fot. archiwum prywatne ks. Mateusza Kasparzaka
Kapelan żużlowców: nie można być kibicem tylko wtedy, gdy drużyna wygrywa [ROZMOWA]
Żużel fascynował go od najmłodszych lat. Choć rodzice nie pozwolili mu zostać zawodnikiem, marzenie o torze nigdy nie zgasło. Dziś jako ksiądz i kapelan klubu żużlowego TŻ Ostrovia ks. Mateusz Kasprzak w rozmowie z Karoliną Binek mówi o sporcie, wierze, presji i potrzebie wsparcia w chwilach porażki.
Karolina Binek (misyjne.pl): Skąd wzięło się u Księdza połączenie kapłaństwa i żużla?
Ks. Mateusz Kasprzak: – To połączenie tak naprawdę narodziło się już bardzo dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. Można powiedzieć, że żużel był obecny w moim życiu od najmłodszych lat. Dorastałem w Ostrowie Wielkopolskim, a stadion żużlowy znajdował się dość blisko mojego domu. Kiedy odbywały się treningi albo zawody, praktycznie całe osiedle żyło tym charakterystycznym dźwiękiem motocykli. Już jako dziecko słyszałem ryk silników i wiedziałem, że na stadionie dzieje się coś wyjątkowego. Razem z kolegami bardzo często chodziliśmy na mecze i treningi. Dla nas to było ogromne wydarzenie. Fascynowało nas właściwie wszystko – zapach metanolu, emocje kibiców, atmosfera stadionu i sama odwaga zawodników. Ta dziecięca fascynacja przenosiła się też do naszej codzienności. Budowaliśmy własne tory żużlowe w piaskownicy, ścigaliśmy się kapslami, wymyślaliśmy własne zawody. Dla nas był to cały świat. Można powiedzieć, że już wtedy ta pasja bardzo mocno się we mnie zakorzeniła.
Żużel towarzyszył Księdzu nawet w seminarium?
– Później przyszły kolejne etapy życia: szkoła, seminarium, kapłaństwo. Ale żużel cały czas mi towarzyszył. Oczywiście zmieniały się możliwości i ilość czasu, jaką mogłem poświęcić temu hobby, ale zainteresowanie nigdy nie zniknęło. Nadal śledziłem wyniki, oglądałem mecze, kibicowałem swojej drużynie. Dziś widzę, że to połączenie kapłaństwa i żużla nie jest czymś przypadkowym. Sport może być miejscem spotkania z drugim człowiekiem, budowania relacji i rozmowy o wartościach. A przecież właśnie do ludzi jako ksiądz jestem posłany.

W dzieciństwie marzył Ksiądz o tym, żeby zostać zawodowym żużlowcem?
– Tak, oczywiście. Myślę, że jak wielu chłopców, którzy wychowywali się blisko żużla, miałem takie marzenie. Kiedy patrzyłem na zawodników wyjeżdżających do biegu, wydawali mi się bohaterami. Chciałem kiedyś usiąść na takim motocyklu, poczuć tę prędkość i emocje. Pamiętam, że bardzo chciałem zapisać się do szkółki żużlowej. W tamtym czasie było to moje wielkie marzenie. Niestety, rodzice nie wyrazili zgody. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, rozumiem ich obawy. Żużel jest sportem niezwykle niebezpiecznym i ryzykownym. Rodzice po prostu bali się o moje zdrowie i życie. Wtedy, jako dziecko, bardzo to przeżywałem, bo człowiek marzył o jeździe, o rywalizacji i o tym, żeby kiedyś samemu pojawić się na torze. Musiałem jednak pogodzić się z tym, że pozostanie mi rola kibica. Mimo wszystko to marzenie nigdy całkowicie nie zgasło. Gdzieś głęboko we mnie cały czas było pragnienie, żeby chociaż raz usiąść na motocyklu żużlowym i zobaczyć, jak to wygląda z perspektywy zawodnika.
>>> Świece, mydła i nadzieja. Pracownia u albertynek wspiera chorych i starszych [REPORTAŻ]
Udało się?
– Dopiero po wielu latach. Około sześć lat temu po raz pierwszy miałem okazję wyjechać na tor motocyklem żużlowym. To było niedaleko Rawicza, na mniejszym obiekcie. Sam moment odpalenia motocykla był czymś niesamowitym. Człowiek wcześniej oglądał to wszystko z trybun albo przed telewizorem, a nagle sam siedzi na maszynie, czuje drgania silnika i wyjeżdża na tor. W zeszłym roku zacząłem już trochę bardziej regularnie trenować amatorsko. Udało mi się pojeździć na różnych stadionach żużlowych w Polsce i dzięki temu jeszcze lepiej zrozumiałem, jak trudny jest ten sport.
Kiedy wstępował Ksiądz do seminarium, to pojawiły się obawy, że będzie trzeba całkowicie zrezygnować z żużla?
– Może nie tyle obawy, co świadomość, że pewne rzeczy się zmienią. Wiedziałem, że kapłaństwo będzie wymagało ode mnie dyspozycyjności i że obowiązki duszpasterskie będą na pierwszym miejscu. Największym problemem był fakt, że mecze żużlowe odbywają się najczęściej w niedziele, a dla księdza niedziela jest najintensywniejszym dniem pracy duszpasterskiej. To dzień mszy świętych, spotkań z parafianami, różnych obowiązków. Już wtedy miałem świadomość, że nie będę mógł tak często chodzić na stadion jak wcześniej. Ale z drugiej strony nigdy nie traktowałem tego jako czegoś, co trzeba całkowicie porzucić. Pasja do sportu nie stoi przecież w sprzeczności z kapłaństwem. Ważne jest tylko odpowiednie uporządkowanie priorytetów. Dlatego zawsze wiedziałem, że najpierw jest posługa wobec ludzi i obowiązki kapłańskie, a dopiero później hobby. Kiedy miałem możliwość, oglądałem mecze w telewizji albo śledziłem wyniki. Dziś transmisji jest znacznie więcej niż kiedyś, więc łatwiej być na bieżąco. Pamiętam, że dawniej często pokazywano tylko jeden mecz kolejki i człowiek był zdany głównie na relacje radiowe albo wyniki. Dziś możliwości są dużo większe. Nawet jeśli nie można być na stadionie, to można nadal przeżywać emocje związane z żużlem. Seminarium i kapłaństwo nauczyły mnie też patrzeć na sport trochę inaczej. Nie tylko przez pryzmat emocji, ale również relacji międzyludzkich, odpowiedzialności i świadectwa.
Jak doszło do tego, że został Ksiądz kapelanem klubu żużlowego? Bo patrząc na to, z jaką pasją opowiada Ksiądz o tym sporcie – dziwię się wręcz, że stało się to dopiero teraz.
– Wszystko zaczęło się od zwykłych rozmów i spotkań. Nie było tak, że sam zgłosiłem się z pomysłem, że chciałbym zostać kapelanem klubu. Raczej stopniowo pojawiała się inicjatywa, żeby klub żużlowy w Ostrowie miał swojego duszpasterza. W końcu żużel to nie tylko sport i wynik, ale przede wszystkim ludzie: zawodnicy, trenerzy, mechanicy, działacze, kibice. Pan prezes skierował oficjalne pismo do księdza biskupa z prośbą o mianowanie mnie kapelanem klubu. Ksiądz biskup przychylił się do tej prośby i tak wszystko się zaczęło. Nie jesteśmy pierwszym klubem w Polsce, który ma kapelana. W różnych miastach organizowane są msze święte na rozpoczęcie sezonu i modlitwy za zawodników. To pokazuje, że wielu ludzi sportu dostrzega potrzebę obecności wiary także w tej przestrzeni. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa, że przed pierwszym meczem sezonu na stadionie pojawiał się ksiądz i była wspólna modlitwa. Potem różnie z tym bywało, ale gdzieś ta tradycja istniała. Dlatego bardzo zależało nam na tym, aby nowy sezon rozpocząć właśnie od mszy świętej i modlitwy. Żużel jest sportem bardzo niebezpiecznym, kontuzje są niestety wpisane w tę dyscyplinę, dlatego chcieliśmy prosić Boga o opiekę nad zawodnikami i o szczęśliwy sezon.

>>> Służyła w armii USA, dziś służy Bogu. Historia albertynki – siostry Jadwigi [ROZMOWA]
Na czym polegają codzienne zadania kapelana klubu żużlowego?
– Na razie wszystko dopiero się rozwija i układa. To jest początek tej drogi, więc trudno jeszcze mówić o jakimś sztywnym schemacie działania. Najważniejsze było rozpoczęcie sezonu wspólną modlitwą. Chcieliśmy zawierzyć ten czas Panu Bogu i prosić o bezpieczeństwo dla zawodników. W sporcie żużlowym jeden moment nieuwagi może zakończyć się bardzo poważnym wypadkiem, dlatego modlitwa o zdrowie i szczęśliwe starty jest bardzo ważna. Myślę, że z czasem ta rola będzie się rozwijać. Dzięki temu, że sam jeżdżę amatorsko na żużlu, mam okazję częściej spotykać się z zawodnikami, szczególnie z młodzieżą ze szkółki. Spotykamy się na stadionie, podczas treningów czy różnych wydarzeń. To są czasami zwykłe rozmowy, obserwowanie pracy mechaników, wspólne przebywanie ze sobą. Właśnie w takich codziennych sytuacjach rodzą się relacje i zaufanie. Nie chodzi przecież tylko o wygłaszanie kazań. Czasami ważniejsze jest po prostu bycie obok człowieka, wysłuchanie go, zainteresowanie się jego problemami. Myślę też, że taka obecność księdza w środowisku sportowym może pomagać młodym ludziom zobaczyć Kościół trochę inaczej, bardziej blisko codziennego życia.
Jak zawodnicy reagują na obecność Księdza w klubie? Zdarza się, że przychodzą sami o czymś porozmawiać?
– Na początku wszyscy podchodzili do tego z pewnym zaciekawieniem, bo była to nowa sytuacja. Myślę jednak, że reakcje są bardzo pozytywne. Na razie te relacje dopiero się budują. Sezon dopiero się rozpoczął, zawodnicy mają mnóstwo obowiązków związanych z przygotowaniem sprzętu, treningami i wyjazdami na mecze. Żużel to bardzo intensywny sport i zawodnicy praktycznie cały czas są w rozjazdach. Mimo tego już teraz widać otwartość. Bardzo poruszyło mnie to, że wielu zawodników podczas mszy świętej przed sezonem chciało skorzystać z sakramentu spowiedzi. To pokazuje, że dla nich wiara również ma znaczenie. Człowiek często patrzy na sportowców tylko przez pryzmat wyników i emocji na torze, a przecież oni też mają swoje problemy, lęki i pytania. Wielu z nich jest bardzo młodych. Myślę, że z czasem te relacje będą bardziej przyjacielskie. Już teraz podczas treningów czy spotkań można normalnie porozmawiać, pośmiać się, wymienić doświadczeniami. Cieszę się też, że mogę od nich uczyć się pokory i wytrwałości.
Jak Ksiądz rozumie rolę wiary w sporcie?
– Uważam, że wiara w sporcie może odgrywać bardzo ważną rolę. Sport to przecież ogromne emocje, presja, rywalizacja, sukcesy i porażki. Człowiek potrzebuje wtedy czegoś, co daje mu wewnętrzną siłę i pomaga zachować równowagę. Wielu sportowców publicznie pokazuje swoją wiarę i się jej nie wstydzi. Widzimy zawodników, którzy przed startem robią znak krzyża, modlą się czy dziękują Bogu po zawodach. Pamiętam choćby sytuację podczas meczu żużlowego, kiedy zawodnik przed wyjazdem na tor przeżegnał się i ucałował krzyżyk. To są bardzo proste gesty, ale pokazują, że człowiek pamięta o Bogu również w chwilach wielkich emocji. Wiara pomaga sportowcom zrozumieć, że ich wartość nie zależy wyłącznie od wyniku. Człowiek może wygrać albo przegrać, ale nadal pozostaje wartościową osobą. To jest szczególnie ważne dzisiaj, kiedy sportowcy są bardzo mocno oceniani przez media i internet. Jeden słabszy występ często powoduje ogromną falę krytyki. Wiara daje też nadzieję i pokój serca. Pomaga podnieść się po porażce i zachować pokorę po sukcesie.

Jak wspierać zawodników po porażkach? To nie jest przecież takie łatwe zadanie.
– Porażki są wpisane w sport. W każdym biegu żużlowym ktoś wygrywa, ale ktoś też przegrywa. Nie da się zawsze być najlepszym. Podczas mszy świętej przed sezonem mówiłem zawodnikom o tym, jak bardzo zmienne bywają ludzkie reakcje. Jednego dnia kibice potrafią oklaskiwać zawodnika i nosić go na rękach, a kilka dni później może pojawić się krytyka, wyzwiska czy hejt. To bardzo trudne doświadczenie, szczególnie dla młodych ludzi. Dlatego ważne jest, żeby zawodnik nie zostawał sam. Każdy sportowiec potrzebuje wokół siebie ludzi, którzy będą go wspierać nie tylko wtedy, gdy wygrywa, ale także wtedy, gdy przeżywa kryzys. Myślę, że ogromną rolę odgrywa tutaj rodzina, trenerzy, przyjaciele i cały zespół. Trzeba przypominać zawodnikom, że jedna porażka nie przekreśla ich wartości. Ważne jest też, żeby nie zamykać się w sobie po nieudanym występie, tylko dalej pracować i wyciągać wnioski.
>>> Nie na marginesie, lecz w centrum życia. WTZ w Kluczborku przywracają sprawczość [REPORTAŻ]
W jaki sposób można uczyć młodych zawodników szacunku do rywala?
– To bardzo ważne pytanie, szczególnie w tak kontaktowym i niebezpiecznym sporcie jak żużel. Myślę, że podstawą jest przypominanie młodym zawodnikom, że po drugiej stronie też stoi człowiek. Każdy chce bezpiecznie wrócić do domu po zawodach. W Ewangelii słyszymy słowa: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Uważam, że te słowa doskonale pasują również do sportu. Na torze trzeba walczyć ambitnie, ale jednocześnie z szacunkiem dla przeciwnika. Żużel jest sportem bardzo dynamicznym i czasami drobny błąd może skończyć się groźnym upadkiem. Dlatego zawodnicy muszą uczyć się odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale także za innych. Ogromną rolę odgrywają tutaj trenerzy i starsi zawodnicy, którzy pokazują młodszym odpowiednie zachowania. Pokora jest w sporcie niezwykle ważna. Nawet najlepszy zawodnik może mieć słabszy dzień albo popełnić błąd.
Co najbardziej fascynuje Księdza w żużlu? Co sprawia, że spośród tak wielu różnych sportów wybrał Ksiądz właśnie ten?
– Myślę, że trudno wskazać jedną konkretną rzecz, bo fascynuje mnie właściwie cały klimat tego sportu. To sport z bardzo prostymi zasadami, ale jednocześnie niezwykle wymagający. Motocykle nie mają hamulców, zawodnicy jadą bardzo blisko siebie, a wszystko dzieje się w ogromnym tempie. Kiedy sam miałem okazję wyjechać na tor, jeszcze bardziej zrozumiałem, jak wielkich umiejętności wymaga jazda na żużlu. Z perspektywy trybun czasami wydaje się, że pewne rzeczy są łatwe, ale kiedy człowiek sam siedzi na motocyklu i wchodzi w łuk, zaczyna patrzeć na wszystko zupełnie inaczej. Fascynuje mnie też atmosfera środowiska żużlowego. Spotkałem wielu życzliwych ludzi, którzy pomagali mi stawiać pierwsze kroki na torze. Żużel uczy również lojalności wobec drużyny. Prawdziwy kibic jest z klubem nie tylko wtedy, gdy są zwycięstwa, ale również wtedy, gdy przychodzą trudniejsze momenty.
Są jakieś momenty związane z żużlem, które szczególnie zapadły Księdzu w pamięć?
– Takich momentów jest bardzo dużo, szczególnie że jako kibic przeżywałem wiele sezonów razem z ostrowską drużyną. Bardzo mocno pamiętam lata, kiedy klub walczył o awans do Ekstraligi. Były baraże, ogromne emocje i wielkie nadzieje. Często wydawało się, że jesteśmy już bardzo blisko sukcesu, ale czegoś brakowało. To były trudne momenty dla kibiców, ale jednocześnie właśnie wtedy najbardziej widać było przywiązanie ludzi do drużyny. Pamiętam też wiele meczów wygranych minimalną różnicą punktów. Takie spotkania zostają w pamięci na długo, bo emocje są ogromne. Żużel jest wyjątkowy pod tym względem, że praktycznie każdy bieg wywołuje emocje. Już sam start i pierwszy łuk potrafią zdecydować o wyniku. Kiedy kibicuje się swojej drużynie, człowiek bardzo mocno przeżywa każdą akcję na torze.

>>> Damian Sylwestrzak (sędzia FIFA): z pierwszym gwizdkiem wykonuję znak krzyża [ROZMOWA]
Jako kapelan klubu Ksiądz również odczuwa stres przed ważnymi zawodami?
–Tak, zdecydowanie. Teraz patrzę na to trochę inaczej niż dawniej, jako zwykły kibic. Kiedy zaczyna się poznawać zawodników osobiście, człowiek bardziej przeżywa ich starty. Nie są już tylko nazwiskami w programie zawodów, ale konkretnymi ludźmi, z którymi rozmawia się na co dzień. Najbardziej martwię się o ich bezpieczeństwo. Sam miałem okazję przekonać się, jak łatwo o upadek nawet podczas amatorskiej jazdy. Wystarczy chwila nieuwagi, zły tor jazdy albo kontakt z innym zawodnikiem i może dojść do groźnej sytuacji. Dlatego przed zawodami zawsze jest taka myśl i modlitwa, żeby wszyscy szczęśliwie wrócili do domu. Oczywiście kibicuje się też drużynie i chce się jej zwycięstwa, ale zdrowie zawodników jest najważniejsze.
Żeby jeździć na żużlu już jako duchowny, potrzebował Ksiądz zgody biskupa czy też nie była ona konieczna do realizacji tak ekstremalnego hobby?
– Nie, nie było takiej potrzeby. Traktuję to jako swoje hobby i pasję. Tak samo jak są księża, którzy jeżdżą na motocyklach turystycznych czy angażują się w różne środowiska sportowe, tak ja zainteresowałem się żużlem. Kościół bardzo często jest obecny w różnych środowiskach i grupach ludzi. Organizowane są przecież msze święte dla motocyklistów, pielgrzymki sportowców czy spotkania różnych pasjonatów. Pamiętam, że kiedy pracowałem w Ostrzeszowie, organizowaliśmy rozpoczęcia sezonu motocyklowego połączone z mszą świętą i przejazdem przez miasto. Takie wydarzenia pokazują, że ludzie chcą zapraszać Boga do swojej codzienności i swoich pasji. Ksiądz powinien być obecny tam, gdzie są ludzie. Jeśli ktoś żyje sportem, motoryzacją czy żużlem, to właśnie tam również można głosić Ewangelię.
Czego nauczył Księdza żużel? Gdyby nie ten sport, byłby Ksiądz dzisiaj innym człowiekiem?
– Żużel nauczył mnie przede wszystkim wytrwałości i lojalności. W sporcie bardzo łatwo jest być z drużyną wtedy, gdy wszystko układa się dobrze. Prawdziwy charakter człowieka poznaje się jednak w trudnych momentach. Żużel pokazuje też, jak ważne jest wsparcie drugiego człowieka. Zawodnicy bardzo często przeżywają ogromną presję, szczególnie młodzi chłopcy, którzy dopiero zaczynają karierę. Żużel nauczył mnie też większej pokory. Kiedy sam zacząłem jeździć, zrozumiałem, że z perspektywy trybun wszystko wygląda dużo łatwiej. Teraz inaczej patrzę na błędy zawodników, bo wiem, jak trudny jest ten sport.
Zdaniem Księdza kibice dzisiaj potrafią być cierpliwi i wierni wobec swojej drużyny? Bo łatwo się kibicuje, kiedy są sukcesy, ale przecież one nie zawsze się zdarzają.
– Myślę, że z tym bywa różnie. Dzisiaj wiele osób bardzo szybko zmienia swoje nastawienie. Kiedy drużyna wygrywa, stadion jest pełny, wszyscy są szczęśliwi i dumni. Kiedy jednak przychodzą słabsze wyniki, część ludzi od razu zaczyna krytykować albo odwraca się od klubu. To nie dotyczy tylko żużla. Widać to również w innych dyscyplinach sportu. Prawdziwe kibicowanie polega jednak na tym, żeby być z drużyną zarówno w chwilach sukcesów, jak i porażek. W Ostrowie przez lata kibice przeżywali różne momenty, bo były sukcesy, ale były też trudniejsze sezony. Najważniejsze jest jednak to, że żużel nadal istnieje i że możemy wspólnie przeżywać sportowe emocje. Trzeba też pamiętać, że funkcjonowanie klubu wymaga ogromnych pieniędzy i zaangażowania wielu sponsorów oraz ludzi dobrej woli. Dlatego warto doceniać to, co mamy.

Jakie jest największe marzenie Księdza związane z żużlem?
– Jeśli chodzi o takie osobiste marzenie, to chciałbym po prostu nauczyć się dobrze jeździć. Największym wyzwaniem jest dla mnie start i pierwszy łuk, bo właśnie tam najwięcej się dzieje. Kiedy patrzy się na zawodowców, wydaje się to bardzo proste i naturalne, ale w rzeczywistości wymaga ogromnych umiejętności. Mam świadomość, że przede mną jeszcze dużo nauki i treningów. Ale jak mówi stare powiedzenie – trening czyni mistrza. Dlatego chcę dalej ćwiczyć i rozwijać się. A jeśli chodzi o marzenie związane z klubem i środowiskiem żużlowym, to chciałbym, aby ten sport nadal jednoczył ludzi i dawał im radość.
Jakie przesłanie chciałby Ksiądz przekazać kibicom żużla na koniec naszej rozmowy?
– Przede wszystkim chciałbym zachęcić kibiców do tego, aby byli z drużyną nie tylko wtedy, gdy wszystko dobrze się układa. Po jednym słabszym meczu nie można od razu przekreślać zawodników czy trenerów. Sezon żużlowy jest długi i w sporcie może wydarzyć się bardzo wiele. Czasami początki są trudne, ale później drużyna zaczyna funkcjonować coraz lepiej. Ważne jest wsparcie i cierpliwość. Chciałbym też, żeby kibice pamiętali, że zawodnicy to ludzie. Oni również przeżywają stres, zmęczenie i rozczarowania. Łatwo jest oceniać z trybun albo sprzed telewizora, ale kiedy sam człowiek spróbuje jazdy na motocyklu żużlowym, zaczyna inaczej patrzeć na ten sport. Żużel wymaga ogromnej odwagi i poświęcenia. Dlatego warto wspierać zawodników, doceniać ich wysiłek i tworzyć wokół klubu dobrą atmosferę. Najważniejsze jest jednak to, żebyśmy potrafili być razem, zarówno w chwilach zwycięstw, jak i porażek.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
„Chodź, pogapisz się na Jezusa”. We Wrocławiu wspólnota Za Burtą ewangelizuje bezdomnych [ROZMOWA]
Miałam myśli rezygnacyjne i anoreksję. Właśnie wtedy najmocniej zbliżyłam się do Boga [ROZMOWA]
Ks. Łukasz Plata: nie nawracajmy na siłę, róbmy swoje [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny