Grafika: Agnieszka Robakowska, Anna Gorzelana
Ks. Bartosz Rajewski: w Kościele grzesznicy mają przyszłość [ROZMOWA]
– W Kościele czuję się jak w rodzinie. Jest to dla mnie ważna rodzina, która ma różne wymiary. Jak w rodzinie – są ci najbliżsi sercu, najbliżej fizycznie mnie, ale są też dalsi wujkowie, ciotki. Czasami ta rodzina – Kościół – jest bardzo wspierająca i kochająca, czuła, empatyczna. Innym razem zdarzy się, że jeden czy drugi „wujek” zrobi świadomie lub nie komuś jakąś krzywdę. Czuję się w Kościele jak w zwyczajnej, ludzkiej rodzinie, w której obecny jest też Pan Bóg – opowiada ks. Bartosz Rajewski, do niedawna proboszcz parafii św. Wojciecha w Londynie. Rozmawia z nim Hubert Piechocki.
Hubert Piechocki (misyjne.pl): Hasło wywoławcze naszego kalendarza adwentowego to „Zadomowieni w Kościele”. W takim razie – czy Ksiądz czuje się zadomowiony w Kościele?
Ksiądz Bartosz Rajewski: – Myślę, że czuję się w Kościele jak w domu. A nawet nie tyle jak w domu – a jak w rodzinie. Dom kojarzy się z obiektem z kamienia, cegły, marmuru, betonu, drewna. A w Kościele czuję się bardziej jak w rodzinie, nie jak w budynku. Jest to dla mnie ważna rodzina, która ma różne wymiary. Jak w rodzinie – są ci najbliżsi sercu, najbliżej fizycznie mnie, ale są też dalsi wujkowie, ciotki. Czasami ta rodzina – Kościół – jest bardzo wspierająca i kochająca, czuła, empatyczna. Innym razem zdarzy się, że jeden czy drugi „wujek” zrobi świadomie lub nie komuś jakąś krzywdę. Czuję się w Kościele jak w zwyczajnej, ludzkiej rodzinie, w której obecny jest też Pan Bóg.
Trochę ten „wujek” skojarzył mi się z tym, że w każdej rodzinie jest czarna owca.
– Tak, to jest dobre powiedzenie, ale ja go unikam, ponieważ nie chciałbym nikogo urazić. Zawsze na te symboliczne czarne owce patrzę przez pryzmat tego, że może do końca nie wiedzą, co robią, może nie są do końca świadomi. Ale faktycznie – jak w każdej rodzinie, tak i w Kościele znajdą się też czarne owce.
Przez wiele lat był Ksiądz duszpasterzem w Anglii. I w języku angielskim mamy dwa słowa określające dom: house i home. Może to drugie słowo najlepiej oddaje Księdza bycie w Kościele?
– Jeżeli wracamy do tego, czy czuję się zadomowiony w Kościele – to rzeczywiście to słowo home jest znacznie bardziej aktualne w odniesieniu do Kościoła. Mimo to dom zawsze kojarzy mi się jakoś z miejscem, a nie z jakąś rzeczywistością czy wymiarem życia. Kościół – jako dom – kojarzy się z budynkiem.
Kościół „rzucał” Księdza w różne rejony Polski i świata. Chyba nie miał się Ksiądz gdzie zadomowić na stałe.
– Gdy byłem proboszczem w Londynie, nie mieliśmy stałego miejsca. Może stąd wynika ta moja wrażliwość na rozróżnienie – dom (miejsce) i rodzina. W Londynie zawsze mieliśmy miejsca przelotne, wynajmowane, nigdy nic stałego, swojego.

Ta wspólnota, która zrodziła się w Anglii, stała się dla Księdza quasi rodziną?
– Usunąłbym słowo quasi – ta wspólnota stała się moją rodziną. Zdecydowanie! I to jest dla mnie dzisiaj trudne, ponieważ nie ma mnie fizycznie teraz z tą rodziną. Ale jestem z nimi duchowo. Codziennie się modlę za moją rodzinę tam, w Londynie. Codziennie jestem z kimś w kontakcie – piszę do kogoś, dzwonię, albo ktoś do mnie. Te kontakty są bardzo zażyłe.
A co ta angielska rodzina dała Księdzu?
– Ja bym raczej był skłonny zapytać, co ja dałem tej rodzinie. Taka była moja rola tam – miałem dać im coś z siebie, a nie brać od nich. Nie chcę jednak unikać odpowiedzi na tak postawione pytanie. Myślę, że ta rodzina dała mi dojrzałość. Pomogła mi stać się odpowiedzialnym, bardziej świadomym.
