fot. arch. wspólnoty/Karolina Binek/misyjne.pl
„Chodź, pogapisz się na Jezusa”. We Wrocławiu wspólnota Za Burtą ewangelizuje bezdomnych [ROZMOWA]
Nie rozdają jedzenia ani pieniędzy. Co tydzień wychodzą za to do pustostanów, na dworce i w okolice torów, by rozmawiać, modlić się i po prostu być z osobami w kryzysie bezdomności. „Zobaczyliśmy, że czasem największą pomocą jest to, że ktoś nie odchodzi sam” – mówią Szymon i Beata ze wspólnoty „Za burtą” z Wrocławia.
Jak to się wszystko zaczęło? Skąd wziął się pomysł, żeby wyjść do bezdomnych i rozpocząć taką działalność?
Szymon: – To nie było coś, co się zrodziło z jakiegoś konkretnego planu. Wręcz przeciwnie. To było doświadczenie bardzo osobiste, które przyszło w momencie, w którym zupełnie się tego nie spodziewałem. Byłem wtedy na rekolekcjach i pamiętam bardzo dobrze jedną konkretną sytuację – adorację, ciszę, moment zatrzymania się. I właśnie wtedy, w tej ciszy, pojawiło się coś, co trudno nazwać inaczej niż wewnętrznym światłem czy bardzo wyraźnym poruszeniem serca. To nie był głos słyszalny, ale była to myśl tak klarowna, tak jednoznaczna, że nie dało się jej pomylić z czymkolwiek innym: „zajmij się bezdomnymi”. I to było dla mnie kompletnie zaskakujące, bo moje życie w tamtym momencie nie miało z tym absolutnie nic wspólnego. Miałem rodzinę, pracę, byłem inżynierem, zajmowałem się budownictwem. Oczywiście miałem doświadczenie wiary, wspólnoty, duszpasterstwa akademickiego sprzed lat, należałem wtedy też do wspólnoty charyzmatycznej, ale to wszystko było raczej uporządkowane, spokojne, można powiedzieć nawet, że przewidywalne. A tu nagle pojawia się coś, co totalnie wykracza poza moje kompetencje, doświadczenie i plany.
Jak zareagowałeś na tę myśl?
– Pierwszą reakcją było zdziwienie, a zaraz potem coś w rodzaju wewnętrznego niepokoju. Bo kiedy człowiek dostaje takie poruszenie, to ono nie znika. I ja miałem wrażenie, że nie mogę tego zignorować. Że jeśli tego nie spróbuję, to coś ważnego ominę. Więc zrobiłem najprostszą rzecz, jaką mogłem – napisałem do kilku osób ze wspólnoty, w której wtedy byłem. To była bardzo zwyczajna wiadomość, bez żadnych wielkich słów: że mam w sercu, żeby wyjść do bezdomnych, żeby się z nimi modlić, i czy ktoś chciałby spróbować razem ze mną. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedziało sześciu facetów. I to było dla mnie pierwsze potwierdzenie, że to nie jest tylko mój prywatny pomysł. Bo to nie byli ludzie „bez zajęcia”, to byli dorośli mężczyźni, trzydziestoparolatkowie, z rodzinami, pracą, obowiązkami. A jednak powiedzieli: idziemy. I tak to się zaczęło – bez planu, bez przygotowania, bez strategii. Po prostu wyszliśmy na ulicę. Po krótkim czasie naszemu dziełu pobłogosławił biskup wrocławski Andrzej Siemieniewski. Ale nagle zaczęły się dziać zaskakujące dla nas rzeczy – chodziliśmy do osób w kryzysie bezdomności, modliliśmy się z nimi, przychodzimy za tydzień, by znów z nimi być, a tutaj się okazuje, że ten człowiek nie żyje. To było trudne doświadczenie, o którym porozmawiałem z biskupem. Usłyszałem wtedy, że właśnie dzięki naszej posłudze ktoś mógł tuż przed śmiercią pojednać się z Bogiem i że to też jest bardzo potrzebne. To spotkanie zupełnie odmieniło moją perspektywę. To było dla mnie przełomowe. Bo nagle zobaczyłem, że może nasza misja nie polega na zmianie sytuacji życiowej bezdomnych, ale na towarzyszeniu im w ostatnich momentach. Na tym, żeby nie odchodzili sami. Żeby mieli szansę na pojednanie, na przebaczenie, na spotkanie z Bogiem.

Jak wyglądały te pierwsze wyjścia? Towarzyszył Wam strach albo niepewność?
– Oczywiście, że tak. I to w różnych wymiarach. Z jednej strony było w nas coś takiego jak zapał, nawet pewien rodzaj duchowej ekscytacji. Czuliśmy, że robimy coś ważnego, że wychodzimy z naszej wygody, że odpowiadamy na jakieś wezwanie. Ale z drugiej strony była ogromna niewiadoma. Nie wiedzieliśmy, jak zostaniemy przyjęci. Nie wiedzieliśmy, czy spotkamy się z agresją, obojętnością, czy może z odrzuceniem. Wchodziliśmy w przestrzeń, której kompletnie nie znaliśmy. To nie jest tylko kwestia fizyczna, że ktoś jest na ulicy. To jest inny świat, z innymi zasadami. Pamiętam, że pierwsze spotkania były bardzo intensywne emocjonalnie. Człowiek idzie i ma w głowie tysiąc pytań: co powiedzieć, jak zacząć rozmowę, czy nie zrobię czegoś głupiego, czy nie przekroczę czyjejś granicy. Ale jednocześnie bardzo szybko okazało się, że to napięcie znika w momencie spotkania. Bo osoby bezdomne mają w sobie coś, czego często brakuje w „normalnym” świecie – bezpośredniość. One bardzo szybko skracają dystans. Nie ma tam gry pozorów. To, co nas zaskoczyło, to fakt, że oni nas przyjęli. Może nie wszyscy, ale wielu. I to bez większego oporu.
Jak zaczynaliście z nimi rozmowy? Mieliście, a może wciąż macie, jakąś formułkę w stylu „Cześć, co u ciebie?”.
– Na początku nie mieliśmy żadnego schematu i to chyba było dobre. Bo gdybyśmy przyszli z gotowym planem rozmowy, to mogłoby to być sztuczne. Chodziliśmy po pustostanach i mówiliśmy „Przysłał nas Jezus”. Normalnie człowiek zapytałby zaskoczony: „Tak?”. Tymczasem osoby, które spotykaliśmy w tamtych miejscach, odpowiadały: „To jak was przysłał, to opowiadajcie”. Z czasem zorientowaliśmy się, że najprostsze rzeczy okazały się najskuteczniejsze. Podanie ręki, przedstawienie się: „cześć, jestem Szymek”. To był gest, który miał ogromne znaczenie. Bo bardzo często osoby bezdomne nie doświadczają zwykłego, ludzkiego kontaktu. Ludzie ich omijają, unikają, czasem wręcz uciekają. A tu nagle ktoś podaje rękę. Widziałem nie raz ich reakcję, jaką było zaskoczenie, czasem zawahanie, ale też coś w rodzaju ulgi. Jakby ktoś powiedział: „widzę cię jako człowieka”. Potem pojawiało się pytanie: „jak masz na imię?”, „co się stało, że jesteś tutaj?”. I to wystarczało, żeby otworzyć przestrzeń do rozmowy.
Osoby mieszkające na ulicy często chętnie opowiadają o swoim życiu i dzielą się swoimi historiami?
– Bardzo często tak. I to jest coś, co dla wielu ludzi może być zaskakujące. My żyjemy w świecie, gdzie ludzie są zamknięci, ostrożni, budują wokół siebie mury. A osoby bezdomne często bardzo szybko przechodzą do sedna. Opowiadają o swoim życiu, o błędach, o relacjach, o tym, co ich doprowadziło do tego miejsca. Czasem są to historie bardzo bolesne, w których pojawia się przemoc, uzależnienia, rozbite rodziny, traumy z dzieciństwa. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że nie wszystko jest zawsze w stu procentach obiektywne. Czasem pojawia się mechanizm usprawiedliwiania się, przerzucania winy na innych. Ale to jest ludzkie. Każdy z nas to robi. Najważniejsze jest to, że oni chcą mówić. Chcą być wysłuchani.
Co było dla was największym zaskoczeniem w tych spotkaniach?
– Myślę, że kilka rzeczy. Po pierwsze – to, jak szybko oni zaakceptowali modlitwę. Spodziewaliśmy się oporu, a często spotykaliśmy się z otwartością.
Beata: – Po drugie – głębia tych spotkań. To nie były powierzchowne rozmowy. Bardzo szybko pojawiały się tematy fundamentalne: sens życia, wina, przebaczenie, śmierć.I po trzecie – to, jak bardzo ci ludzie są świadomi swojej sytuacji. To nie jest tak, że oni żyją w iluzji. Wielu z nich doskonale wie, gdzie jest i dlaczego tam jest.
Zdarzyło się, że ktoś całkowicie odrzucał Waszą obecność?
Szymon: – Tak, oczywiście. Nie wszyscy chcą rozmawiać, nie wszyscy chcą się modlić. I to trzeba uszanować. Zdarzają się osoby zamknięte, nieufne, czasem agresywne. Ale nawet wtedy staramy się zostawić po sobie coś prostego, na przykład dobre słowo, krótką obecność, może propozycję modlitwy. Czasem wystarczy powiedzieć: „jeśli kiedyś będziesz chciał pogadać, to jesteśmy”.
Co jest dla Was najtrudniejsze w tej pracy?
– Najtrudniejsze jest pogodzenie się z tym, że nie widzimy „efektów” w takim sensie, w jakim byśmy chcieli. Bo naturalne jest to, że człowiek chce widzieć zmianę. Chce widzieć, że ktoś wychodzi z bezdomności, przestaje pić, zaczyna nowe życie. A rzeczywistość jest taka, że takich historii jest bardzo mało. I trzeba się nauczyć innego spojrzenia – że sukcesem nie jest zmiana życia, tylko to, że ktoś przez chwilę nie jest sam. Że ktoś został wysłuchany. Że ktoś się pomodlił i zaprosił Jezusa do swojego życia.
Wspomnieliście o tym, że najtrudniejsze jest pogodzenie się z brakiem widocznych efektów. Jak to wpływa na waszą motywację do dalszego działania? Nie pojawia się zniechęcenie?
– To jest chyba jedna z najbardziej fundamentalnych kwestii w tej posłudze. Bo my jesteśmy wychowani w świecie, który mierzy wszystko efektami. A tutaj bardzo szybko okazuje się, że ta logika przestaje działać. I że wartością nie jest „efekt”, tylko obecność. To oczywiście nie znaczy, że nie chcemy ich dobra, że nie pragniemy ich wyjścia z bezdomności. Bardzo tego chcemy. Ale uczymy się oddawać to Bogu, a sami robić to, co możemy: być, słuchać, modlić się, nie zostawiać. I kiedy człowiek zaczyna tak patrzeć, to motywacja się zmienia. Nie jest już uzależniona od tego, czy coś „wyszło”, tylko od wierności temu, do czego został zaproszony.

Jak wygląda modlitwa z osobami bezdomnymi? Jest ona bardziej formalna czy też spontaniczna?
– My nie przychodzimy z gotowym schematem czy „programem modlitwy”. Każde spotkanie jest inne, każda osoba jest inna, każda sytuacja jest inna. Czasem to jest bardzo prosta modlitwa „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”. Czasem ktoś chce po prostu, żebyśmy się pomodlili za jego zdrowie, za rodzinę, za jakąś konkretną sytuację. Ale są też momenty dużo głębsze, kiedy ktoś zaczyna mówić o swoim życiu, o krzywdach, które zrobił albo których doświadczył. I wtedy naturalnie przechodzimy do modlitwy przebaczenia. To są często bardzo poruszające chwile. Bo człowiek, który przez lata nosił w sobie gniew, żal, poczucie winy, nagle zaczyna to wypowiadać. Czasem płacze, czasem milczy, czasem potrzebuje dużo czasu. Naszą rolą nie jest przyspieszać tego procesu. Raczej być obok i pomagać mu przejść przez to w jego tempie.
Zdarza się, że ktoś chce zmienić coś w swoim życiu, na przykład przestać pić, ale jednak nie potrafi?
Beata: – Z zewnątrz łatwo powiedzieć „on nie chce”, „to jego wybór”, „mógłby coś zrobić”. Ale kiedy poznaje się tych ludzi bliżej, widać, że to nie jest takie proste. Uzależnienie to nie jest tylko kwestia decyzji. To jest coś, co przejmuje kontrolę nad człowiekiem. Szczególnie alkoholizm. On zmienia sposób myślenia, odczuwania, podejmowania decyzji. Do tego dochodzą często wieloletnie traumy, brak wsparcia, brak relacji, brak poczucia wartości. I nagle oczekujemy, że ktoś „po prostu przestanie pić i zacznie od nowa”. To jest ogromne uproszczenie. Są osoby, które naprawdę próbują. Idą do ośrodków, podejmują terapię, wracają do zwykłego życia. Ale bardzo wiele z nich wraca na ulicę. I wtedy najważniejsze jest to, żeby nie przestać być obok. Żeby nie powiedzieć: „próbowałeś i nie wyszło, to już koniec”.
Wychodząc do bezdomnych – nie oferujecie im pomocy materialnej. Nie przynosicie im kanapek czy ciepłej zupy. Dlaczego zdecydowaliście się na taką formę pomocy?
Szymon: – To była bardzo świadoma decyzja, podjęta na samym początku. Zauważyliśmy, że pomoc materialna często zmienia relację. W momencie, kiedy pojawia się jedzenie, pieniądze, ubrania, bardzo łatwo jest wejść w schemat: „co masz dla mnie?” I wtedy rozmowa przestaje być spotkaniem dwóch osób, a zaczyna być transakcją. My chcieliśmy czegoś innego. Chcieliśmy, żeby fundamentem była relacja, modlitwa, obecność. To oczywiście nie znaczy, że pomoc materialna jest zła. Ona jest bardzo potrzebna i są organizacje, które robią to świetnie. My po prostu wybraliśmy inną drogę.
W niezwykle trudnej sytuacji są kobiety mieszkające na ulicy. Czym ich rzeczywistość różni się od rzeczywistości mężczyzn?
Beata: – To jest jeden z najbardziej bolesnych i poruszających aspektów tej rzeczywistości. O ile w przypadku mężczyzn bezdomność często wiąże się z uzależnieniem, rozpadem relacji, czasem z wyborem czy ucieczką od odpowiedzialności, o tyle w przypadku kobiet bardzo często dochodzi jeszcze jeden wymiar – ogromna bezbronność. Kobiety na ulicy są narażone na przemoc w dużo większym stopniu. I to przemoc nie tylko fizyczną, ale też psychiczną i seksualną. Często są wykorzystywane, uzależnione od konkretnych osób, które „zapewniają im przetrwanie”, ale jednocześnie je krzywdzą. To jest taka sytuacja, w której trudno mówić o wolności wyboru. Bo kiedy człowiek jest głodny, uzależniony, pozbawiony dachu nad głową, to jego decyzje nie są w pełni wolne. I to, co jest szczególnie trudne, to fakt, że one bardzo rzadko o tym mówią. Nie opowiadają wprost o przemocy, nie skarżą się. Czasem widać ślady, takie jak podbite oko, siniaki, zmęczenie, strach. Ale one często to bagatelizują albo milczą.
Są jakieś konkretne historie, które szczególnie zapadły wam w pamięć w kontekście kobiet na ulicy?
– Tak, jest kilka takich osób, które trudno zapomnieć. Jedną z nich jest Ewa. Ewa jest na ulicy od wielu lat. Jej historia jest skomplikowana. Składa się na nią dom dziecka, trudne relacje, nieudane związki. I w pewnym momencie jej życie po prostu się rozpadło. To, co najbardziej uderza w jej przypadku, to taka mieszanka siły i bezradności. Z jednej strony ona funkcjonuje – radzi sobie w tej rzeczywistości, zna ludzi, ma jakieś „swoje miejsce”. A z drugiej strony widać w niej ogromne zmęczenie i tęsknotę za czymś innym. Ona często mówi, że chciałaby normalnego życia. Domu, relacji, bezpieczeństwa. Ale jednocześnie nie widzi dla siebie drogi powrotu. Jakby ten świat, do którego należała kiedyś, był już dla niej zamknięty. I to jest bardzo trudne do przyjęcia, że ktoś nie widzi dla siebie żadnej alternatywy. Chociaż chciałabym bardzo, by wyszła z bezdomności. Ale była też młoda dziewczyna, Vanessa. Widzieliśmy, że jest na początku tej drogi, że jeszcze nie jest „wciągnięta” tak głęboko jak inni. Pojawiła się nadzieja, że może uda się ją „wyrwać” z tego środowiska. Zorganizowaliśmy nawet dla niej powrót do domu – jedna z kobiet z naszej ekipy kupiła jej bilet na piątą rano, wszystko było przygotowane. I wydawało się, że to się uda. Ale środowisko ulicy bardzo szybko reaguje. Są tam ludzie, którzy nie chcą, żeby ktoś „odchodził”. Bo to burzy pewien układ, pewną dynamikę. Ktoś dowiedział się o całym planie i Vanessa nie wyjechała. Kilka dni później była już w dużo gorszym stanie niż wcześniej. To są momenty, które bardzo bolą. Bo widzisz, że coś było na wyciągnięcie ręki. I to się rozsypało.

A jeśli chodzi o mężczyzn? Może znacie jakąś bardziej pozytywną historię?
Szymon: – Tak, i jedną z takich historii jest historia Damiana. Ona bardzo dobrze pokazuje, jak działa ta posługa, ale też jak działa Bóg, czasem w sposób zupełnie nieprzewidywalny. Damian miał około 28 lat, kiedy go poznaliśmy. Osiem lat żył na ulicy. Pochodził ze Szczecina, jego historia była taka, że bardzo wcześnie stracił rodziców. Został z długami, które po nich odziedziczył. Jako osiemnastolatek próbował to udźwignąć, pracować, spłacać zobowiązania, utrzymać się, ale to go przerosło. W końcu pojawił się komornik i on po prostu wyszedł z domu. Na ulicy uzależnił się – trochę od alkoholu, trochę od narkotyków. Nie był w takim stanie totalnego rozpadu jak niektórzy, ale był głęboko pogubiony. Zaczęliśmy z nim rozmawiać. I zauważyliśmy jedną rzecz. On bardzo chłonął. Dlatego daliśmy mu nagraną Ewangelię na takim prostym odtwarzaczu. I on zaczął tego słuchać. Słuchał codziennie. I kiedy przychodziliśmy, zadawał pytania, które były coraz głębsze i coraz bardziej konkretne. Widzieliśmy, że coś w nim pracuje. Pewnego dnia przyszedł do nas z rozerwanym różańcem, który znalazł na złomie. Ktoś go tam prowizorycznie naprawił drutem. I dla nas to był zwykły przedmiot, ale dla niego to było coś niezwykłego. Był tym poruszony. Poprosił, żebyśmy nauczyli go modlitwy różańcowej. I zaczęliśmy się z nim modlić. Ale nadal był w takim stanie wewnętrznego buntu. To nie było tak, że od razu się nawrócił. I wtedy wydarzyło się coś, co było absolutnie przełomowe. Organizowaliśmy wigilię dla wspólnoty, połączoną też z obecnością osób bezdomnych. Damian przyszedł cały brudny, zaniedbany, w takim stanie, który bardzo kontrastował z resztą ludzi. I w tym samym czasie pojawił się młody chłopak z porażeniem mózgowym, który nigdy wcześniej u nas nie był. Człowiek, który nigdy nie chodził samodzielnie, poruszał się przy pomocy rąk i kijków, nogi służyły mu tylko jako podparcie. Porozmawialiśmy z nim i zapytaliśmy, czy wierzy, że Bóg może go uzdrowić. Powiedział, że wierzy. Wyszliśmy z nim na korytarz, żeby nie robić zamieszania. I zaczęliśmy się modlić. I w pewnym momencie on wstał i zaczął chodzić. Odstawił swoje podpórki i zaczął normalnie chodzić po korytarzu. Mówił tylko: „mama mi nie uwierzy”. To było coś, co nas samych przerosło, byliśmy w szoku. I w tym momencie, zupełnie niespodziewanie z toalety wyszedł Damian. Zobaczył to. To było dokładnie jak w Ewangelii: „ujrzał i uwierzył”. Wrócił z nami na salę, usiadł i powiedział: „chcę przyjąć Jezusa jako mojego Pana i Zbawiciela”. Cała wspólnota modliła się nad nim. Następnego dnia wsiadł w samochód i pojechał do ośrodka, który mu poleciliśmy – do wspólnoty Magnificat pod Łodzią. I to był początek jego nowego życia. Wyszedł z bezdomności, założył rodzinę, dziś mieszka w Jeleniej Górze. Wrócił do nas kiedyś i dał mi różaniec, który sam zrobił. To jest jedna z tych historii, które pokazują, że to wszystko ma sens. Nawet jeśli takich historii jest niewiele.
Kogo najczęściej można spotkać na ulicy? Jest jakaś historia, która szczególnie pokazuje, jak głęboko doświadczenia wpływają na życie tych ludzi dziś?
– Tak, takich historii jest sporo, ale jedna szczególnie zapadła mi w pamięć, bo bardzo mocno pokazuje, jak przeszłość potrafi zatrzymać człowieka na całe lata. Bardzo wielu mężczyzn na ulicy to weterani wojenni. Poznaliśmy chociażby mężczyznę, który był weteranem wojny w Jugosławii. Po zasadniczej służbie wojskowej wyjechał z kolegami „dorobić”. Trafili do armii serbskiej jako najemnicy. I tam zetknął się z czymś, czego psychicznie nie był w stanie unieść. Opowiadał o rzeczach, które widział, o przemocy, o mordach, o okrucieństwie wobec cywilów. W pewnym momencie zdecydował się zabić jednego człowieka ze swojej jednostki – Serba. Mówił, że zrobił to, bo nie mógł znieść tego, co tamten człowiek robił. Zabił go w piwnicy, a potem przykrył liśćmi i zostawił. I to wydarzenie zostało w nim na zawsze. Co ciekawe, on nie postrzega tego jako grzechu. Mówi: „to nie był człowiek”, usprawiedliwia ten czyn, nie chce nazwać tego złem. I właśnie przez to jest zamknięty. Łaska do niego nie dociera, bo on nie widzi potrzeby przebaczenia czy pojednania. Dziś żyje na ulicy, w bardzo specyficznym miejscu. W śmietniku, wśród odpadów, liści, brudu. I dla mnie to było uderzające, że to miejsce jest jak symbol tamtej sytuacji sprzed trzydziestu lat. Jakby jego życie zatrzymało się dokładnie w tym momencie, kiedy przykrył tamtego człowieka liśćmi. To pokazuje, jak potężne są takie doświadczenia i jak bardzo mogą „zamrozić” człowieka na lata, jeśli nie zostaną przepracowane, nazwane, oddane Bogu.
Wspominacie wielokrotnie o przebaczeniu. A czy bezdomni chcą się wyspowiadać? Jak to wygląda w praktyce, skoro wiele osób jest nietrzeźwych i nie może przystąpić do sakramentu?
– To był dla nas bardzo ważny temat, bo bardzo szybko zobaczyliśmy, że oni mają ogromną potrzebę wyrzucenia z siebie tego, co noszą. Chcą mówić o swoich grzechach, o swoim życiu, chcą się oczyścić. Rozmawialiśmy o tym z o tym ze ś.p. ojcem Andrzejem Smołką – egzorcystą, który na początku bardzo nam pomagał. On podkreślił, że rzeczywistość jest taka, że warunkiem dobrej spowiedzi jest trzeźwość. A osoby bezdomne bardzo często są pod wpływem alkoholu, czasem lekko, czasem bardziej, ale jednak. Zgodnie ze wskazaniem egzorcysty – zaczęliśmy stawiać krzyż, taki zwykły, metalowy, jakiego używa się na kolędzie. I mówimy do tych, którzy chcą podzielić się swoją historią i żałują: „nie mów tego nam, tylko powiedz to Jezusowi”. Dajemy im przestrzeń, żeby w ciszy powiedzieli wszystko, co mają w sercu. Bez pośpiechu. Czasem to trwa długo. My w tym czasie jesteśmy obok, modlimy się w duchu, czekamy. I często widzimy, że to są bardzo głębokie momenty. Oni płaczą, zatrzymują się, wracają do różnych rzeczy. Na końcu pytamy: „czy już wszystko?”. I kiedy mówią, że tak, modlimy się razem, oddając to wszystko Jezusowi, zostawiając to pod krzyżem. To oczywiście nie zastępuje sakramentu spowiedzi, ale jest realnym krokiem, takim pierwszym doświadczeniem, że można coś z siebie zdjąć, że można to oddać. I zdarza się, że później, kiedy są w stanie, idą do spowiedzi już sakramentalnej. Ale dla wielu to, co dzieje się przy tym krzyżu, jest pierwszym momentem prawdziwego zmierzenia się ze sobą.

Jak wygląda wiara osób w kryzysie bezdomności? Często mają pretensje do Boga?
Beata: – To jest bardzo różne. Są osoby, które mają ogromny żal. Pytają: „dlaczego moje życie tak wygląda?”, „dlaczego inni mają lepiej?”. I to są bardzo szczere pytania. Ale są też osoby, które mają bardzo prostą, wręcz dziecięcą wiarę. Modlą się o jedzenie, o miejsce do spania. I mówią, że Bóg ich wysłuchuje. To jest niesamowite, bo pokazuje, że wiara nie zawsze idzie w parze z „porządkiem życia”.
Z jakimi największymi mitami na temat bezdomności spotykacie się najczęściej? Co Was najbardziej zaskakuje w tym, jak społeczeństwo patrzy na tych ludzi?
Szymon: – Jednym z najbardziej rozpowszechnionych mitów jest przekonanie, że osoby bezdomne są niebezpieczne. Bardzo często ludzie boją się podejść, bo wyobrażają sobie agresję, zagrożenie, jakieś nieprzewidywalne zachowania. Tymczasem nasze doświadczenie przez lata jest zupełnie inne. Oczywiście zdarzają się pojedyncze osoby w trudnym stanie – pod wpływem dopalaczy czy w głębokim kryzysie psychicznym, ale to naprawdę wyjątki. W zdecydowanej większości są to ludzie złamani życiem, a nie agresywni. Co więcej, bardzo często odnoszą się do nas z dużym szacunkiem, szczególnie kiedy widzą, że przychodzimy z wiarą, z modlitwą, że nie jesteśmy tam „z obowiązku”, tylko z wyboru. Drugi mit to przekonanie, że to są ludzie leniwi, którzy „sami sobie wybrali takie życie”. To jest ogromne uproszczenie. Oczywiście są osoby, które po latach funkcjonowania na ulicy wchodzą w pewien sposób życia, który staje się dla nich „łatwiejszy” niż powrót do odpowiedzialności – pracy, zobowiązań, systemu. Ale to nie jest początek tej historii. W tle bardzo często są traumy: domy dziecka, przemoc, alkoholizm w rodzinie, wykorzystanie, rozpad relacji. Do tego dochodzi uzależnienie, które z czasem całkowicie przejmuje kontrolę nad życiem. I wtedy mówienie, że ktoś „jest leniwy”, jest po prostu krzywdzące i nieprawdziwe. Kolejna rzecz to przekonanie, że oni nie mają nikogo, że są całkowicie sami. To też nie jest prawda. Wielu z nich ma rodziny – dzieci, wnuki, czasem nawet utrzymują z nimi jakiś kontakt, choćby telefoniczny. Czasem ta relacja jest bardzo ograniczona, czasem oparta na niedopowiedzeniach, czasem rodzina nie zna całej prawdy o ich sytuacji, ale to nie jest tak, że oni są całkowicie „bez korzeni”. To też zmienia sposób patrzenia. Bo nagle widzisz nie bezdomnego, tylko czyjegoś ojca, czyjąś matkę, dziadka.
Beata: – I chyba jeszcze jedna rzecz, że to jest sytuacja, która dotyczy „kogoś innego”, że to się nie może wydarzyć w „normalnym życiu”. A prawda jest taka, że alkoholikiem może zostać każdy. Widzieliśmy osoby, które wcześniej miały dobre zawody, pracę, pozycję społeczną. Jedna kobieta, którą poznaliśmy, była główną księgową w banku. Wszystko się posypało przez uzależnienie i kryzys w życiu osobistym. I nagle znalazła się w pustostanie, pijąc z butelki. To pokazuje, że ta granica jest dużo cieńsza, niż nam się wydaje.
Podsumowując naszą rozmowę: jak w praktyce wygląda Wasza ewangelizacja? Jak wygląda taki konkretny dzień, spotkanie?
– Wszystko zaczyna się w środy o 17:30. Spotykamy się w kaplicy na dworcu. To jest taki nasz punkt wyjścia. Najpierw jest modlitwa, podczas której powierzamy to, co będzie, Panu Bogu, bo wiemy, że bez tego to nie ma sensu. Potem wychodzimy. Idziemy w okolice dworca, w miejsca, które już znamy: pustostany, okolice torów, różne zakamarki, gdzie bezdomni przebywają. Często mamy takie „stałe miejsca”, gdzie wiemy, że ktoś będzie. Nie chodzimy w dużej grupie. Zazwyczaj w trójkę. To się sprawdza, bo wtedy jest łatwiej wejść w rozmowę. Podchodzimy, rozmawiamy, pytamy, co u nich, co się dzieje. Oni bardzo często sami chcą opowiadać. I jeśli chcą, modlimy się z nimi na miejscu. Ale bardzo ważną częścią tego wszystkiego jest też zaproszenie. Mówimy im: „chodź, przyjedź z nami na modlitwę”. I faktycznie, niektóre osoby przyjeżdżają.
Szymon: – Tak, to jest taki drugi etap. Mamy spotkania modlitewne: adorację, uwielbienie, modlitwę wstawienniczą u salezjanów przy ulicy Plac Grunwaldzki 3. I mówimy im bardzo prosto: „przyjdź, posiedź sobie dwie godziny, nic nie musisz robić. Po prostu bądź”. Nie wymagamy, żeby byli idealnie trzeźwi. Wiemy, że to często jest poza ich zasięgiem. Ale zapraszamy. I oni przyjeżdżają. Czasem z oporem, czasem się boją, że jak przestaną pić na chwilę, to coś się z nimi stanie, że dostaną padaczki, że nie wytrzymają. Ale przyjeżdżają. Siedzą pod ścianą, patrzą, słuchają. Czasem się modlą, czasem tylko są. Ale to już jest ogromna rzecz. A podczas tej modlitwy często dzieją się rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka. Nie zawsze spektakularne, ale realne. Zachęcamy ich prostymi słowami: „choć, pogapisz się na Jezusa”. I to naprawdę wystarczy.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Ks. Łukasz Plata: nie nawracajmy na siłę, róbmy swoje [ROZMOWA]
Mała Trzódka – wielkie serce. Franciszkanki pomagają starszym [ROZMOWA]
Miałam myśli rezygnacyjne i anoreksję. Właśnie wtedy najmocniej zbliżyłam się do Boga [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny