Ulice Lwowa, fot. unsplash

Lwów: tutaj wciąż żyją Bogiem i Polską [REPORTAŻ]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Przekraczając granicę z Ukrainą naturalnie zastanawiałem się, co zobaczę. Kraj naszych wschodnich sąsiadów chyba od zawsze jawił mi się przede wszystkim jako spustoszony przez lata zbrodniczego reżimu komunistycznego. W mojej wyobraźni, Lwów był jedynie miastem pełnym reliktów przeszłości, z których nie potrafi (a może nie chce?) się oczyścić. Pobyt w tym miejscu pokazał mi, że w choć pewnym sensie faktycznie tak jest, to gdzieś w głębi bardzo się mylę.  
 
Jak do tej pory, określenie „mały Kraków”, którym nazywa się czasem Lwów budziło mój pobłażliwy uśmiech. Bo czy jedno z najpiękniejszych polskich miast można w ogóle porównywać z miejscem, w którym brudne ulice dumnie noszą imiona „bohaterów” odpowiedzialnych m.in. za ludobójstwa? Szybko przekonałem się, że wystarczy rozchylić tę brzydką zasłonę, by przekonać się, że prawda o Lwowie jest inna. 

>>> S. Hieronima: na ulicach Lwowa widzi się wiele smutnych obrazków

Ulice Lwowa, fot. unsplash

Bóg mieszka we Lwowie 

Jedno z pierwszych wrażeń, które dociera do mnie krótko po opuszczeniu hali lwowskiego dworca, to widok wznoszących się nad miastem wież kościołów i cerkwi. Naliczyłem ich w sumie kilkanaście. W mglistej poświacie tworzonej przez uliczne latarnie, ten obraz wygląda niemal bajkowo. Wtedy zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo zaskakuje mnie to, co widzę. Czy rzeczywiście spodziewałem się konstrukcji zwieńczonych czerwoną, radziecką gwiazdą? Nie wiem. W każdym razie, krzyże mieniące się pod lwowskim nocnym niebem robią na mnie mocne wrażenie. Kolejny dzień przynosi mi doświadczenie wizyty w niektórych świątyniach. Katolickie kościoły zachwycają.

fot. Sebastian Zbierański

Piękne freski, misterne rzeźby i przede wszystkim – kult Najświętszego Sakramentu. Ludzie dbają o to, by nie zgasła wieczna lampka, by ołtarz był ozdobiony kwiatami albo przynajmniej nakryty czystym, białym obrusem. W prawosławnych cerkwiach olśniewają mnie przepiękne carskie wrota. Tutaj stale palą się świeczki, a wierni ze czcią całują wystawione relikwie i żegnają się przed świętymi obrazami. Najbardziej urzeka mnie jednak coś innego. To modlitwa odwiedzających świątynie wiernych wszystkich wyznań. Widać wśród nich ludzi w różnym wieku i o różnym statusie społecznym. Wchodzę do kościoła odprowadzany wzrokiem kobiety, która pilnuje, żebym na pewno zdjął z głowy czapkę. Przytrzymuję drzwi – za mną idzie kilkunastoletni chłopak. Przez ramię przewiesił sportową torbę. Może właśnie wraca z siłowni? Wstąpił do kościoła na chwilę modlitwy. Kilka metrów dalej klęczy inny mężczyzna. Ubrany w eleganckie ubrania, na ziemi położył torbę z laptopem. Wśród nas jest też sporo starszych kobiet w lnianych chustkach na głowach. Pochylone, recytują niemal bezgłośnie słowa modlitwy. Kiedy podchodzę bliżej, słyszę, że szepcą coś w języku polskim. 

>>> Lwów: modlitwa przy grobach Orląt i ofiar trwającej wojny

fot. E.Kryzhanivskyi / shutterstock.com

Z kolejnego kościoła na mojej trasie wychodzę mocno przekonany o tym, że długie lata bezbożnej propagandy, które starały się wymazać religię z ludzkich serc, robiły to bezskutecznie. Kryzys ekonomiczny, wojna i wszystko co przygnębia Ukraińców jeszcze bardziej sprawia, że zwracają się do Boga – ich jedynej Nadziei.  

Bicie polskiego serca 

Przebijają się dyskretnie zza odpadających dużymi płatami kolejnych warstw tynku. Na jednej z kamienic głoszą, że kupisz tu „wszelkie przybory do lamp”. Z innej elewacji wołają o „samorachującej maszynie do pisania” – do nabycia tylko na miejscu. Polskie napisy, których wciąż sporo jest na ulicach Lwowa, nie tylko przypominają o czasach świetności, jakie miasto przeżywało w XX-leciu międzywojennym. Mijającym je przechodniom mówią, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu branże przemysłowe i usługowe napędzali żyjący tutaj Polacy. Przed wojną stanowili ponad połowę mieszkańców 350 tysięcznego miasta. Dziś zostało tu nieco ponad 7 tys. naszych rodaków. To w głównej mierze starsi i schorowani ludzie. Pozostali to potomkowie Polaków, którzy nie opuścili Lwowa podczas akcji przesiedleńczych. Niektórych spotykam, przemierzając wąskie uliczki. Muszę uważać, żeby nie potrącić towarów rozkładanych przez nich na kartonach, bezpośrednio na chodniku.

fot. Sebastian Zbierański

Handlują najczęściej tym, co sami wyhodują w maleńkich ogródkach. Dominują dorodne ziemniaki i przybrudzone ziemią jarzyny. Poranny spacer kieruje mnie na pchli targ. Właściwie trafiam tu przypadkiem. To miejsce, w którym można kupić setki różnych przedmiotów. Wiele z nich to pamiątki sprzed wielu lat. Biorę do ręki sfatygowaną legitymację członkowską Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Należała do Polaka. Nazwiska nie da się odczytać, zakrywa je atramentowy kleks. – 200 hrywien – mówi sprzedawca. Patrzę na stos zegarków i przypinek, wśród których sporo narodowych emblematów.  – Państwo z Polski? Mam też inne pamiątki  – dodaje wcale nienaganną polszczyzną. Przy następnym stoisku stoi starsza kobieta.  – Może kupią chałwę? – zagaduje. Ulegam i płacę 30 hrywien za kostkę słodkiego przysmaku. Kiedy odwracam się by odejść, patrzę w jej oczy. Widzę w nich tęsknotę za ojczyzną. 

Widok Lwowa z lotu ptaka, fot. unsplash

To, co boli Lwów 

Ukraina z pewnością nie jest rajem na ziemi. Problemy tego państwa wydają się tylko mnożyć, a ludzie sami przyznają, że trzeba żyć z dnia na dzień. Nie muszą zresztą głośno o tym mówić. Nie trzeba bacznie obserwować rzeczywistości, żeby zauważyć jak bardzo bieda i fatalny stan gospodarki dają się we znaki zwykłym obywatelom. Towary, które w sklepach najczęściej wybierają odwiedzający Lwów Polacy są dla miejscowych praktycznie nieosiągalne. Ich pensje to średnio jedynie (po przeliczeniu) 650 złotych miesięcznie. Trudno za to wyżyć nawet przy dość niskich cenach, które oferuje Ukraina. To tłumaczy też, dlaczego na ulicach Lwowa łatwiej spotkać rozpadającą się Ładę niż nowe Audi. A także dlaczego luksusowe papierosy „Sobranie” nie schodzą prędko z kioskowych półek. Niektóre sklepy mają zniszczone, wybite witryny. Stare rozpadające się mury i pozostałe po wyburzeniach ściany popisane sprayem szpecą ulice. Temu wszystkiemu przygląda się z pomnika Stepan Bandera. Musi wiedzieć, że miasto, które wystawiło mu pomnik, paradoksalnie jest silne miłością do Boga i pamięcią o swojej wielkiej przeszłości. 

fot. Sebastian Zbierański

Zobacz także
Wasze komentarze