Dla Księdza decyzja, by wyruszyć do Anglii była naturalna? Ksiądz chciał tam wyruszyć, czy też była to życiowa niespodzianka?
– Pan Bóg cały czas zaskakuje mnie tymi niespodziankami. Oczywiście one na szczęście nie są codziennie. To, że wyjechałem wtedy do Londynu, że dzisiaj jestem w Rzymie – to wszystko są niespodzianki. Mam w życiu taką zasadę, którą staram się kierować – że nigdy sam sobie nie kreuję swojej drogi, tylko czekam na to, co Pan Bóg mi wskaże. Zwłaszcza przez mojego biskupa, którym jest prymas Polski, abp Wojciech Polak. A mówiąc konkretnie o tym wyjeździe do Anglii, na takim skrutynium, czyli spotkaniu z biskupem przed święceniami (wówczas był to arcybiskup Józef Kowalczyk), każdy z nas podczas osobistej rozmowy był pytany o naszą przeszłość, przyszłość, ale i o otwarcie na różne plany, wymiary posługi w Kościele. Arcybiskup zapytał mnie, co bym chciał robić jako ksiądz i czego nie chciałbym robić. I wtedy odpowiedziałem, że mogę robić wszystko, ale nie chciałbym pełnić posługi w szpitalu. Ta służba była dla mnie za trudna, zbyt wymagająca. Pamiętam, gdy jako kleryk, a później diakon, odwiedzałem szpital psychiatryczny w Gnieźnie. Zawsze wracałem z niego chory, przytłoczony ciężarem ludzkiego cierpienia. Oczywiście, gdyby była potrzeba pracy w szpitalu, to też byłem gotów ją przyjąć – ale sam z siebie nie chciałem. Mówiłem za to, że nawet gdyby trzeba było jechać na misje do Afryki, do Kazachstanu, do Ukrainy – to chętnie wyjadę i nie miałbym z tym żadnego problemu. To była kluczowa kwestia, bo pół roku później abp Kowalczyk zaprosił mnie i zapytał, czy ta deklaracja jest nadal aktualna, czy jestem gotów na wyjazd na misje. Mówił, że ma prośbę od rektora Polskiej Misji Katolickiej z Londynu, który poszukuje księdza. Zapytał, czy nie chciałbym wyjechać do Londynu. Myślałem bardziej o krajach stricte misyjnych, ale propozycję Londynu przyjąłem jako wolę Bożą i powiedziałem, że z wielką przyjemnością podejmę się takiego zadania. W ten sposób rok po święceniach trafiłem do Anglii. Pracowałem tam przez 13 lat, a teraz jestem w Rzymie. Nie ma w tym żadnej mojej ingerencji – tylko wola Boża.
Chwilę po święceniach trafia Ksiądz do Anglii. Katolicy stanowią tam mniejszość społeczeństwa. Czy zderzenie z duszpasterstwem w Londynie było dla Księdza dużym szokiem?
– Samo zderzenie z duszpasterstwem w Anglii, po roku pracy w Polsce, nie było dużym szokiem. Nie do końca zdążyłem się przyzwyczaić do tego, co w Polsce. Bardziej byłem zszokowany samym faktem wyjazdu, rozłąką, którą wtedy przeżywałem. W mojej pierwszej parafii w Miłosławiu bardzo się zadomowiłem, zapuściłem korzenie. Do dzisiaj mam kontakt z ludźmi stamtąd. Trudno mi było wyjechać z Miłosławia. Musiałem to wszystko w sobie przepracować. Ale samo duszpasterstwo nie było wielkim wyzwaniem, ponieważ trafiłem do duszpasterstwa polskiego, a więc bardzo zbliżonego, a czasem wręcz identycznego, jak to prowadzone w Polsce. Dopiero siedem lat później powierzono mi odpowiedzialność za angielską parafię św. Patryka – i tu zderzenie było większe. Byłem już wtedy jednak przygotowany – przecież od tylu lat żyłem w Londynie. Największym szokiem po moim przyjeździe do Anglii, była ilość spowiedzi w parafii, w której posługiwałem jako wikariusz. To było bardzo poruszające. Przyjeżdżało spowiadać się mnóstwo ludzi. Codziennie kolejki do konfesjonału. I zderzałem się tam z innymi grzechami niż w Polsce. Londyn, wielkie miasto, daje dużo możliwości do grzeszenia, więc ciężar grzechów był często większy niż w Miłosławiu. Ludziom łatwiej tam pobłądzić niż w małej miejscowości. W Polsce rzadko spotykałem „spektakularne” spowiedzi. Natomiast w Londynie ilość tych spowiedzi i ciężar grzechów zaskoczyły mnie do tego stopnia, że poprosiłem proboszcza, bym w niedzielę wieczorem nie musiał już spowiadać – nie dawałem rady fizycznie, emocjonalnie i duchowo. Tak było przez pierwsze dwa miesiące.

Po kilkunastu latach w Londynie rodzina – Kościół – przeniosła Księdza w inną część Europy, do Rzymu. Czym się Ksiądz teraz zajmuje?
– Przywożę konie papieżowi (śmiech). A tak na poważnie, to moim głównym zadaniem jest tutaj ukończenie doktoratu. Ukończyłem studia doktoranckie z prawa kanonicznego na Angelicum – czyli Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza. Teraz piszę doktorat. Jest to więc przede wszystkim praca naukowa, ale nie brakuje okazji do spotkań z ludźmi. Niemal codziennie przyjeżdża ktoś z Londynu, z Anglii, z Polski i chce się spotkać. Byli już moi parafianie z angielskiej parafii w Londynie, kolejni się zapowiedzieli. Te więzi są cały czas podtrzymywane, cały czas jestem w kontakcie z duszpasterstwem.
To musiała być dla Księdza duża, nagła zmiana. Ze świata duszpasterskiego nagle musiał wejść Ksiądz w świat naukowy. Mocne zderzenie.
– Mocne zderzenie, ale też potrzebne. Trafiłem tutaj po kilkunastu latach kieratu duszpasterskiego, kieratu kapłańskiego – miałem w Anglii dużo pracy, dwie parafie w dużym mieście, było co ogarniać. Nie odczuwam teraz braku tego zaangażowania duszpasterskiego, wręcz przeciwnie. Czuję, jak z każdym tygodniem schodzi ze mnie ciśnienie, stres, które kumulowały się w ostatnich latach. Dwa ostatnie lata w Polskiej Misji Katolickiej były dla mnie bardzo trudne, były zderzeniem z tym, co w Kościele najgorsze, diabelskie. Musiałem to dźwigać, poradzić sobie z tym. Będąc teraz w Rzymie, czuję, jak się z tego trochę wyzwalam, jak Pan Bóg mnie wyzwala. Mam dużo czasu na modlitwę. Cieszę się z tego, że mam czas na spokojną modlitwę, że jest jej więcej, jest jakościowo lepsza. Czuję, jak schodzą ze mnie te negatywne emocje. Z każdym dniem czuje się lepiej, i fizycznie, i psychicznie. Teraz mam czas, by dojść do siebie.
Ksiądz zmienił w tym roku dom. I dom zmienił też kard. Robert Prevost. Już miał okazję spotkać się Ksiądz z Leonem XIV, podczas wspomnianego przekazywania konia. Jaki jest tak zwyczajnie nowy papież?
– To zawsze są trudne pytania, bo odpowiedzi opierają się jedynie na spostrzeżeniach. Bardziej powinniśmy oceniać Ojca Świętego po tym, co mówi, jak naucza, co pisze, niż po kilkunastominutowych spotkaniach. Ale faktycznie, miałem okazję i szczęście, by spotkać się z Leonem XIV. I szczególnie uderzyło mnie to, że nie stawia żadnych granic, żadnych barier. Jest w kontakcie bardzo otwarty, bardzo easy going – ciepły, serdeczny. Człowiek się zastanawia, jak się z papieżem przywitać, jak stanąć, jaki jest protokół. Jednak ostatecznie nie ma to żadnego znaczenia. Papież zachowuje się jak zwykły człowiek, jak normalny ksiądz, jak zwykły duszpasterz. Nie oczekuje tego, by jakoś szczególnie się przy nim zachowywać. Po minucie spotkania przestałem się zastanawiać nad tym, co wypada, a co nie. Można być sobą, bez patrzenia na protokół, okoliczności, zasady. Jest się z kimś bliskim i ma się wrażenie, że zna się tego człowieka od zawsze.

Miłosław, Londyn, Rzym. Spodziewa się Ksiądz, gdzie jeszcze Księdza Kościół pośle, czy jest Ksiądz gotowy na niespodzianki?
– Jestem gotowy i otwarty na niespodzianki i nawet o tym nie myślę. To Pan Bóg wie, dokąd będę kiedyś posłany, gdzie będę pracował. Jestem otwarty na Jego wolę, z każdym dniem coraz bardziej. Gdzie będzie potrzeba – tam będę. Plany Boga są dla mnie najlepsze. Pokazuje mi to moje doświadczenie życia. Im większa niespodzianka, tym lepsza – więc czekam. Zresztą, dopiero tutaj zaczynam, więc Pan Bóg ma jeszcze czas. Ale jestem otwarty na to, co wymyśli.
Wspomnijmy jeszcze o zredagowanej przez Księdza książce, która właśnie ma swoją premierę. To opowieść o budowaniu wspólnoty w Anglii.
– „Wspólnota jako work in progres” to tytuł, a podtytuł „Parafia św. Wojciecha w Londynie”. Ta książka oczywiście w pewnym sensie jest opowieścią o budowaniu wspólnoty, o tym, jak tę wspólnotę tam tworzyliśmy. Ale w fundamentalnym wymiarze jest bardzo pozytywną opowieścią o Kościele. Do tego stopnia, że niektórzy wydawcy katoliccy odmawiali jej wydania, bo była dla nich „za pozytywna”. Nie ma w niej żadnego skandalu. To książka o Kościele, którego w mediach nie zobaczymy. O Kościele, który powinno się kochać i który da się kochać. Napisali ją ludzie, którzy w większości kiedyś z Kościoła odeszli, z różnych powodów. I którzy potem do niego wrócili. To jest największa wartość tej książki, ponieważ pokazuje świadectwa, które nie są dewocyjne, bigoteryjne, ale które są żywe, prawdziwe, autentyczne, szczere. Ci ludzie piszą, dlaczego z Kościoła odeszli, dlaczego wrócili – to jest bardzo budujące. Tak naprawdę nasza polska parafia pw. św Wojciecha w Londynie w połowie składa się z ludzi, którzy kiedyś z Kościoła odeszli i powrócili do niego po latach. Są też w tej książce bardzo cenne dla mnie świadectwa osób, które były związane z naszą parafią, a nie są katolikami. Bardzo cenne są słowa choćby imama, Arkadiusza Mielnika, mojego serdecznego kolegi; bezcenne jest świadectwo biskup Pauliny Hławiczki-Trotman, która jest głową Kościoła luterańskiego w Wielkiej Brytanii. Są świadectwa duchownych anglikańskich, luterańskiego, duchownego greckokatolickiego. Wymiar tej książki jest więc szerszy, nie tylko katolicki. To łącznie ponad 60 świadectw ludzi, nie tylko katolików, którzy piszą dobrze o Kościele katolickim, w sposób budujący, dający nadzieję. Jestem niesamowicie zadowolony z tego dzieła stworzonego przez ludzi – warto tę książkę czytać, medytować, promować.
Co by więc Ksiądz powiedział tym, którzy w Kościele nie czują się jak w domu, jak w rodzinie, którzy myślą, że nie ma dla nich w Kościele miejsca?
– Żeby przyjechali do Londynu do parafii św. Wojciecha – tam się miejsce dla nich na pewno znajdzie (śmiech). Są tam parafianie i otwarty nowy administrator parafii, który kontynuuje to, co przez lata w tej parafii robiliśmy. A tak już bardziej poważnie, choć i to zaproszenie było poważne – powiedziałbym im, że Kościół jest bardzo zróżnicowany. Bogactwo Kościoła polega na tym, że jest bardzo różny. W Kościele miejsce dla siebie może znaleźć każdy. Bez względu na to, jaką ma przeszłość, bez względu na to, kim jest, jakie ma poglądy. Kościół jest tak bogaty i piękny w swej różnorodności, że każdy może znaleźć w nim dla siebie miejsce. Wystarczy tylko trochę poszukać. Kościół jest dla ludzi, którzy nie zawsze mogą się odnaleźć, którzy mają trochę pokiereszowane życie, którzy bardziej zderzyli się z życiem, którzy są na marginesie. Papież Franciszek mówił o tym, że Kościół to szpital polowy, już wszyscy o tym wiemy. Kościół i Ewangelia przypominają mi o tym, że w Kościele grzesznicy mają przyszłość, a święci mają przeszłość. O tym trzeba pamiętać.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Ks. Bartosz Rajewski: Kościół nie przestanie istnieć, jeśli będziemy całe nasze życie opierali na Jezusie [ROZMO …
Ks. Sebastian Kosecki: gdziekolwiek jestem, jestem wśród swoich [ROZMOWA]
Proboszcz w wielkim mieście: cieszy mnie, kiedy ludzie przestają być dla siebie anonimowi





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny