Zdjęcie: Luciano Pavarotti, fot. mat. prasowe

Luciano Pavarotti: mój głos to dar od Boga

9 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Film o najsłynniejszym włoskim śpiewaku operowym rozpocznie się… we Włoszech? W Modenie – w miejscu urodzenia artysty? Nie! W Brazylii. I to nie w operze, a w teatrze. I to jeden z wielu momentów, w których film „Pavarotti” zaskakuje.  

Choć jest to film dokumentalny o bardzo znanym człowieku, to wielu z nas w trakcie seansu odkryje wiele nieznanych nam do tej pory faktów. Na początku, zanim poznamy samego Luciano, poznajemy jego rodzinę, muzyczne tradycje i pierwsze kroki na operowej scenie. Jego ojciec był piekarzem i tenorem.

fot. mat. filmowe

Przyszły światowej sławy operowy tenor i mistrz wysokiego C obserwował swojego śpiewającego, m.in. w kościele, ojca. Kilka lat później to właśnie z ojcem i z jego ekipą śpiewaków pojechał na międzynarodowy konkurs do Irlandii. Kraj ten zresztą – w karierze Pavarottiego – jeszcze wróci i to w znaczący sposób. Luciano z dumą opowiada, że jako młody człowiek mógł dołączyć do tego męskiego zespołu śpiewaków, chłonął od nich nie tylko wiedzę, ale i klimat, styl życia. Ojciec wspierał go w karierze i… wypychał z rodzinnego miasta. Wiedział, że żeby odnieść sukces w tym zawodzie, musi iść dalej. Wiedział jednak, że jest to trudne – nawet wtedy, gdy ma się łaskę pięknego głosu. Ważne słowo – łaska 

Musisz się uśmiechać, nawet gdy w sercu jesteś martwy (o roli aktora operowego)  

Dziecko wojny, miłośnik spaghetti  

Luciano od początku wiedział, że jego „niebiański głos” (tak określali go inni artyści) to „dar od Boga”. Dlatego od młodości mówił o potrzebie odpowiedzi na ten dar. „To potrzeba odpowiedzi na to, co dał mi Bóg. Nie chcę dbać o swoją popularność, chcę popularyzować operę” – mówił wtedy Luciano. W filmie obserwujemy, jak ta popularyzacja wyglądała (zarówno efektywnie, jak i efektownie). Widzimy, jak narodziła się jego niezwykle silna relacja z księżną Dianą i jak namówił Bono do wspólnego koncertu. To z tej współpracy narodził się utwór „Miss Sarajevo”. Żeby przyspieszyć proces twórczy nad tą piosenką, Pavarottiemupomogła” gosposia, która pracowała w domu Bono. Była Włoszką, dlatego artysta szybko się z nią zaprzyjaźnił. Gdy dzwonił do domu Bono pytał: „Czy Bóg jest w domu?”, myśląc oczywiście nie o Bono, a o gosposi. Przy pomocy kobiety (Włoszka przy każdym posiłku pytała irlandzkiego muzyka o postępy w pracy) powstał utwór „Miss Sarajevo”.  
Pavarotti przeżywał ten utwór szczególnie, bo, jak wielokrotnie zauważał – narodził się w czasach wojny i mimo że miał szczęśliwe dzieciństwo, to „wojnę nosi w sobie”. To przede wszystkim dlatego każda wojna go oburzała, a niesprawiedliwość przerażała. Szczególnie dotykało go cierpienie dzieci. Dlatego, gdy już osiągnął sukces w sztuce operowej, to postanowił wykorzystać go w celach charytatywnych. Współpraca z artystami zaowocowała corocznymi koncertami „Pavarotti i przyjaciele”. W jego planach (choć, jak mówił, nie robi życiowych planów) opera miała wyjść ze swojego hermetycznego świata i stać się – na swój sposób – popularna i łatwo dostępna. W filmie poznajemy kolejne opery, w których brał udział (jego wielka artystyczna kariera zaczęła się od „Cyganerii”). 

Wielki człowiek z dużym uśmiechem i małą, białą chusteczką 

Bardzo interesujący jest moment filmu, w którym  Luciano dostaje propozycję rozpoczęcia przygody z recitalami. To oferta inspirująca, ale też trudna – musi pojawić się na scenie nago.  Nie chodzi o dosłowną nagość, ale o poczucie nagości.  Zamiast makijażu, przebrania, wielu rekwizytów oraz całego zespołu śpiewaków – aktorów, musi zostać na scenie sam, tylko z pianistą. Sam z białą chusteczką. Przed koncertami powtarzał, że umrze (tak się nimi denerwował), ale jednak każdy z nich udało mu się przeżyć. To przeżywanie też bywało trudne. To zawód, w którym nawet „gdy w środku jesteś martwy, na zewnątrz masz być klownem”. Mimo wszystko jedzie i zdobywa świat. Trafia m.in. do Pekinu – to pierwsza wizyta artysty tej klasy w Chinach.  „Przyjechał duży facet z dużym uśmiechem i z białą chusteczką w dłoni” – wspominają dziś chińscy śpiewacy, którzy wtedy mogli skonfrontować swoje zdolności z oceną mistrza. 

fot. mat. prasowe

Pięknie słucha się i ogląda słynny koncert trzech tenorów w Rzymie, który zapoczątkował trasę wielkich artystów: Placido Domingo, Jose Carrerasa.oraz bohatera dokumentu. To bez wątpienia były piękne momenty w historii światowej muzyki. Dzięki dokumentowi możemy obserwować początki tego wspólnego artystycznego dzieła:
Oprócz tego, że to wielkie dzieło muzyczne, to jest to też dzieło wielkiej przyjaźni artystów, którzy przecież mogliby ze sobą konkurować. Pavarotti wspierał Jose Carrerasa w chorobie, gdy ten walczył z białaczką. Kazał mu wracać do zdrowia, bo „brakowało mu konkurencji”.

Jego głos był najczystszy, po prostu niebański, dochodził do samego serca” 

Drugie życie Pavarottiego  

Był kochany (choć ze zmiennym natężeniem) we Włoszech, w Europie, ale równie mocno w Stanach Zjednoczonych. Film pokazuje jego związki z tamtejszymi producentami koncertów. To tam po raz pierwszy mógł wypełnić swoją misję dotarcia z operą pod strzechy, choć nie wszystkim krytykom przypadło to do gustu. Wszyscy podkreślali, że jego znakiem firmowym były: uśmiech, autentyzm i osobowość. Mimo, że był po prostu duży, to „ciągle go było mało”. A tam, gdzie był, tworzył taką atmosferę, że ludzie czuli się jego dobrymi znajomymi. Miewał jednak i inne oblicze – bywał trudny, charakterny, zawsze bardzo wymagający, jednocześnie niekiedy nieporadny. Nigdy w życiu nie spakował ani jednej walizki (mimo, że wiele podróżował i z wieloma walizkami). Za to gdy widział źle spakowaną, źle ułożoną chusteczkę, to potrafił się bardzo zdenerwować. Był człowiekiem konsekwentnym, a jednocześnie pojawiały się w nim różne sprzeczności. To katolik, ale bywał przesądny. Był wielki, a jednocześnie delikatny. Był człowiekiem sztuki, renomowanym artystą, spotykał się z „wielkimi” tego świata, a jednocześnie miał w sobie coś z prostego człowieka, wieśniaka – co przyznają jego najbliżsi. Siłą filmu są właśnie relacje rodziny Pavarottiego – córek czy żony.

fot. mat. prasowe

Do mniej więcej połowy filmu Pavarotti jest praktycznie nieskazitelny. Później pojawia się rysa. Członkowie rodziny opowiadają o tym z emocjami, niekiedy bardzo trudnymi. Najtrudniejsze dotyczą rzecz jasna czasu, gdy Luciano wiązał się z innymi kobietami. Choć trudne momenty były i przedtem. Córki wspominają, że już wcześniej ich ojciec miał „drugie życie” – jeszcze wtedy miało to znaczenie li tylko artystyczne (wychodził wieczorami na próby i występy), później „drugie życie” będzie oznaczało również rozłąkę w czasie długich tras koncertowych.  

Publiczność nie wie, jak artysta to robi, ale czuje jak to robi

Najsłynniejszy katolik w najbardziej katolickim kraju  

Pierwszą kobietę, z którą zdradził swoją żonę, poznał w czasie „lekcji z mistrzem”. Potem była kolejna, dla której rozstał się z żoną. Ta decyzja najbardziej zaciążyła na jego karierze i wizerunku. Był wszak „najsłynniejszym katolikiem w najbardziej katolickim kraju” – słyszymy w filmie. On sam – według wielu – „zabawił się w gwiazdę popu”. Watykan odmówił mu wtedy ślubu kościelnego. Nieprzychylne opinie spotykały go nie tylko ze względu na życie prywatne. Krytykom nie podobało się też to, że operę próbował sprzedać jak jakiś produkt i że z czasem bardziej zwracał uwagę na działalność charytatywną niż artystyczną. Tę krytykę kwitował krótko – uważał, że spada ona na niego dlatego, że jest odważny. Zabiegał m.in. o stworzenie dzieciom możliwości rozwoju – założył fundację, której zadaniem jest stworzenie dzieciom z krajów potrzebujących szansy na edukację muzyczną. W wielu krajach do życia powołał także centra pomocowe. 

fot. mat. prasowe

Król wysokiego C 

Oprócz relacji z życia, wspomnień, emocji, film przedstawia też świat muzyki, opery. to wątki szczególnie ważne dla tych, którzy świat opery obserwują, ale w nim nie uczestniczą. Widzowie mogą zrozumieć, co to znaczy być tenorem. I to tenorem z „wysokim C”. Tenor wśród mężczyzn to rzadkość, a tenor z wysokim C – zdarza się bardzo rzadko! Świadkowie kariery Pavarottiego dopowiadają, że robił to bez wysiłku, po prostu przychodziło mu to bardzo naturalnie. Muzycy, którzy go znali, którzy z nim współpracowali, przyznają bez ogródek: każdy chciał być ważny i znany, ale tylko Luciano był wyjątkowy. I nie mówią tego z zazdrością (co widać i czuć), ale z autentycznym podziwem i dumą, że mogli go znać osobiście. Placido Domingo objaśnia nam znaczenie GŁOSU i porównuje go do kobiety. Głos w ciele śpiewaka to primadonna, primadonna jego ciała, kobieta którą trzeba dobrze traktować, uważać na jej nastrój.

fot. mat. prasowe

Pytany w wywiadzie, czy zawsze jest pewny tego, że trafi w wysokie C, odpowiedział: „Nie. I dlatego ten zawód jest taki piękny”. Zarówno Pavarotti, jak i jego muzyczni towarzysze, podkreślali jedno: w operze najważniejsze jest SŁOWO. To właśnie słowo buduje rytm, a wypowiadanie go we właściwym rytmie już jest muzyką. Do tego trzeba doświadczenia – kluczowe jest mierzenie oddechu.  

„Opera to oszustwo, które stopniowo staje się prawdą”

Wierzył w życie  

Pavarotti” to nie tylko film o Sztuce przez wielkie S i o wielkim życiu niezwykłego artysty. To też film o życiu. Niekiedy pięknym i na najwyższym C, a niekiedy o życiu poturbowanym, z upadkami, ze słabościami i błędami. Jedno jest pewne – Pavarotti kochał życie – i to kochał je ponad wszystko. Cieszył się nim i je doceniał. Swojej córce, która w pewnym momencie zachorowała na ciężką chorobę, mówił: „Życie to najważniejsze, co masz”. I gdy pod koniec życia sam mocno cierpiał (chorował na raka trzustki), prosił Boga w modlitwie, śpiewając: „Boże wszechmogący, miej litość. Nie skazuj mnie na ogień wieczny”.  

Zobacz także
Wasze komentarze