fot. arch. o. Krzysztofa Jamrozego OMI
Krzysztof Jamrozy OMI: talent otrzymujemy od Pana Boga po to, by służyć innym [ROZMOWA]
Fotografia i muzyka towarzyszą mu od młodości. Dziś, choć obowiązki nie zawsze pozwalają mu poświęcać im tyle czasu, ile by chciał, nadal znajduje okazje, by sięgnąć po gitarę czy aparat. Ojciec Krzysztof Jamrozy OMI – wikariusz prowincjalny – opowiada o swoich pasjach i o tym, jak przez lata pomagały mu w oblackiej posłudze.
Karolina Binek (misyjne.pl): Co było Ojca największą pasją przed wstąpieniem do seminarium?
Ojciec Krzysztof Jamrozy OMI: – Ważną rolę w moim życiu odgrywały wtedy muzyka i fotografia. Będąc nastolatkiem, dostałem od rodziców gitarę. Był to czas, kiedy uczestniczyłem w spotkaniach oazowych, a śpiew i gra na gitarze stanowiły nieodłączny element tej formacji. Miałem więc okazję podpatrywać innych, uczyć się od nich i samemu rozwijać swoje muzyczne zainteresowania. Drugą ważną pasją już wtedy była fotografia, w którą wprowadzał mnie tata. Pamiętam, że jako kilkuletni chłopiec towarzyszyłem mu w ciemni fotograficznej. Niezwykłe było obserwowanie, jak na naświetlonym papierze fotograficznym powoli wyłania się obraz.
Przed wstąpieniem do zakonu pojawiały się obawy, że życie zakonne może ograniczyć możliwość rozwijania tych pasji? Że nie będzie już tyle czasu na fotografowanie czy grę na gitarze?
– Nigdy nie myślałem o tym w takich kategoriach. Perspektywa konieczności rezygnowania z zainteresowań nie była czymś, co skłaniałoby mnie do wahania, czy wstąpić do zakonu. Czas pokazał zresztą, że również w życiu zakonnym można rozwijać swoje pasje i wykorzystywać je na rzecz wspólnoty oraz współbraci.
Jak wygląda to dzisiaj? Które zainteresowania udaje się Ojcu rozwijać na co dzień?
– Od roku jestem w Poznaniu. Obowiązki wikariusza prowincjalnego są zupełnie inne niż te, które miałem wcześniej, chociażby na Świętym Krzyżu. W związku z tym mam zdecydowanie mniej czasu na granie i fotografowanie. Myślę jednak, że chociażby w okresie Bożego Narodzenia będzie okazja, by sięgnąć po gitarę i wspólnie ze współbraćmi pośpiewać kolędy.

Jeśli chodzi o fotografię, co najchętniej Ojciec uwiecznia? Przyrodę, ludzi, a może codzienne życie?
– Zdecydowana większość moich zdjęć to dokumentowanie codzienności: różnych wydarzeń, uroczystości i spotkań. Pamiętam jednak pewną przygodę z czasów, kiedy byłem klerykiem w Obrze i pełniłem funkcję fotografa seminaryjnego. Podczas spaceru po lesie zauważyłem drzewo, w którym znajdowała się dziupla dzięciołów. Pomyślałem, że następnym razem przyjdę tam z aparatem, żeby zrobić im kilka zdjęć. Tak też zrobiłem, ale szybko przekonałem się, że fotografia przyrodnicza wcale nie jest prosta. Kiedy stanąłem kilka metrów od drzewa, dzięcioły wyczuły obecność „intruza” i nie miały ochoty ani wylatywać z dziupli, ani do niej wracać. Pamiętam, że spędziłem tam chyba prawie dwie godziny, a komary zdążyły mnie porządnie pogryźć. Wtedy przekonałem się, że fotografowanie zwierząt i ptaków w ich naturalnym środowisku wymaga naprawdę dużo cierpliwości.
Obecnie również zdarza się Ojcu fotografować przyrodę czy też aparat służy przede wszystkim do dokumentowania ważnych wydarzeń?
– Ostatnio, kiedy jechałem z ojcem prowincjałem na inaugurację prenowicjatu do Grotnik, zabrałem ze sobą aparat i lampę błyskową. Wiedziałem, że to ważne wydarzenie zarówno dla naszej prowincji, jak i dla chłopaków rozpoczynających prenowicjat, dlatego warto je udokumentować.
Ma Ojciec swoich mistrzów fotografii? Uczestniczył Ojciec w kursach lub szkoleniach, które pomagały rozwijać te umiejętności?
– Nie uczestniczyłem w żadnych kursach ani szkoleniach. Jak wspominałem, w fotografię wprowadzał mnie tata, który prawie 50 lat temu miał całkiem niezły, jak na tamte czasy, sprzęt fotograficzny. Przeczytałem też jedną czy drugą książkę na ten temat, ale nie mam konkretnych fotografów, którzy byliby dla mnie szczególną inspiracją.
Fotografia to jednak nie tylko samo robienie zdjęć, ale również znajomość techniki, odpowiednie ustawienia aparatu i późniejsza selekcja prac. To wymaga czasu i zaangażowania.
– Na pewno trzeba być bardzo krytycznym wobec tego, co się robi. Jeśli podczas dokumentowania jakiejś uroczystości wykonam sto zdjęć, to prawdopodobnie co najmniej osiemdziesiąt procent z nich powinno trafić do kosza. Przeglądanie fotografii, ich analiza i wybór najlepszych ujęć są więc bardzo ważne. Technika cały czas idzie naprzód i nie ma sensu się na to obrażać. Kiedyś mówiłem sobie, że nigdy nie zniżę się do robienia zdjęć smartfonem. Okazało się jednak, że również to narzędzie jest bardzo przydatne. Jak mawiają fotografowie: najlepszy aparat to ten, który w danej chwili mamy przy sobie.
Przejdźmy do drugiej z Ojca pasji, czyli do muzyki. Jak rozwijała się ona już w czasie formacji seminaryjnej? Czy również wtedy miał Ojciec okazję grać?
– Tak. Po pierwszym roku seminarium zostałem zaproszony do zespołu Gitary Niepokalanej. Spędziłem w nim niemal pięć lat, grając również wtedy, gdy byłem już diakonem. Koncertów rzeczywiście było bardzo dużo – wyjeżdżaliśmy nawet na ponad trzydzieści występów rocznie. Naszym opiekunem był wówczas ojciec Marian Puchała OMI, który zabierał nas do Francji i Belgii. Nie pojechałem natomiast z zespołem do Kanady – odbyły się tam wyjazdy zarówno przed moim dołączeniem do grupy, jak i już po moim odejściu. Każdego roku wyjeżdżaliśmy także na dwa tygodnie do Łeby, gdzie graliśmy mniej więcej co drugi dzień. Niezapomnianym przeżyciem była również animacja muzyczna w Kodniu podczas odpustów 15 sierpnia. Graliśmy wtedy dla wielu tysięcy ludzi.

Czasem tęskni Ojciec za tamtym okresem i możliwością częstszego grania?
– Prawdę mówiąc, nie tęsknię. Pojawiają się nowe zadania i odpowiedzialności, ale gitarę wciąż mam u siebie, więc zawsze mogę po nią sięgnąć.
A jakiej muzyki słucha Ojciec na co dzień? Ma Ojciec ulubiony gatunek lub wykonawców?
– Teraz na pewno słucham muzyki znacznie mniej niż kiedyś. Nigdy nie miałem jednego ulubionego gatunku. Sięgałem zarówno po muzykę klasyczną, jazz, pop, jak i rock. Nie miałem też ulubionych kompozytorów, raczej konkretne utwory, do których chętnie wracałem.
Próbował Ojciec również sam komponować utwory?
– Nie, nigdy nie komponowałem. Nie mam do tego głowy. Jedyne, czego trochę żałuję, to fakt, że jako dziecko nie zostałem posłany do szkoły muzycznej. Myślę, że gdybym wtedy rozpoczął naukę, moje umiejętności byłyby dzisiaj znacznie większe. Ale jest, jak jest.

Fotografia i muzyka wymagają pewnych zdolności. Jak Ojciec rozumie pojęcie talentu? Czy jest to coś, co otrzymujemy od Boga, ale jednocześnie mamy obowiązek rozwijać i wykorzystywać?
– Talent to coś, co otrzymujemy od Pana Boga po to, by służyć innym. Myślę, że moje zainteresowania muzyczne, fotograficzne czy filmowe wielokrotnie znajdowały zastosowanie w dotychczasowym życiu oblackim. Mogłem dzięki nim pomagać współbraciom, zarówno wtedy, gdy przez siedem lat byłem w Markowicach, jak i później, podczas posługi na Świętym Krzyżu.
Co te pasje dały Ojcu przez wszystkie lata życia zakonnego?
– Przede wszystkim wiele radości. Są również przestrzenią do współpracy z innymi ludźmi i budowania relacji z nimi. Dobrym przykładem jest wspomniana wcześniej gra w zespole. To były setki godzin prób, wspólne wyjazdy, pakowanie i rozpakowywanie sprzętu, a także codzienne przebywanie ze sobą. Kiedy występowaliśmy w Łebie, było nas pięciu i mieszkaliśmy w jednym dużym pokoju w tamtejszym klasztorze. Takie doświadczenia pozwalały nam lepiej się poznawać, docierać ze sobą i uczyć współpracy. Pasja nie jest więc wyłącznie czymś, co daje radość konkretnej osobie. Może być również przestrzenią spotkania, poznawania innych i budowania wspólnoty.
Czy zdaniem Ojca zakonnik powinien mieć własne pasje i zainteresowania, coś, co pozwala mu rozwijać się również poza codziennymi obowiązkami zakonnymi?
– Myślę, że największą pasją zakonnika powinna być służba Panu Bogu i bliźnim. Ostatecznie to jest, a przynajmniej powinien być, najgłębszy sens naszego życia. Pan Bóg wyposaża nas jednak w różne talenty, dzięki którym możemy służyć ludziom również na innych polach. Ktoś pięknie śpiewa, ktoś dobrze gra, ktoś inny potrafi rysować. Wszystko to możemy wykorzystać i wpleść w to, co stanowi istotę naszej posługi.
Można więc powiedzieć, że pasje również wpisują się w oblacki charyzmat, pozwalają docierać do drugiego człowieka i pomagać mu na różne sposoby?
– Na pewno tak. Dla mnie sporym zaskoczeniem było na przykład to, że w kwietniu ubiegłego roku redakcja „Misyjnych Dróg” poprosiła mnie o poprowadzenie warsztatów fotograficznych. Mogłem w ten sposób pomóc innym oswoić się z fotografią i pokazać im, jak robić dobre zdjęcia. To kolejny przykład na to, że zainteresowania, które rozwijamy, mogą z czasem okazać się przydatne w służbie innym.
Rozmawiała Karolina Binek
fot. arch. o. Krzysztofa Jamrozego OMI
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Austria: coraz więcej muzułmanów przyjmuje chrzest. „W Chrystusie odnajdują wyzwolenie”
Katowice: rozpocznij Adwent z Koncertem Światła [ZAPOWIEDŹ]
Jak często płacimy „Blikiem”? Od początku roku Polacy wykonali 2,4 mld transakcji





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny