fot. archiwum Zuzy Knez
Miałam myśli rezygnacyjne i anoreksję. Właśnie wtedy najmocniej zbliżyłam się do Boga [ROZMOWA]
Przez lata zmagała się z lękiem, zaburzeniami odżywiania, poczuciem pustki i skrupulanctwem. Dziś mówi o tym, by wspierać innych. Historia Zuzy Knez pokazuje, że nawet najtrudniejszy kryzys nie musi być końcem i że w cierpieniu można znaleźć Boga.
Karolina Binek (misyjne.pl): Twój stosunek do Boga i Twoja wiara zawsze wyglądały tak samo, czy też na przestrzeni lat coś się zmieniło?
Zuza Knez: – To bardzo się zmieniało. Pochodzę z mocno wierzącej rodziny, więc od dziecka religia była dla mnie ważna. Zawsze miałam w sobie takie pragnienie, żeby być blisko Boga. Czułam, że jest we mnie jakaś tęsknota za Nim, że dusza ciągnie mnie w tę stronę. Ale przez długi czas nie rozumiałam jeszcze, że wiara to relacja, a nie tylko religijność. Czułam, że coś mnie przyciąga, ale nie wiedziałam do końca, o co chodzi. Kiedy byłam nastolatką, przeżywałam już większe kryzysy. Nadal chodziłam do kościoła, ale często robiłam to bardziej z obowiązku niż z wewnętrznego przekonania. Pojawiało się wiele pytań, wątpliwości, niepewności. I właśnie wtedy – paradoksalnie w czasie trudności – zaczęło się coś zmieniać. Trudne doświadczenia dały mi przestrzeń, by wejść głębiej. Żeby szukać Boga naprawdę, a nie tylko „z przyzwyczajenia”. Wtedy zaczęłam doświadczać Jego działania i miłości. Ta relacja zaczęła stawać się żywa. Zrozumiałam, że to nie jest dodatek do życia, ale źródło sensu. Dziś mogę powiedzieć, że Bóg nie jest dla mnie już tylko „najważniejszy z nazwy”, ale jest realnie najważniejszy.
Co sprawiło, że zaczęłaś postrzegać wiarę jako coś, co sama musisz zbudować, a nie tylko jako coś wyniesionego z domu?
– Myślę, że najpierw pojawiło się doświadczenie pustki. Gdy przechodziłam przez trudny czas, czułam bardzo wyraźnie, że czegoś mi brakuje. Że wewnątrz jest jakaś przestrzeń, której nic nie potrafi wypełnić. I właśnie wtedy Bóg zaczął pokazywać mi się inaczej. Bardziej osobiście. Nie jako idea, nie jako zbiór zasad, ale jako Ktoś realny. Bardzo pomogła mi też zmiana środowiska. Spotkałam ludzi, którzy żyli blisko Boga w autentyczny sposób. Zaczęłam trafiać do wspólnot, uczestniczyć w różnych wydarzeniach, poznawać osoby, dla których wiara była życiem. To miało ogromne znaczenie. Przechodziłam wtedy bardzo trudny okres, szczególnie w drugiej klasie liceum. Zmagałam się z depresją, zaburzeniami odżywiania, nerwicą natręctw. To był czas, który psychicznie mnie wykańczał. A jednocześnie właśnie tam spotkałam Boga najmocniej. Pomogła mi też terapia. Trafiłam do terapeutki, która sama była osobą wierzącą. Podczas rozmów nigdy nie narzucała mi niczego, ale pomagała mi odkrywać sens, porządkować rzeczywistość i odnajdywać Boga w tym wszystkim. To był proces pełen upadków i powrotów, ale właśnie wtedy relacja z Bogiem zaczęła stawać się prawdziwa.

W tamtym trudnym czasie miałaś momenty, kiedy myślałaś, że życie nie ma sensu? Kiedy zastanawiałaś się, czy Bóg w ogóle istnieje?
– Tak. Oczywiście, że miałam takie momenty. Kiedy człowiek przechodzi przez ciemność, pojawiają się bardzo trudne myśli. Szczególnie w czasie silnej depresji miałam momenty, gdy wszystko wydawało się nie mieć sensu. Miałam też myśli samobójcze czy związane z samookaleczaniem. Nigdy jednak nie przeszłam do działania. Mimo całego cierpienia bardzo głęboko czułam, że życie jest darem. Że jest czymś świętym. To mnie zatrzymywało. Byłam wtedy jeszcze dość pogubiona, również w wierze, więc pojawiały się pytania i wątpliwości. To było naturalne. Choroba wpływa na sposób myślenia, na postrzeganie świata, na emocje. Ale nagle, w czasie kryzysu, dostałam dar wdzięczności i poczucia sensu. To było coś, czego sama nie potrafiłabym sobie dać. Zaczęłam widzieć, że nawet to cierpienie może mnie przemieniać. Byłam wdzięczna nie za ból sam w sobie, ale za to, że Bóg prowadzi mnie przez proces. Że nie „naprawia mnie jednym ruchem”, tylko zmienia od środka, w najgłębszych miejscach. I dziś wiem, że to był ogromny dar. Ale jednocześnie moja relacja z Bogiem w tamtym czasie również była trudna. Popadłam w skrupulanctwo, z czym później bardzo pomógł mi poradzić sobie mój spowiednik.
Kiedy zauważyłaś, że coś jest nie tak i że trzeba sięgnąć po pomoc?
– To nie był jeden moment, bo wszystko działo się przez lata. Już w szóstej klasie zaczęły się u mnie pojawiać problemy związane z nerwicą natręctw. Towarzyszył mi duży lęk. Później pojawiały się objawy depresyjne. Już pod koniec podstawówki i na początku liceum było widać, że coś się dzieje również w obszarze jedzenia i obrazu siebie. Na początku nie umiałam tego nazwać. Czułam, że jest źle, ale nie wiedziałam, co dokładnie się ze mną dzieje. Pamiętam, że próbowałam wtedy kontaktu z psychologiem, ale nie byłam jeszcze gotowa na dłuższą współpracę. Zamykałam się i mówiłam do siebie: „Może nic wielkiego się nie dzieje”. Dopiero w drugiej klasie liceum trafiłam na terapię, trochę przypadkiem. Przechodziłam wtedy przez trudne wydarzenia, a moja przyjaciółka powiedziała mi, żebym spróbowała terapii. Poszłam i to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Terapia pomogła mi zobaczyć, co się dzieje. Ale ogromnym krokiem było też to, że zaczęłam się otwierać. Przez długi czas nikomu nie mówiłam, co przeżywam. Byłam osobą ambitną, perfekcyjną, „ogarniętą”. Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze. A potem zaczęłam mówić prawdę przyjaciołom i rodzinie.
W którym momencie kryzysu zdałaś sobie sprawę, że to nie jest żadna błahostka, że to coś poważnego?
– Po długim czasie chorowania wpadłam w bardzo silny epizod anorektyczny. To był najgorszy moment w moim życiu, doświadczenie graniczne. Mój organizm był skrajnie wyczerpany. Podobnie jak moja psychika. I właśnie wtedy coś się przełamało. Otrząsnęłam się i poczułam, że chcę zawalczyć o siebie. Rodzice musieli zareagować, bo sytuacja była bardzo poważna. Wróciłam na terapię, trafiłam do psychodietetyka, zaczęłam leczenie psychiatryczne. Bardzo ważne było też dla mnie doświadczenie leków. Dzięki nim zobaczyłam, że to nie jest tylko „moja słabość” czy „brak silnej woli”, ale realny problem, który ma również wymiar biologiczny. Nagle świat zaczął wyglądać jaśniej. Łatwiej było mi się podnosić, działać, wracać do codzienności. To nie znaczy, że wszystko zniknęło od razu. Ale pojawiła się przestrzeń do zdrowienia.
>>> „Drobne postępy są wielkim osiągnięciem”. WTZ w Szamotułach zmieniają życie [REPORTAŻ]

W trakcie choroby miałaś pretensje do Boga? Zastanawiałaś się, dlaczego akurat Ciebie to wszystko spotyka?
– Myślę, że były takie momenty. Raczej nie w sensie oskarżania Boga, że „to Ty mi to zrobiłeś”, ale bardziej w sensie niezrozumienia. Pytałam: „Dlaczego to się dzieje?”, „Czemu tak długo?”, „Po co to wszystko?”. To była bardziej złość wynikająca z bezradności niż bunt przeciw Bogu. Nie rozumiałam sensu tego cierpienia. Dziś patrzę na to inaczej. Nie uważam, że Bóg zesłał mi chorobę. Ale wierzę, że wszedł w nią ze mną i potrafił wyprowadzić z niej dobro.
Jak jest dziś? Jak postrzegasz siebie i swoje ciało? Masz większą pewność siebie?
– Dziś jestem w zupełnie innym miejscu. Zaburzenia odżywiania to proces, z którego wychodzi się długo. Nawet gdy objawy ustępują, zostają pewne rysy, na przykład schematy myślenia, odruchy, wrażliwości. Nie powiedziałabym dziś, że choruję na anoreksję czy bulimię. Nie mam już typowych objawów. Ale wiem, że to doświadczenie zostawia ślad i czasem wracają trudniejsze momenty, szczególnie w stresie czy w intensywnych okresach życia. Po epizodzie anorektycznym moja waga się odbiła i wzrosła. To bywa dla mnie trudne, bo nadal uczę się patrzeć na siebie zdrowo. Ale dziś dużo bardziej skupiam się na trosce, aniżeli na kontroli. Myślę też o przyszłości. Chciałabym kiedyś mieć córki i chcę, by patrząc na mnie, widziały kobietę, która zna swoją wartość jako córki Króla i żeby one tez miały obraz siebie jako pięknej wartościowej córki Króla – Boga..
Wspominałaś o skrupulanctwie. Jak objawiało się ono w Twojej wierze?
– U mnie było ono mocno związane z nerwicą natręctw. Pojawiały się natrętne, bluźniercze myśli o Bogu, świętych, wierze. Były zupełnie niechciane, ale im bardziej próbowałam je odganiać, tym bardziej wracały. Czułam się przez to najgorszym człowiekiem. Myślałam, że jestem strasznie grzeszna i czułam, że to oddalało mnie od Boga. Były momenty, gdy przestawałam chodzić do Komunii, bo wydawało mi się, że nie jestem godna. A często nie były to w ogóle grzechy albo grzechy lekkie. Miałam też ogromny perfekcjonizm moralny. Wszystko musiało być „idealnie”. Sprawdzałam rzeczy po wiele razy. Bałam się popełnić najmniejszy błąd. Spowiedź była wtedy bardzo trudna. Potrafiłam spowiadać się bardzo długo, analizować drobiazgi, wracać do tych samych rzeczy. Dopiero dobry spowiednik bardzo mi pomógł. Dzięki temu zaczęłam rozumieć, czym naprawdę jest grzech, a czym choroba.
Obserwując Twojego Instagrama, wiem, że przybliża Cię dziś do Boga muzyka. Od dawna jest ona Twoją pasją?
– Muzyka była ze mną od dziecka. Zawsze śpiewałam, grałam, tworzyłam. Próbowałam różnych rzeczy, uczyłam się, szukałam swojej drogi. W pewnym momencie zrozumiałam jednak, że chcę, by moja muzyka miała sens. Zaczęłam pisać piosenki, grać na gitarze, tworzyć własne utwory. Od dziecka marzyłam też o własnym kanale na YouTubie. Z czasem odkryłam, że największy sens daje mi muzyka chrześcijańska. Taka, która niesie nadzieję. Która może stać się modlitwą. Na jednym z wyjazdów po raz pierwszy wyszłam z nią bardziej do ludzi. Spotkałam się z pięknym odbiorem. Ludzie śpiewali razem ze mną, uczyli się tekstów, modlili się przez te utwory. To było niezwykłe doświadczenie. Wtedy zrozumiałam, że chcę iść tą drogą bardziej świadomie. Zaczęłam nagrywać, publikować, rozwijać się. Dziś muzyka jest dla mnie narzędziem. Wierzę, że Bóg może przez nią dotykać serc i pomagać innym.

Co powiedziałabyś dziś sobie z czasu depresji, zaburzeń odżywiania i poczucia, że jesteś w martwym punkcie?
– Najpierw chciałabym siebie bardziej zrozumieć. Nie rzucać haseł, ale zapytać siebie: „Dlaczego jesteś w tym miejscu? Czego ci brakuje? Co naprawdę boli?”. Bo często pod objawami kryje się głębsza potrzeba miłości, uwagi, bezpieczeństwa, relacji, potrzeba bycia zauważoną. Powiedziałabym też tamtej Zuzie, żeby się nie poddawała. Żeby wzięła odpowiedzialność za swój proces. Żeby dopuściła innych ludzi do siebie. Powiedziałabym też, że świat nie kręci się wokół wyglądu. Że ludzie bardziej patrzą na to, kim jesteś, niż na to, jak wyglądasz. I że nawet jeśli wiele razy zejdzie się z dobrej drogi, najważniejsze jest na nią wracać. Nie idealność, ale powrót jest kluczem.
Jakie masz dziś plany i nadzieje na przyszłość?
– Najbardziej pragnę rozwijać relację z Bogiem. Coraz bardziej zapraszać Go do codzienności, uczyć się ufać, żyć w świadomości Jego obecności. Marzę też o rodzinie opartej nie tylko na religijności, ale na prawdziwej relacji z Bogiem, na miłości, szacunku i wzajemnym wsparciu. Chcę dalej tworzyć muzykę. Nie wiem jeszcze, dokąd mnie to zaprowadzi, bo może będą to koncerty, może konferencje, może nowe projekty. Wiem tylko, że chcę robić to na Jego chwałę. Czuję też, że moim powołaniem jest bycie z ludźmi. Rozmowa, towarzyszenie, wspieranie. Dlatego myślę o pielęgniarstwie. Szczególnie bliska jest mi praca z osobami starszymi, z niepełnosprawnościami, przebywającymi w hospicjum. Chciałabym być przy człowieku w trudnym momencie. Nieść pokój, nadzieję i obecność.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Ten klasztor w Trzebnicy swoją opieką otacza św. Jadwiga [REPORTAŻ]
Straciłam marzenia o macierzyństwie. Bo jestem sama [KOMENTARZ]
Służyła w armii USA, dziś służy Bogu. Historia albertynki – siostry Jadwigi [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny