fot. archiwum prywatne jałmużnika gliwickiego
Jałmużnik biskupa gliwickiego: nikt nie rodzi się z marzeniem o bezdomności [ROZMOWA]
W Zabrzu działa punkt pomocy dla osób w kryzysie bezdomności. Można tam wziąć prysznic, dostać ciepły posiłek i czyste ubranie. Ale najważniejsze dzieje się przy wspólnym stole. – Przywracamy ludziom poczucie godności – mówi ks. Mariusz Setlak, jałmużnik biskupa gliwickiego.
Karolina Binek (misyjne.pl): Jakiś czas temu rozmawiałam z pierwszym w Polsce jałmużnikiem świeckim. Pan Paweł Trawka powiedział mi wtedy, że jałmużnik nie może się mylić. Ksiądz się z tym zgadza?
Ks. Mariusz Setlak: – To bardzo ciekawe i odważne stwierdzenie. Myślę jednak, że nie do końca mogę się z nim zgodzić. W naszą ludzką naturę wpisane są słabości, potknięcia, ograniczenia. Jałmużnik nie jest kimś nieomylnym, kimś ponad ludzką kondycją. To człowiek, który tak jak inni uczy się, doświadcza, czasem popełnia błędy. Posługa miłosierdzia nie polega na bezbłędności, lecz na szczerości serca, gotowości do poprawy i nieustannym wsłuchiwaniu się w potrzeby drugiego człowieka.
A Kiedy udziela ksiądz komuś pomocy, to czy pojawiają się wątpliwości? Czy czasem zastanawia się Ksiądz nad tym, czy była to właściwa decyzja, czy to była odpowiednia osoba i odpowiednia forma wsparcia?
– Oczywiście, że pojawiają się wątpliwości. My, jałmużnicy, nie mamy gotowego schematu działania. Nie istnieje jeden uniwersalny plan, który można zastosować wobec każdego człowieka. Każdy ma swoją historię, swoje dramaty, swoje rany. Dlatego w mojej posłudze najważniejsza jest rozmowa. Zanim pojawi się jakakolwiek konkretna pomoc – finansowa, materialna czy organizacyjna – staram się dać człowiekowi czas. Czas, by mógł się wygadać. By zdjął maskę, którą często nosi. By opowiedział o swoim dramacie na tyle, na ile chce i potrafi. I właśnie w tej rozmowie zaczyna się prawdziwa pomoc. Często osoby przychodzące proszą o wsparcie finansowe, ale kiedy cofniemy się do źródeł ich historii, okazuje się, że bardziej niż pieniędzy potrzebują akceptacji, uwagi, poczucia bycia wysłuchanym. A czy zdarzają się nietrafione decyzje? Zapewne tak. Mogę powiedzieć, że wiele razy coś mogłem zrobić lepiej. Ale to też jest część tej drogi – uczenie się na bieżąco, rozeznawanie i zaufanie, że Pan Bóg działa także przez nasze niedoskonałości.

>>> Pomoc dla księży w kryzysie. Diecezja powołuje zespół specjalistów [ROZMOWA]
Jak wygląda codzienność Księdza jako jałmużnika? I czym ta posługa różni się od pracy zwykłego wikariusza?
– Myślę, że w pewnym sensie każdy z nas ma w sercu jałmużnika. Jałmużnik to ktoś, kto dostrzega potrzebującego i wyciąga rękę. Każdy człowiek może stać się jałmużnikiem w swojej codzienności. Moja posługa ma swoje konkretne ramy. Jej korzenie to wyjście Kościoła do ludzi w kryzysie bezdomności, do chorych, samotnych, poranionych życiem. Staram się współpracować z różnymi instytucjami, fundacjami, stowarzyszeniami. Pomagam im od strony duchowej, ale też bardzo konkretnie. Bo wychodzę na ulice, szukam tych, którzy sami już nie mają siły szukać pomocy. W Zabrzu działa punkt pomocy jałmużnika biskupa gliwickiego. To miejsce otwarte dla osób w kryzysie bezdomności i dla wszystkich potrzebujących. Mogą się tam umyć pod prysznicem, otrzymać ubranie, bieliznę, coś ciepłego do zjedzenia. Ale najważniejsze jest to, że spotykamy się przy jednym dużym stole. Rozmawiamy. Pomagamy w wyrobieniu dokumentów, w znalezieniu pracy. Staramy się aktywizować naszych podopiecznych poprzez sprzątanie liści, grabienie, drobne prace remontowe. Kiedy otwieraliśmy punkt, to właśnie oni wybierali kolor ścian. Wybrali żółty. Ja pewnie wybrałbym inny, ale to oni mieli zdecydować. To ich miejsce. I ogromną radość sprawiło im to, że mogli je współtworzyć. Właśnie w tym widzę sens tej posługi, którym jest przywracanie ludziom poczucia godności.
Jak zareagował Ksiądz, gdy usłyszał, że ma zostać jałmużnikiem?
– To był moment bardzo szczególny. Ksiądz biskup Sławomir Oder, który przez ponad 30 lat był w Rzymie i z pewnością obserwował tam posługę jałmużnika papieskiego – kardynała Konrada Krajewskiego, po przyjściu do naszej diecezji powołał stanowisko jałmużnika. Gdy zaprosił mnie na rozmowę i zaproponował tę funkcję, w pierwszej chwili poczułem ogromny pokój. Dopiero później, gdy zacząłem czytać i zgłębiać, kim jest jałmużnik, pojawił się lęk. Czy dam radę? Czy mam odpowiednie cechy? Czy jestem godny takiej posługi? To przecież wielki zaszczyt, by w imieniu biskupa tworzyć dzieło miłosierdzia w diecezji. Ale to też ogromna odpowiedzialność. Dziś, po ponad siedmiu latach kapłaństwa, mogę powiedzieć, że ten rok jako jałmużnik był najpiękniejszym w mojej drodze kapłańskiej. Najwięcej radości daje mi pomoc tym, od których nie otrzymuję nic w zamian, poza uśmiechem i wdzięcznością.
Wspomina Ksiądz o zastanawianiu się nad tym, czy ma Ksiądz odpowiednie cechy do tego, by być jałmużnikiem. Zatem – jakie cechy powinien mieć jałmużnik?
– Przede wszystkim otwartość i empatię. Umiejętność nieoceniania. Historie ludzi są bardzo różne. Nikt nie rodzi się z marzeniem o bezdomności. Zawsze coś się wydarzyło, co jest tego przyczyną, jakiś dramat, błąd, zranienie. Wsłuchując się w ich historie, sam się zmieniam. Moje serce się kształtuje. Uczę się wdzięczności za to, co mam. Za dach nad głową, ciepłe łóżko, jedzenie.

>>> Krzychu lektor: wszystko u mnie opiera się na Bogu [ROZMOWA]
Z jakimi problemami przychodzą najczęściej ludzie do jałmużnika biskupiego? Potrafią od razu się otworzyć i opowiedzieć swoją historię czy też potrzeba do tego czasu?
– To cały wachlarz dramatów. Od osób, które wychowały się w domach dziecka i na ulicy, po ludzi, którzy mieli firmy, rodziny, stabilne życie i nagle wszystko stracili. Niektórzy otwierają się od razu, inni potrzebują czasu. Czasem boją się zaufać. Ale niczego nie przyspieszamy. Towarzyszymy. I po pewnym czasie zaczynają mówić. Nigdy nie pytam na początku, czy ktoś jest wierzący. Każdemu pomagamy. Zdarza się, że później sami pytają o sakrament pokuty, o Pana Jezusa. I wtedy zaczyna się ewangelizacja.
Zdarza się, że osoby, którym pomogliście, po pewnym czasie do Was wracają?
– Tak, i to są najpiękniejsze momenty. Mamy osoby, które dziś mają mieszkania i pracę. Przychodzą z ubraniami, z ciastem, mówią: „Kiedyś ksiądz nam pomagał, dziś my chcemy pomagać”. To przedłużanie rąk Pana Jezusa. Dobro wraca.
Rozmawiałam kiedyś z mężczyzną, który prowadził schronisko dla osób w kryzysie bezdomności. Wspomniał mi wówczas o pewnym panu, który miał dużą firmę budowlaną i przeznaczał materiały na budowę tego miejsca. Niedługo później stracił wszystko i sam stał się mieszkańcem schroniska. A jakie historie potrzebujących najbardziej zapadły Księdzu w pamięć?
– Pamiętam mężczyznę w eleganckim garniturze. Myślałem, że przyszedł zaoferować pomoc. Tymczasem okazało się, że przez kilka nieodpowiednich kontaktów stracił firmę, dom, rodzinę. Komornik zabrał mu pieniądze i mieszkanie. A żona odeszła z córkami. Podczas naszej rozmowy wskazał na garnitur i powiedział: „To jedyne, co mi zostało. I pomaga mi wierzyć, że jeszcze się odbiję”. I rzeczywiście, wyszedł z tej sytuacji i życie mu się poukładało. Był też człowiek, wielokrotny mistrz Polski i wicemistrz Europy w podnoszeniu ciężarów. Kiedyś podziwiany, dziś prosił o miskę zupy. Takie sytuacje uczą pokory.
Zdarza się, że to Księdzu bardziej zależy na tym, by ktoś zmienił swoje życie niż tej konkretnej osobie? Jak się nauczyć odpuszczać w takich sytuacjach?
– Zdarza się, oczywiście. Czasami chciałoby się zrobić dużo więcej, bo już w głowie opracowało się cały plan dla tej osoby. Ale uczę się, by nie wyprzedzać czyjejś drogi. Nie dawać gotowego planu na życie. Towarzyszyć. Cieszyć się małymi zwycięstwami. Pozwolić, by człowiek sam odkrywał swoją wartość i zrozumiał, że to jest ważne.

W jaki sposób na punkt pomocy jałmużnika biskupa gliwickiego reagują mieszkańcy, a szczególnie parafianie?
– Reagują z ogromną otwartością. Wspiera nas diecezja, ksiądz biskup, lokalne władze, zwykli ludzie. Przynoszą dary, pytają, jak pomóc. Cieszę się też, że piszą o nas różne portale, czasopisma, że telewizja nagłaśnia nasze akcje. Poprzez media możemy dotrzeć do większej liczby osób, których serca zostaną poruszone.
>>> Nie jesteście ciężarem, jesteście darem [REPORTAŻ]
Jak to jest nieść w sobie tyle różnych, często trudnych ludzkich historii? Nie jest to dla Księdza zbyt obciążające?
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale każda historia jest inna. Natomiast słuchając ich, mam zawsze ten sam cel – pomóc. Nie czuję się tymi historiami przytłoczony. Przeciwnie. One mnie budują. Widzę, jak człowiek się zmienia, jak się otwiera na rozmowę i na pomoc. Takie chwile nie obciążają, a sprawiają, że chce się działać jeszcze więcej.
Jakie są plusy bycia jałmużnikiem – księdzem?
– Dla mnie, jako księdza i jałmużnika, największym plusem jest to, że ta posługa jest żywą Ewangelią. Mogę przynosić tym ludziom Pana Jezusa, ale przede wszystkim mogę im towarzyszyć w sakramencie pokuty. Mogę ich do niego zachęcać i delikatnie do niego prowadzić. Mam bardzo wiele świadectw osób, które przez długie lata nie korzystały z sakramentu pokuty. Bały się odrzucenia przez Kościół i przez księdza – ze względu na swój wygląd, ubiór, zapach. Kiedy jednak zaczynam im towarzyszyć, kiedy widzą, że są przyjęci, zaczynają ufać. Otwierają się, poznają Chrystusa i odkrywają, że Pan Jezus ich nie odrzuca. Największą radością jest dla mnie moment, gdy mogę im powiedzieć: „Ja odpuszczam tobie grzechy w imię Pana Jezusa”. A potem patrzeć, jak idą i przyjmują Pana Jezusa do serca. Jest wiele historii osób, które po wielu latach po raz pierwszy przyszły do kościoła i z ogromną radością opowiadają, że mogły przyjąć Komunię świętą. To są momenty, których się nie zapomina.
Ksiądz wspomina o tym, że ci ludzie są brudni, że ich ubrania czy zapach mogą budzić dystans. Co jest w Księdzu takiego, że po prostu do nich Ksiądz wychodzi? Wielu z nas nie czułoby się w takim towarzystwie komfortowo.
– Powiem tylko jedno słowo – łaska. Przed tą posługą, gdyby ktoś mi o niej opowiedział, prawdopodobnie zareagowałbym podobnie: bałbym się, nie chciałbym iść. Pamiętam pierwsze zaproszenie od Fundacji Stacja Szósta, która działa w Zabrzu i w Gliwicach. Organizują posiłki dla osób ubogich. Co tydzień przychodzi tam około 100–150 osób. Pamiętam swoje pierwsze wejście na taki posiłek. Zobaczyłem tych ludzi, poczułem ich obecność, zobaczyłem wolontariuszy. I coś w moim sercu się zrodziło. Po prostu wszedłem między nich. Usiadłem. Rozmawiałem, przybijałem z nimi piątki, przytulałem, cieszyłem się tym, że mogę tam z nimi być. Niedługo później zauważyłem jedną wolontariuszkę, która zaczęła płakać. Podszedłem i zapytałem, co się stało. Odpowiedziała: „Proszę księdza, jak to jest, że ja jestem tu tyle lat, tyle czasu jestem wolontariuszem, a nie potrafię wyjść bliżej do tych ludzi, a ksiądz jest pierwszy raz i potrafił tę barierę przeskoczyć?”. Wtedy pomyślałem, że to musi być ogromna łaska Pana Boga. Sam z siebie na pewno nie potrafiłbym tego zrobić. Wierzę, że w tej posłudze bardzo pomaga błogosławieństwo księdza biskupa i łaska, którą Pan Bóg daje.

Ksiądz się nie zastanawiał ani przez chwilę, czy da radę? Czy usiądzie obok takiego człowieka?
– Nie. To przyszło bardzo spontanicznie, bardzo po ludzku. Nie analizowałem tego. Po prostu kierowałem się sercem.
Bycie jałmużnikiem coś w Księdzu zmieniło?
– Tak, zdecydowanie. Bardziej doceniam życie i każdy dzień, który daje Pan Bóg. Może zabrzmi to egoistycznie, ale jeszcze bardziej dostrzegam to, ile sam mam, ile otrzymuję. Ta posługa pomogła mi odkryć dary, za które wcześniej, być może, nie dziękowałem. Jako ksiądz widzę w niej także wielką szkołę pokory wobec tych osób, które do mnie przychodzą. To również konkretne naśladowanie Pana Jezusa sprzed dwóch tysięcy lat. On szedł do tych, od których inni odchodzili. Szedł i pytano Go: „Po co tam idziesz?”. A On mimo to się nie krępował, dotykał, uzdrawiał, pomagał. Wierzę, że to jest także nasza misja: iść do tych, których świat dziś odrzuca i którzy najbardziej potrzebują pomocy. To jest trudne, ale to prawdziwa szkoła miłosierdzia.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
A gdyby tak w Wielkim Poście zrezygnować z hejtu? [FELIETON]
Czasem wystarczy jeden garnek zupy, by zmienić czyjeś życie [REPORTAŻ]
Dwa światy pod jednym dachem. Dom dla matek i ośrodek wsparcia dla doświadczających przemocy w Dobieszczyźnie





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny