fot. Maciej Rajfur/Archidiecezja Wrocławska
Jałmużnik arcybiskupi: nie mogę się pomylić [ROZMOWA]
Czy jałmużna kończy się na wrzuceniu pieniędzy do puszki? Pierwszy w Polsce świecki jałmużnik arcybiskupa wrocławskiego – Paweł Trawka – pokazuje, że jego praca to znacznie więcej niż doraźna pomoc materialna. To przestrzeń, w której spotykają się wiara, odpowiedzialność i konkretne ludzkie historie, często trudniejsze, niż potrafimy sobie wyobrazić.
Karolina Binek (misyjne.pl): Jałmużnik arcybiskupi zajmuje się tylko pomocą osobom ubogim?
Paweł Trawka: – To jest bardzo naturalne pierwsze skojarzenie, że jałmużnik zajmuje się wyłącznie osobami ubogimi. Samo pytanie pokazuje jednak, że warto ten obraz poszerzyć. W rzeczywistości jałmużnik realizuje co najmniej dwa dodatkowe cele, które są równie istotne, jak bezpośrednia pomoc osobom w potrzebie.Pierwszym z tych celów jest przekazywanie jałmużny, czyli przyjmowanie środków od darczyńców i rozdysponowywanie ich dalej. To oznacza, że jałmużnik służy nie tylko tym, którzy otrzymują pomoc, ale także tym, którzy ją przekazują. Jest w pewnym sensie pośrednikiem, ale nie w znaczeniu administracyjnym, tylko bardzo konkretnym, czyli ludzkim i duchowym.
Pierwszym fundatorem tej funkcji w naszej archidiecezji jest ksiądz arcybiskup. Wiadomo, że arcybiskup ma ogrom obowiązków i nie ma fizycznej przestrzeni na wyszukiwanie konkretnych osób potrzebujących. Jałmużnik działa więc w jego imieniu, jako ktoś, kto staje się jego rękami. Darczyńcy wrzucają środki do „trzosa”, a jałmużnik je rozdziela, odpowiadając na realne potrzeby.
A druga grupa osób, której pomaga jałmużnik?
– Druga grupa, którą obejmuje ta posługa, związana jest z propagowaniem samej idei jałmużny. Chodzi o przypominanie, czym jałmużna w ogóle jest w Kościele i jakie ma znaczenie duchowe dla chrześcijanina. W świecie zachodnim bardzo mocno funkcjonuje podział na to, co materialne i duchowe, realne i symboliczne. Jałmużna jest przestrzenią, w której te dwa światy się spotykają. Pokazuje, że materia nie jest czymś obcym Bogu. Wręcz przeciwnie, bo świat od samego początku nosi w sobie „ziarno Logosu” ((por. J 1,2). Materia jest uświęcona, a bardzo prosta czynność, jak przekazanie środków finansowych drugiemu człowiekowi, może być autentycznym dziełem Bożym. Wielu osobom duchowość kojarzy się wyłącznie z modlitwą, liturgią, praktykami religijnymi. Tymczasem jałmużna pokazuje, że działanie na rzecz drugiego człowieka ma ogromną moc duchową. Przykładem jest historia setnika Korneliusza z Dziejów Apostolskich. Jego nawrócenie było nawróceniem pierwszego poganina ochrzczonego przez świętego Piotra. Stało się to dzięki jałmużnie i modlitwie. To właśnie ta kolejność jest niezwykle znacząca. Ta perspektywa jest szczególnie ważna dziś, gdy wiele osób ma trudność z wiarą, modlitwą czy z zaufaniem Bogu. Jałmużna może być dla nich pierwszym krokiem, gestem dobra, który otwiera dalszą drogę. Dlatego w mojej misji obok ubogich są także darczyńcy oraz wszyscy chrześcijanie, którzy na nowo powinni odkryć sens jałmużny.
>>> DPS dla dzieci i dorosłych w Sieradzu. „Tutaj cuda się zdarzają” [REPORTAŻ]
Jałmużna często kojarzy nam się z Wielkim Postem. Dlaczego tak jest? Przecież to ważne, by pamiętać o niej w ciągu całego roku.
– To prawda. W praktyce duszpasterskiej bardzo często jałmużna kojarzona jest niemal wyłącznie z Wielkim Postem. To oczywiście ważny czas, ale jednocześnie istnieje ryzyko, że jałmużna stanie się jednorazowym gestem w roku, a nie stylem życia. Znam chrześcijan, dla których normalne jest regularne odkładanie dziesięciny, czyli przeznaczanie części dochodów na dobre dzieła – przez cały rok. Dla nich jałmużna nie jest akcją, lecz stałym elementem życia duchowego. Warto też pamiętać, że jałmużna nigdy nie była wyłącznie darem pieniężnym. W XXI wieku szczególnie cennym darem jest czas. Zatrzymanie się przy drugim człowieku, poświęcenie mu uwagi, rozmowa. To często ma większą wartość niż pieniądze. Poza tym – jałmużna nie może pochodzić wyłącznie z tego, co nam zbywa, ale z tego, co jest dla nas cenne. Może to być rezygnacja z własnej wygody, z kolejnego serialu, z bezrefleksyjnego scrollowania mediów społecznościowych. Może to być telefon do kogoś, kogo dawno nie słyszeliśmy.

Potrzebujących jest wielu. Jak rozeznać, jak dobrze zdecydować, komu naprawdę dobrze jest pomóc w pierwszej kolejności?
– To jedno z najtrudniejszych zadań. Nie istnieje prosty algorytm ani lista kryteriów, które zawsze dają jednoznaczną odpowiedź. Miałem na przykład taką sytuację, że przyszedł do mnie mężczyzna, prosząc o pomoc po pożarze. To, co opowiadał, nie do końca było jednak ze sobą spójne. Miałem więc trochę wątpliwości co do wiarygodności jego historii. Wszystko się zmieniło, gdy poznałem jego wnuczkę z niepełnosprawnością. W dużej mierze trzeba więc zaufać, że osoby, które do mnie trafiają, są mi w danym momencie dane.Oczywiście staram się weryfikować wszystkie osoby, ale wymaga to bardzo szerokiego serca. Dobrze też pamiętać, że pomoc ma bardzo różne formy. Czasem jest to rozmowa, czasem drobna kwota na leki, innym razem duże wsparcie przy remoncie mieszkania czy zakupie ogrzewania. Kilka bandaży i konserw może mieć dla jednego człowieka taką samą wartość jak kosztowna inwestycja dla innego. Mam też głębokie przekonanie, że jałmużnik nie może się pomylić. Jeśli jałmużna została dana po rozeznaniu, przemyśleniu i modlitwie, to w momencie jej przekazania przestaje być nasza. Nawet jeśli zostanie niewłaściwie wykorzystana, odpowiedzialność nie spoczywa już na darczyńcy.Bo jałmużna jest gestem wiary. Nie wszystko da się policzyć i kontrolować. Jej owoc może pojawić się w życiu osoby obdarowanej, ale może też wrócić do samego darczyńcy.

Jest Pan pierwszym i nadal jedynym w Polsce jałmużnikiem świeckim. Pozostali to księża oraz siostra zakonna. Czym w tej posłudze różni się Pan od nich?
– Kapłani mają dostęp do sakramentów. Mogą spowiadać, udzielać rozgrzeszenia, towarzyszyć duchowo w sposób niedostępny dla osoby świeckiej. Siostry zakonne także niosą szczególny wymiar wsparcia duchowego.Z drugiej strony świeckość bywa ogromnym atutem. Wielu osobom łatwiej jest poprosić o pomoc materialną kogoś, kto żyje podobnie do nich, bo ma rodzinę, dzieci, codzienne zobowiązania. Świecki jałmużnik często lepiej rozumie realne koszty życia, procedury urzędowe, system pomocy społecznej.Na pewno jednak moim ograniczeniem jest dyspozycyjność. Moimi pierwszymi potrzebującymi są żona i dzieci. To jest bezdyskusyjne, to wynika z sakramentu małżeństwa.
Przez ten niemal rok od zostania jałmużnikiem arcybiskupim coś się w Panu zmieniło?
– Największą zmianą jest poszerzenie serca. Mimo wielu lat pracy w Caritas, pojawia się we mnie głębsza wrażliwość na ludzi mijanych codziennie na ulicy. To nie jest już tylko obowiązek społeczny. Mam także konkretne marzenia, takie jak lepsza współpraca środowisk pomocowych, stworzenie ambulatorium dla osób w kryzysie bezdomności oraz miejsca interwencyjnego noclegu dla osób w sytuacjach nietypowych i nagłych.
Są takie historie, które szczególnie zapadły Panu w pamięć?
– Szczególnie poruszają mnie historie ludzi, którzy bardzo chcą się podnieść, chociaż doświadczyli w życiu już tak wielu trudności. Jedna z nich szczególnie we mnie została, choć nie wiem, jak się dalej potoczyła. Mam w pamięci młodego chłopaka w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Pomoc przyszła wtedy bardzo szybko, bo on naprawdę chciał pracować. I nie chodziło tylko o zarobek. On po prostu chciał się w życiu odnaleźć. Udało się niemal z dnia na dzień znaleźć mu jakąś dorywczą pracę, a dziś wiem, że prawdopodobnie pracuje już w Holandii. W tamtym momencie uruchomiłem wszystkie siły i środki, jakie miałem: od zapewnienia noclegu, przez pomoc w znalezieniu pracy, po rzeczy zupełnie podstawowe, jak smartfon, bez którego młody człowiek dziś praktycznie nie ma szans na pracę i normalne funkcjonowanie. Ale to nie była tylko pomoc materialna. To była także modlitwa, myślenie o nim, czuwanie, troska na różne sposoby. Taka nasza wspólna przygoda. Krótka, bo dwutygodniowa, ale niezwykle intensywna. I ona jakoś we mnie została. Bardzo bym chciał, żeby doprowadziła do czegoś głębszego niż tylko chwilowa poprawa sytuacji materialnej. Widziałem w tym chłopaku pewne iskierki, ziarenka dobra. W jego myśleniu, w jego pytaniach, w jego pragnieniach. Nie wiem, czy kiedykolwiek do nich wróci, czy zdoła na nich coś zbudować. W całej krzywdzie, której doświadczył i być może także tej, którą sam komuś wyrządził. Bo my zawsze dostajemy tylko fragment czyjegoś życia. Nawet po wielu godzinach rozmów nie znamy całej historii. I do końca jej nie poznamy. Ale bardzo liczę na to, że to wszechstronne okazanie wsparcia w którymś momencie da mu do myślenia. Że coś w nim poruszy. Takie mam marzenie.
>>> Święta Rodzina jako plan na życie. Jak działa szkoła dla uczniów-misjonarzy? [ROZMOWA]
A inne historie?
– Są też piękne historie, w których osoby nawet nie wiedzą, skąd przyszła pomoc. A ich wdzięczność dociera do mnie inną drogą. I wtedy zawsze mam poczucie pewnego zakłopotania, bo to nie ja powinienem te podziękowania przyjmować. Ja tylko dysponowałem środkami. To byli darczyńcy. To oni ponieśli realny ciężar. Ale mimo wszystko takie gesty wdzięczności są bardzo poruszające. Czasem śmieję się, że Pan Bóg jakby „odbiera” mi zasługi. W cudzysłowie, bo te dobre słowa trafiają do mnie, a nie do tych, którzy faktycznie pomogli. Ale może właśnie tak ma być. Bardzo piękne są też momenty, kiedy mogę dzielić się tą perspektywą z innymi, na przykład z diakonami przygotowującymi się do święceń prezbiteratu. Widzę, że ktoś słucha, że coś w nim pracuje. To jest ogromna radość. Albo wtedy, gdy pojawiają się zupełnie niespodziewane gesty, takie jak zbiórki, ofiary, inicjatywy oddolne. Teraz na przykład klerycy sami między sobą zbierają środki, by wesprzeć konkretną misję jałmużnika w naszej archidiecezji. To wszystko budzi świadomość, że miłosierdzie nie jest czymś nadzwyczajnym. To jest nasz normalny sposób działania. Po prostu składamy się, każdy na miarę swoich możliwości, i razem niesiemy dalej dobro.
Niektórzy mówią: „Mnie to już nic nie zaskoczy”. Pan po wielu latach pracy w Caritas, a teraz jako jałmużnik może powiedzieć te same słowa?
– Nie. Każda historia jest inna. Ciągle zaskakuje mnie skala ludzkiej biedy, ale też wola życia. Ludzie w skrajnie trudnych sytuacjach potrafią walczyć, troszczyć się o siebie nawzajem i nie rezygnować. Szukają pomocy, jak tylko mogą. Czasami sam sobie myślę, że nie dałbym rady w jakiejś sytuacji, a oni się nie poddają. Niedawno na przykład pomagałem kobiecie, która ma córkę z niepełnosprawnością. Mają w domu wąski korytarz i ta dziewczyna jest ciągnięta przez matkę do łazienki przez ten korytarzyk, bo nie może chodzić. W pewnym momencie jednak jej mama zachorowała na cukrzycę i amputowali jej stopę. Nagle więc obie kobiety nie mogły chodzić. Można pomyśleć, że to sytuacja totalnie beznadziejna. A widać u nich wolę walki i chęć zatroszczenia się o siebie nawzajem. Każdy człowiek jest niepowtarzalny i nosi w sobie coś, co potrafi poruszyć. Każda historia zaskakuje, a rozwiązanie jej jest niezwykłym darem Bożym.
Wspominał Pan o żonie i o dzieciach. Jak sprawić, by wracając do domu – nie myśleć ciągle o tym, co dzieje się w pracy, ale być tu i teraz, ze swoją rodziną?
– Ogromną rolę tutaj odgrywa moja żona, która pilnuje, bym był obecny tu i teraz. Staram się chronić życie prywatne i nie opowiadać o nim w pracy. A o pracy w domu. Choć czasem niektóre intencje związane z pracą pojawiają się w modlitwie rodzinnej. Bardzo wzrusza mnie też, kiedy mój młodszy syn podczas rorat zgłasza się w momencie, gdy jest modlitwa wiernych i mówi, by modlić się za ubogich. Takie sytuacje, gdy widzę w moich dzieciach wrażliwość na drugiego człowieka, dają mi ogromną radość i pokazują, że pewne wartości po prostu przenikają do nich naturalnie, chociażby dzięki takim sytuacjom, że mam okazję dzielić się swoim doświadczeniem w różnych miejscach. Na przykład w szkole moich dzieci. Tam, w placówce katolickiej, niektórzy słuchali z uwagą i ze zdziwieniem, że ktoś może mieć tylko mamę i nie jest wychowywany przez ojca. Tymczasem dla innych to codzienność.

Co w sytuacjach, w których wydaję się być naprawdę beznadziejne, w których już nie da się znaleźć rozwiązania? Jak wtedy oddać je Bogu i tak bardzo zaufać?
– Czasem jedynym wyjściem jest oddanie sprawy Bogu. Pieniądze i rozmowa nie zawsze wystarczają. Wtedy pozostaje nam już tylko modlitwa i zaufanie. Bo można próbować pomagać jak najmniej i jak najdrożej, albo odwrotnie: jak najskromniej, ale z sercem. Czasem tą pomocą nie są wcale środki materialne, ale dobra, uważna obecność, słowo nadziei, pocieszenie. Moja posługa została ustanowiona w Roku Nadziei i sama w sobie jest bardzo konkretnym znakiem nadziei. Czasem polega na realnym wsparciu materialnym, ale bardzo często to po prostu dodanie otuchy. Bo bywa tak, że pieniądze nie wystarczą, a wręcz mogą zaszkodzić, jeśli nie są odpowiedzią na prawdziwą potrzebę. Dlatego tak ważne jest rozeznanie konkretnej sytuacji, sytuacji konkretnego człowieka. Zdarza się, że ktoś przychodzi po pomoc materialną, a tak naprawdę potrzebuje przede wszystkim, żeby go wysłuchać. Mam w pamięci jedną historię. Przyszła do mnie kobieta z pretensją, że nie otrzymała w parafialnym zespole Caritas wsparcia po śmierci męża. Była w trudnej sytuacji – skomplikowane relacje rodzinne, brak środków nawet na pogrzeb. Zadzwoniłem do niej, żeby spokojnie porozmawiać i z tej rozmowy bardzo jasno wynikło, że choć mówiła o pomocy materialnej, to najbardziej zabolało ją to, że nie poczuła się wtedy wysłuchana. I ja to bardzo dobrze rozumiem, także wolontariuszy, którzy na co dzień rozdają makaron, konserwy, paczki żywnościowe. W takim rytmie łatwo jest dać to, co się ma, a bardzo trudno rozpoznać, czego ta konkretna osoba naprawdę w tym momencie potrzebuje. To jest sztuka po ludzku właściwie nieosiągalna. Pan Jezus miał tę zdolność wglądu w ludzkie serce. Czasem najpierw mówił: „Odpuszczone są twoje grzechy”, a dopiero potem uzdrawiał fizycznie, jakby docierał do prawdziwego bólu człowieka. My tego nie mamy. Ja na pewno tego nie mam. Chociaż też często nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak bardzo mogę pomóc drugiemu człowiekowi, jak bardzo to, co robimy, może go dalej ponieść. Myślę, że jest w tym coś bardzo pięknego: z jednej strony taka cicha, zdrowa pokora, bez myślenia: „Ach, co ja zrobiłem”. A z drugiej strony to oddanie daru: dałem i już nie jest mój. „Panie Boże, to jest Twoje. Ty wiesz, co z tym zrobić. Ty działaj dalej”. Ja dałem pieniądze, dałem czas, dałem uwagę, a Ty wiesz najlepiej, jak to poprowadzić dalej.
Jak każdy z nas może być jałmużnikiem w swojej parafii i w okolicy?
– Myślę, że są dwasposoby: czynny i bierny. Choć może lepiej powiedzieć: bezpośredni i pośredni. Ten pierwszy to moment, w którym odkrywamy w sobie przestrzeń: czas, umiejętności, wrażliwość, empatię, gotowość, by zaangażować się w działalność charytatywną. Najczęściej naturalnym miejscem jest tutaj parafia, wspólnota parafialna. To są przestrzenie, do których osoby ubogie przychodzą same z siebie. Bo kościół od zawsze jest miejscem, w którym szuka się wsparcia. Pamiętam sytuację we Wrocławiu, kiedy Kolumbijczycy wykorzystani przez pracodawców swoje pierwsze kroki skierowali właśnie do Caritas. To była dla nich oczywistość. Caritas jest instytucją międzynarodową, rozpoznawalną, ale przede wszystkim kojarzoną z Kościołem i z krzyżem Chrystusa, który stoi na dachach naszych świątyń. To było pierwsze miejsce, w którym zapytali: „Co dalej? Co teraz możemy zrobić?”. I to już samo w sobie jest ogromnym świadectwem. Jeśli więc mamy możliwość – zaangażujmy się. Ofiarujmy swój czas i swoje talenty. A te talenty są bardzo różne. Parafialne zespoły charytatywne potrzebują osób, które będą dyżurować, przygotowywać paczki, gotować, rozmawiać, czasem po prostu słuchać, a czasem także dadzą świadectwo wiary. Ale potrzebują też kierowców, informatyków, ludzi od mediów społecznościowych, osób, które stworzą stronę internetową czy pomogą w organizacji. I ekstrawertyk, i introwertyk znajdzie tam swoje miejsce. Potrzeba tylko gotowości serca. Jednocześnie doskonale wiem – i mówię to także jako ojciec wielodzietnej rodziny – że nie zawsze jest na to przestrzeń. Czasem nasi najbliżsi, nasi „potrzebujący pierwszego rzędu”, nie są w stanie oddać nam czasu, który moglibyśmy przeznaczyć dla innych. I to jest dobre, piękne i zgodne z Bożym zamysłem wobec rodziny.
W takie sytuacji pozostaje nam druga droga pomocy?
– Tak, bo być może mamy środki, którymi możemy się podzielić, aby inni w naszym imieniu nieśli pomoc. Jest cała piękna teologia dotycząca dóbr i środków, które Pan Bóg nam powierza, właśnie po to, by mogły służyć dalej. Bywa też tak, że jesteśmy chorzy, zmęczeni, doświadczeni wiekiem albo po prostu ograniczeni własnymi słabościami. Czasem nie mamy cierpliwości, by wysłuchać osoby starszej. Czasem osoba w kryzysie bezdomności budzi w nas lęk albo nawet wstręt, którego nie potrafimy przełamać. I to też się zdarza. Wtedy wesprzyjmy tych, którzy takiego lęku nie mają. Tych, którzy z otwartym sercem potrafią iść tam, dokąd my nie jesteśmy jeszcze gotowi iść. Wspierajmy ich z „drugiej linii”. Najważniejsze jest jedno: żeby nie zakopać talentu miłosierdzia w ziemi. Żeby go pomnażać. Bo właśnie o to chodzi, abyśmy jako chrześcijanie byli w świecie widzialnym znakiem Bożej obecności. Żeby ludzie, patrząc na nas, mówili: „Popatrz, jak oni kochają ubogich. Skąd oni to mają?”. Człowiek sam z siebie tak nie potrafi. I dobrze. Bo to nie jest z nas. To jest od Pana Boga – jedynego, który naprawdę ukochał każdego człowieka. I chyba właśnie taka jest nasza misja w świecie.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Oborniki Śląskie: proboszcz, który śpiewa gospel i parafia z sercem [ROZMOWA]
Tutaj po lekcjach dzieci nie spieszą się do domu. Spędzają czas w oratorium salezjanek [REPORTAŻ]
„Chłopcy muralowcy” odmieniają Wrocław i kościoły [REPORTAŻ]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny