzać emocje czy kontrowersje. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że Kościół jest bardzo różnorodny i korzysta z różnych dróg docierania do człowieka. Dla mnie ważne jest to, żebyśmy potrafili rozeznawać owoce i patrzeć, czy dana forma rzeczywiście prowadzi ludzi do Boga. Najbliższe wydarzenie, podczas którego wystąpi Padre Guilherme, czyli Festiwal „Prosta Droga do Boga”, odbywa się z patronatem i błogosławieństwem Kościoła. To daje mi spokój i przekonanie, że możemy patrzeć na to wydarzenie z zaufaniem, a przede wszystkim obserwować jego owoce.

Wierzę, że muzyka elektroniczna ma swoje miejsce w ewangelizacji, szczególnie w świecie, w którym żyją dziś młodzi ludzie. Może być językiem, dzięki któremu łatwiej dotrzeć do osób, które nie odnalazłyby się w bardziej tradycyjnych formach przekazu. Jeśli jednak mówimy o liturgii, tutaj postawiłbym na pierwszym miejscu wymagania, jakie Kościół stawia muzyce liturgicznej. Powinna być wykonywana z należytą starannością, na odpowiednim poziomie artystycznym i przede wszystkim powinna służyć liturgii.

Nie chodzi więc o to, żeby każdą nową formę automatycznie przenosić do kościoła. W ewangelizacji możemy być bardzo kreatywni, natomiast liturgia ma swoje zasady, których powinniśmy się trzymać. Być może za jakiś czas niektóre formy muzyki elektronicznej znajdą w przestrzeni kościelnej swoje właściwe miejsce – ale powinno się to dokonywać w sposób roztropny i zgodny z rozeznaniem Kościoła.

Czy jest muzyka, która do wielbienia Boga po prostu się nie nadaje? O tym, czy dana muzyka może służyć uwielbieniu, decyduje wiele czynników. Bardzo ważna jest intencja serca, ale także to, co dana muzyka rzeczywiście robi z odbiorcą. Czy pomaga mu się zbliżyć do Boga? Czy prowadzi do modlitwy i uwielbienia? Czy otwiera człowieka na Boga, czy raczej skupia uwagę wyłącznie na wykonawcy i samym widowisku? Dla mnie najważniejsze jest to, żeby nie była to „sztuka dla sztuki”. Muzyka chrześcijańska nie powinna uwielbiać samej siebie. To nie muzyka ma być w centrum. W centrum ma być Pan Bóg. Ostatecznie chodzi o to, żeby przez muzykę rzeczywiście oddawać Chwałę Bogu, a nie tylko mówić o Nim.

***

Muzykę elektroniczną tworzy też polski duchowny – dominikanin Wojciech Błachowiak. Jego nagrania oglądają setki tysięcy internautów, a za konsoletą zamiast klubowego stroju nosi dominikański habit. Brat Błachowiak OP – w rozmowie z misyjne.pl – przekonuje, że muzyka elektroniczna nie jest dodatkiem do jego powołania, ale jedną z dróg prowadzących do spotkania z drugim człowiekiem.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze