fot. arch. prywatne ks. Łukasza Platy

Ks. Łukasz Plata: nie nawracajmy na siłę, róbmy swoje [ROZMOWA]

Czy nawrócenie musi być spektakularne? Czy brak „mocnych przeżyć” i fajerwerków oznacza słabą wiarę? Ewangelizator ks. Łukasz Plata i kierowca Ewangelibusa opowiada o popularnych mitach związanych z nawróceniem i pokazuje, że prawdziwa zmiana zaczyna się nie w emocjach, lecz w codzienności.

Karolina Binek (misyjne.pl): Kiedy mówi ksiądz ludziom o nawróceniu, to co właściwie ma ksiądz na myśli? Czy to jest moment, decyzja, czy coś, co rozciąga się w czasie?

Ks. Łukasz Plata:– Największym błędem, jaki można popełnić w myśleniu o nawróceniu, jest sprowadzenie go do jednego wydarzenia, nawet jeśli to wydarzenie było bardzo mocne i bardzo poruszające. Oczywiście, takie momenty istnieją. Sam spotykam ludzi, którzy potrafią wskazać konkretny dzień, godzinę, sytuację, w której „coś się stało” i ich życie się zmieniło. Ale jeśli zatrzymamy się tylko na tym, to bardzo spłycimy całe doświadczenie. Ja bardzo często, kiedy mówię o nawróceniu, wracam do definicji, którą zaproponował papież Franciszek, bo ona niezwykle trafnie oddaje istotę rzeczy. On mówi, że nawrócenie to proces, który obejmuje trzy etapy: odwrócenie się od grzechu, zwrócenie się do Jezusa przy pomocy Ducha Świętego i zaangażowanie wszystkich swoich sił. Jeśli się nad tym zatrzymać, to widać, że to nie jest coś, co można zrobić „raz na zawsze”. Odwrócenie się od grzechu to nie tylko jeden akt. To decyzja, która musi być odnawiana. Zwrócenie się do Jezusa to nie jednorazowe wyznanie wiary, tylko budowanie relacji. A zaangażowanie wszystkich swoich sił oznacza, że całe moje życie zaczyna być w to włączone, czyli moje decyzje, moje wybory, moje relacje, moje codzienne funkcjonowanie. Z jednej strony jest to łaska. Bo to Bóg pierwszy wychodzi do człowieka, dotyka jego serca, daje mu pragnienie zmiany. Ale z drugiej strony to jest współpraca. Człowiek musi odpowiedzieć. I to nie raz, tylko wielokrotnie. Dlatego ja często mówię, że nawrócenie to nie jest wydarzenie, które się wydarzyło kiedyś, tylko coś, co się dzieje każdego dnia.

Czyli można powiedzieć, że nie każdy potrzebuje jakiegoś spektakularnego przełomu?

– Zdecydowanie tak. I to jest bardzo ważne, żeby to wyraźnie powiedzieć, bo wielu ludzi ma wrażenie, że jeśli nie przeżyli jakiegoś radykalnego zwrotu, to znaczy, że ich wiara jest „gorsza” albo mniej autentyczna. A to jest nieporozumienie. Kościół uczy, że tym pierwszym momentem nawrócenia jest przyjęcie wiary i chrztu. Jeśli człowiek wzrasta w wierze od dziecka, jeśli jest wychowywany w duchu chrześcijańskim, jeśli jego relacja z Bogiem rozwija się stopniowo, to on nie musi przeżywać żadnego dramatycznego „spadnięcia z konia”. On może dojrzewać spokojnie. I w pewnym momencie może doświadczyć czegoś, co nazwałbym pogłębieniem wiary. To też jest nawrócenie, tylko mniej spektakularne. Natomiast są też sytuacje, kiedy ten proces zostaje przerwany. Przez wybory człowieka, przez grzech, przez różne doświadczenia życiowe. I wtedy rzeczywiście potrzebny jest moment powrotu, czasem bardzo radykalny. I to nie zawsze jest związane z jakimś „dnem” moralnym. Czasem to jest choroba, czasem kryzys w małżeństwie, czasem doświadczenie pustki, które nagle pokazuje, że coś w moim życiu nie działa. Czasem to jest jedno spotkanie, jedno słowo, które trafia w serce i sprawia, że człowiek mówi: „Ja nie mogę dalej tak żyć”.

fot. arch. prywatne ks. Łukasza Platy

Co najczęściej prowadzi ludzi do takiego momentu? Kryzys, cierpienie, a może właśnie jakieś trudności w relacjach?

– To może być zaskakujące, ale powiedziałbym, że najczęściej nie jest to spektakularne wydarzenie, tylko bardzo prosta rzecz: słuchanie Słowa Bożego. I to jest coś, co naprawdę się potwierdza w praktyce. Oczywiście, cierpienie może być momentem przełomowym, ale ono samo w sobie nie prowadzi automatycznie do Boga. Czasem wręcz przeciwnie – człowiek się buntuje, zamyka, odrzuca wszystko. Natomiast jeśli w tym cierpieniu pojawi się Słowo, słowo nadziei, słowo, które coś tłumaczy, które coś otwiera, wtedy zaczyna się proces. Bardzo często spotykam ludzi, którzy nie mają jakiejś dramatycznej historii. Oni po prostu zaczęli czuć, że czegoś im brakuje. Że ich życie, choć z zewnątrz poukładane, nie daje im pełni. I zaczynają szukać. Dzisiaj to szukanie często zaczyna się bardzo niepozornie. Od jakiegoś nagrania w internecie, od konferencji na YouTubie, od rekolekcji, na które ktoś ich zaprosił. I nagle coś zaczyna w nich pracować. Pojawia się pytanie, pojawia się niepokój, pojawia się pragnienie. I to jest początek nawrócenia.

Jakie są pierwsze konkretne oznaki tego, że to nie jest tylko chwilowe poruszenie, ale właśnie nawrócenie?

– Pierwszym bardzo wyraźnym znakiem jest to, że człowiek zaczyna patrzeć na swoje życie w prawdzie. I to jest moment, który bywa trudny, bo nagle przestają działać wszystkie mechanizmy obronne. Człowiek widzi swoje wybory, swoje grzechy, swoje zaniedbania. I pojawia się w nim pragnienie, żeby to uporządkować. Bardzo często prowadzi to do spowiedzi. I to nie takiej rutynowej, tylko bardzo głębokiej. Wielu ludzi mówi, że przełomem była dla nich spowiedź z całego życia albo z jakiegoś bardzo długiego okresu. To jest moment odwrócenia się od grzechu, czyli pierwszy etap nawrócenia. Ale to nie kończy się na jednym wydarzeniu. To jest decyzja, że chcę żyć inaczej. Że nie chcę już łączyć dwóch rzeczywistości, a więc życia w grzechu i życia z Bogiem. Bo w pewnym momencie człowiek zaczyna widzieć, że tego się nie da pogodzić. Doświadczenie Bożej miłości rodzi w człowieku pragnienie, aby żyć z Bogiem w sercu cały czas.

>>> Mała Trzódka – wielkie serce. Franciszkanki pomagają starszym [ROZMOWA]

Wspomniał ksiądz o tym, że po takim pierwszym doświadczeniu bardzo ważne jest, co dzieje się dalej. Czyli rozumiem, że samo „poruszenie” to dopiero początek?

– Dokładnie tak, i to jest moment, w którym wiele osób, nawet bardzo szczerze poszukujących może się po prostu pogubić. Bo kiedy człowiek doświadcza czegoś głębokiego, szczególnie po dłuższym czasie życia bez Boga albo na marginesie wiary, to to doświadczenie potrafi być bardzo intensywne. Czasem wiąże się z ogromną radością, czasem z poczuciem ulgi, czasem wręcz z takim fizycznym odczuciem pokoju czy obecności Boga. I to jest piękne, tylko że pojawia się pewne niebezpieczeństwo: człowiek zaczyna myśleć, że to właśnie jest istota wiary. Że to doświadczenie, to uczucie, to poruszenie, że to jest coś, co trzeba utrzymać, powtarzać, do czego trzeba wracać. I wtedy zaczyna się pewna pułapka, którą nazywam łakomstwem duchowym. To znaczy człowiek zaczyna szukać kolejnych doświadczeń. Jedzie na kolejne rekolekcje, kolejne spotkania modlitewne, kolejne wydarzenia, bo chce znowu poczuć to samo. A kiedy tego nie czuje, pojawia się rozczarowanie, czasem nawet kryzys.

Tymczasem nawrócenie prowadzi do czegoś zupełnie innego, do życia z Bogiem w codzienności. A codzienność nie zawsze jest spektakularna. Czasem jest bardzo zwyczajna, czasem trudna, czasem wręcz „sucha” duchowo. I jeśli ktoś nie jest na to przygotowany, może pomyśleć, że „coś się skończyło”, że „Bóg już nie działa”. Dlatego właśnie tak ważne jest prowadzenie duchowe.

fot. arch. prywatne ks. Łukasza Platy

W takim razie warto, by w procesie nawrócenia rozmawiać z kierownikiem duchowym?

– W wielu przypadkach to jest wręcz konieczne, jeśli ktoś chce wytrwać na tej drodze. Bo proszę zobaczyć: człowiek, który zaczyna na nowo życie z Bogiem, często nie ma jeszcze doświadczenia w rozeznawaniu. Nie wie, co jest od Boga, co jest jego emocją, a co może być nawet pokusą. A trzeba pamiętać, że ten moment początkowy jest bardzo wrażliwy. Czasem ktoś dostaje jakieś doświadczenie duchowe, czasem nawet jakieś charyzmaty, na przykład słowa poznania, zdarza się że osoby mają sny prorocze, jakieś wewnętrzne przynaglenia lub poruszenia. I bez odpowiedniego prowadzenia może bardzo łatwo się w tym pogubić. Zamiast wejść w drogę dojrzałości, zaczyna się koncentrować na tym, co nadzwyczajne. A przecież chrześcijaństwo nie polega na nadzwyczajności, tylko na wierności w codzienności. Kierownik duchowy pomaga uporządkować to wszystko. Pomaga zobaczyć, co jest trwałe, co jest owocem nawrócenia, co prowadzi do wzrostu. Pomaga też czasem przyhamować. Bo człowiek na początku chce iść bardzo szybko, chce wszystko naraz, chce od razu działać, ewangelizować, zmieniać świat. A tymczasem potrzeba czasu, żeby to się ugruntowało.

Czy zdarza się, że ktoś przeżyje bardzo mocne nawrócenie, a później znów doświadcza jakiegoś kryzysu?

– Tak, i to niestety wcale nie jest rzadkie. I właśnie dlatego tak mocno podkreślam znaczenie tego, co dzieje się po pierwszym doświadczeniu.Jeśli ktoś zatrzyma się tylko na emocjach, jeśli nie wejdzie w życie sakramentalne, jeśli nie zacznie budować relacji z Bogiem w codzienności, jeśli nie ma nikogo, kto mu pomoże to poukładać, to bardzo łatwo może się to rozmyć.Czasem człowiek wraca do dawnych schematów, czasem zniechęca się, bo „już nie czuje tego, co wcześniej”, czasem zaczyna szukać w innych miejscach tego samego doświadczenia.Dlatego tak ważne jest, żeby zobaczyć, że nawrócenie ma swoje etapy. Można powiedzieć, że są momenty „niedzieli zmartwychwstania”, a więc radości, światła, doświadczenia Boga. Ale potem przychodzi też „Wielki Piątek”, czyli oczyszczenie, trud, zmaganie. A potem przychodzi „Wielka Sobota” – cisza, zwyczajność, brak emocji.I to wszystko jest częścią drogi, która nieraz dynamicznie się zmienia.

W tym kontekście chciałabym zapytać o jeszcze jedną rzecz. Jak odróżnić prawdziwe nawrócenie od chwilowego zachwytu Bogiem i wiarą?

– To jest bardzo ważne pytanie i odpowiedź jest jednocześnie bardzo prosta i bardzo wymagająca: po owocach. Ale nie po tym, co człowiek mówi o sobie, tylko po tym, co widać w jego życiu i co widzą inni ludzie. Bo bardzo łatwo jest powiedzieć: „ja się nawróciłem”, „ja spotkałem Boga”, „moje życie się zmieniło”. Natomiast prawdziwe pytanie brzmi: czy to się przekłada na konkret? Czy zmieniają się relacje? Czy człowiek zaczyna inaczej traktować swoich bliskich? Czy pojawia się cierpliwość, łagodność, opanowanie? Czy znika agresja, egoizm, zamknięcie na innych? Ja często mówię, że najważniejszym „testem” nawrócenia są najbliżsi. Jeśli żona mówi: „mój mąż naprawdę się zmienił”, jeśli dzieci widzą, że tata jest inny, jeśli w domu zaczyna być więcej pokoju, to jest bardzo mocny znak. Bo nawrócenie nie polega na tym, że ktoś dużo mówi o Bogu. Nawrócenie polega na tym, że zaczyna żyć miłością.

Znam kilka osób, które po nawróceniu zaczęły studiować teologię albo poważnie myślały o wstąpieniu do seminarium lub zakonu. Dlaczego tak się dzieje? Czy to faktycznie może być powołanie?

To wynika z tego, że nawrócenie tak naprawdę prowadzi człowieka do odkrycia swojego powołania. Tylko że bardzo ważne jest, żeby dobrze zrozumieć, czym to powołanie jest. Pierwszym i podstawowym powołaniem każdego człowieka jest powołanie do świętości. I ono zaczyna się w momencie chrztu. To jest fundament, niezależnie od tego, czy ktoś zostanie księdzem, czy założy rodzinę, czy będzie żył jako osoba samotna. Dopiero na tej drodze pojawia się pytanie: w jaki sposób mam realizować to powołanie? I tu pojawiają się różne drogi: kapłaństwo, życie zakonne, małżeństwo, życie świeckie. I teraz: kiedy ktoś przeżywa nawrócenie, kiedy zaczyna naprawdę słuchać Boga, to naturalnie zaczyna też zadawać pytanie o swoje życie. O to, do czego jest powołany. I czasem pojawia się myśl o kapłaństwie czy życiu zakonnym.

fot. arch. prywatne ks. Łukasza Platy

Jak to wyglądało w księdza przypadku?

– U mnie to było bardzo ciekawe doświadczenie, bo to nie była decyzja, którą sobie wcześniej planowałem czy rozważałem. Wręcz przeciwnie – to była myśl, która pojawiła się nagle i była… powiedziałbym nawet trochę natrętna. To było w czasie, kiedy przeżywałem wydarzenie związane ze śmiercią Jana Pawła II. I wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl o kapłaństwie. I to nie była taka myśl, którą można łatwo odsunąć czy zignorować. Ona wracała, nie dawała spokoju. Na początku próbowałem ją odrzucić. Nie chciałem o tym myśleć, próbowałem się od tego uwolnić. Ale ona była obecna cały czas. I z czasem zacząłem się zastanawiać: skąd ona się bierze? Dlaczego nie daje mi spokoju? I to był początek drogi rozeznawania.

>>> „Gdyby każdy miał to samo, nikt nikomu nie byłby potrzebny” – wyjątkowy ośrodek w Konarzewie [REPORTAŻ]

Wspomniał ksiądz wcześniej o różnych historiach nawróceń. Czy jest jakaś konkretna, która szczególnie zapadła księdzu w pamięć? Taka, która wraca do księdza często?

– Tak, jest jedna historia, która rzeczywiście bardzo mocno zapadła mi w pamięć i która do dziś jest dla mnie niezwykle poruszająca, również dlatego, że mogłem obserwować ją niejako „od środka”, towarzyszyć tej osobie na dalszym etapie drogi. To historia człowieka, który dzisiaj jest katechetą, ewangelizatorem, współtworzy przestrzenie, w których inni mogą spotkać Boga… a zaczynał jako ktoś, kto świadomie odrzucił wiarę. W pewnym momencie życia wypisał się z lekcji religii. Można powiedzieć: postawił kreskę i uznał, że wiara w Boga to nie jest jego droga. I przez pewien czas żył w taki sposób, który, z jego perspektywy, był po prostu normalny. Ale jednocześnie zaczęły się pojawiać rzeczy, których nie potrafił zrozumieć ani wyjaśnić. To nie były od razu jakieś spektakularne wydarzenia, raczej coś, co narastało stopniowo. On jest gitarzystą, muzykiem, i nagle zaczął tracić czucie w rękach. Dla kogoś, kto gra, kto żyje muzyką, to jest bardzo poważna sprawa. Zaczęło się coś dziać z jego ciałem, ale równolegle zaczęły pojawiać się też doświadczenia, które miały wymiar duchowy, takie jak trudne sny, pewne stany, które trudno opisać inaczej niż jako niepokojące, wręcz mroczne. On sam później mówił, że zaczynał przeczuwać, że to nie jest tylko kwestia fizyczna czy psychiczna, ale że ma to związek z jego życiem duchowym. Że coś jest nie tak, że coś poszło w złym kierunku. I w tym wszystkim bardzo ważną rolę odegrała jego mama. To jest w ogóle bardzo piękne, jak często w historiach nawrócenia pojawia się ktoś bliski, ktoś, kto nie narzuca, nie zmusza, ale wykorzystuje moment. W pewnym momencie ona poprosiła go, żeby zawiózł ją i jej siostrę na spotkanie modlitewne do Krakowa, prowadzone przez księdza Michała Olszewskiego. I to nie było zaproszenie w stylu „chodź, nawróć się”, tylko bardzo zwyczajne: „zawieź nas”. I on się zgodził. Może trochę z obowiązku, może trochę z ciekawości, może bez większego przekonania. Ale pojechał. I to był moment przełomowy. Bo nagle znalazł się w przestrzeni, w której wcześniej nie był obecny. Była modlitwa, Eucharystia adoracja. W czasie mszy świętej padły słowa, które go zatrzymały. Ksiądz powiedział coś bardzo prostego: że jeśli ktoś nie może przyjąć Komunii Świętej, a bardzo by chciał, to może powiedzieć w sercu: „Panie, pragnę, abyś przyszedł do mnie”. To jest zdanie, które teoretycznie można usłyszeć wiele razy i przejść obok niego. Ale w tym momencie ono trafiło dokładnie tam, gdzie trzeba. On to zrobił. Powiedział to zdanie. A potem była adoracja. I wtedy wydarzyło się coś, czego nie potrafił sobie wytłumaczyć. Poczuł zapach kwiatów. Bardzo wyraźny, bardzo konkretny. Rozglądał się dookoła, próbował znaleźć źródło, zastanawiał się, czy ktoś przyniósł kwiaty, czy to może jakieś perfumy, czy coś w przestrzeni. Nic. A jednocześnie ksiądz prowadzący modlitwę powiedział, że jest ktoś, kto w tym momencie doświadcza zapachu kwiatów i że to jest znak szczególnej łaski, którą Bóg chce mu dać. I to było dla niego coś, co całkowicie wykraczało poza jego schemat myślenia. Bo można różnie interpretować różne rzeczy, można coś sobie tłumaczyć, ale kiedy coś dzieje się jednocześnie w tobie i zostaje nazwane z zewnątrz, to nagle trudno to zignorować. On sam później mówił, że to „rozwaliło” mu cały system myślenia. Że nagle przestał mieć pewność, że wszystko da się wyjaśnić w sposób czysto racjonalny. Ale to nie był jeszcze koniec tej historii.

W takim razie co wydarzyło się dalej?

– Po powrocie do domu stanął przed bardzo konkretnym wyborem. Była niedziela. Szedł ulicą i w pewnym momencie zatrzymał się, bo miał iść do kościoła. I pojawiła się myśl: „Nie idę. Po co? Nie chcę”. I właśnie wtedy znowu poczuł ten sam zapach kwiatów, było to dosłownie na ulicy w listopadowe szare od dymu z kominów popołudnie. I to był moment, w którym przestał się opierać. Poszedł do kościoła. Trafił akurat na Mszę Świętą, którą ja sprawowałem. I tak się poznaliśmy.

A co jest najbardziej niezwykłe dla księdza w tej historii? Przecież zna ksiądz wiele osób nawróconych, również jeżdżąc Ewangelibusem, często sam się ksiądz do tego przyczynia.

– To, co jest dla mnie niezwykłe w tej historii, to nie tylko ten moment przełomowy, ale to, co wydarzyło się później. Bo to pokazuje, czym naprawdę jest nawrócenie. On nie zatrzymał się na doświadczeniu. Nie powiedział: „przeżyłem coś, to wystarczy”. Zaczął iść dalej. Zaczął budować relację z Bogiem, zaczął porządkować swoje życie, zaczął się formować. Przygotowywałem jego i jego żonę do bierzmowania. Później zawarli sakramentalne małżeństwo. Z czasem poszedł na studia teologiczne. Dzisiaj jest katechetą, ewangelizuje, współtworzy przestrzenie, w których inni mogą spotkać Boga. I to jest dla mnie najważniejsze, że nawrócenie nie zatrzymało się na jednym doświadczeniu, tylko stało się drogą.

fot. arch. prywatne ks. Łukasza Platy

Po tej historii przychodzi mi do głowy myśl, że skoro nie możemy nikogo „nawrócić”, to co właściwie możemy zrobić dla drugiego człowieka? Jak pomagać mu dotrzeć do Boga, żeby nie przekroczyć granicy?

– Myślę, że kluczowe jest jedno zdanie, które powtarzam bardzo często: nie nawracajmy na siłę, róbmy swoje. To znaczy: naszym zadaniem nie jest doprowadzenie kogoś do konkretnego efektu, tylko wierność temu, do czego jesteśmy posłani. A tym jest głoszenie Słowa Bożego i świadectwo życia. Czasem wydaje nam się, że jeśli ktoś nie zmienia się od razu, to znaczy, że „coś robimy źle”. A to nie jest prawda. Wiara jest łaską. My nie jesteśmy w stanie jej przekazać jak wiedzy czy informacji. Możemy natomiast stworzyć przestrzeń, w której ktoś tę łaskę przyjmie. I tu pojawia się bardzo ważny element: relacja. Bo jeśli nie ma relacji, to nawet najlepsze słowa nie trafią. Natomiast jeśli jest relacja, jeśli ktoś mnie zna, widzi moje życie, widzi, że to, co mówię, ma pokrycie w tym, jak żyję, to wtedy nawet jedno zdanie może mieć ogromne znaczenie. Dlatego czasem to „zaproszenie” jest ważniejsze niż „przekonywanie”. Zaproszenie na rekolekcje, na spotkanie, na mszę, na kurs Alpha. Nie zmuszanie, nie ciągnięcie na siłę, tylko zaproszenie.

Czyli to nie jest tak, że „ciągnięcie za rękę” zawsze jest złe?

– To trzeba rozeznawać bardzo indywidualnie. Bo z jednej strony rzeczywiście jestem przeciwnikiem agresywnej ewangelizacji, czyli takiej, która wywiera presję, która manipuluje emocjami, która próbuje wymusić decyzję. To bardzo często przynosi odwrotny efekt. Ale z drugiej strony są sytuacje, w których relacja pozwala na coś więcej. Jeśli ktoś mnie zna, ufa mi, widzi moje życie, to czasem mogę powiedzieć: „chodź ze mną”, „spróbuj”, „zobacz”. I to nie jest przymus, tylko zaproszenie oparte na relacji. Jezus też mówił: „jeśli chcesz”. To jest bardzo ważne. On zapraszał, ale nie zmuszał. Nawet kiedy ktoś odchodził, On pozwalał mu odejść. I to jest dla mnie ogromna wskazówka: szanować wolność drugiego człowieka. Bo bez tej wolności nie ma prawdziwej wiary.

Wspomniał ksiądz o kursie Alpha i wspólnotach. Czy to rzeczywiście dobre miejsce na początek?

– Tak, i to bardzo dobre. Dlatego że to są przestrzenie stworzone właśnie z myślą o osobach, które są na początku drogi albo które wracają do Kościoła. Kurs Alpha jest o tyle dobry, że zaczyna od podstaw, od pytania, kim jest Jezus, kim jest Duch Święty, czym jest wiara. I robi to w sposób bardzo przystępny, bez presji, w atmosferze rozmowy. Podobnie wspólnoty, one dają coś, czego nie da się zastąpić: relację i towarzyszenie. Bo człowiek nie idzie sam. Ma ludzi obok, którzy są na podobnym etapie albo trochę dalej i mogą pomóc. Ja ostatnio prowadziłem rekolekcje dla wspólnoty, która powstała właśnie po kursie Alpha. Ponad sto trzydzieści osób. I to są ludzie, którzy kilka lat temu często byli bardzo daleko od Kościoła, a dzisiaj tworzą żywą wspólnotę. I to pokazuje, że to działa.

Jeśli ktoś czyta tę rozmowę i czuje, że „coś go rusza”, że chciałby wrócić do Boga albo się zbliżyć, ale kompletnie nie wie, od czego zacząć, co by ksiądz mu powiedział?

– Powiedziałbym przede wszystkim: nie odkładaj tego. Jeśli pojawia się w tobie takie pragnienie, to nie jest przypadek. To jest łaska. Druga rzecz: nie próbuj robić tego sam. To jest bardzo ważne. Bo samemu można się szybko zniechęcić, pogubić, zatrzymać. Znajdź konkret, znajdź rekolekcje, kurs Alpha, wspólnotę, parafię, gdzie coś się dzieje. Nawet jeśli to będzie pierwszy krok niepewny, niedoskonały, to i tak warto go zrobić. I trzecia rzecz: pozwól sobie na drogę, ponieważ nawrócenie to jest proces. Nie wszystko wydarzy się od razu. Nie wszystko będzie jasne. Będą momenty, kiedy będzie łatwiej, i takie, kiedy będzie trudniej. Ale jeśli naprawdę szukasz, jeśli naprawdę chcesz, to Bóg znajdzie sposób, żeby do ciebie dotrzeć. Bo dla Niego nie ma sytuacji bez wyjścia.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze