fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Mają nawet 20 lat i już trafiają na ulicę. Dom Miry daje im szansę na zmianę [ROZMOWA]

Wygląda jak zwyczajny dom i właśnie o to chodzi. Kobiety, które trafiają do Domu Miry w Gdańsku, mogą tu odpocząć, porozmawiać, skorzystać z pomocy specjalistów i stopniowo odzyskiwać kontrolę nad własnym życiem. Nie muszą od razu wiedzieć, co zrobić dalej. Ważne, że nie są z tym same.

Karolina Binek (misyjne.pl): Dlaczego powstał Dom Miry? Z tego, co się orientuję, to na mapie Gdańska nie było wcześniej takiego miejsca, więc skąd pomysł, by je utworzyć?

Kornelia: – Nasza kierowniczka już od kilku lat pracuje z osobami w kryzysie bezdomności w innym miejscu. Zaczęła zauważać, że jest bardzo mało miejsc stricte dla kobiet w kryzysie bezdomności, które byłyby jednocześnie niskoprogowe, a więc takie, gdzie nie patrzy się na meldunek, pochodzenie czy inne kwestie, tylko po prostu można przyjść i skorzystać z noclegu, prysznica, jedzenia czy innej potrzebnej pomocy. Myślę, że właśnie z tego narodził się pomysł stworzenia tego miejsca. Nasza kierowniczka jest siostrą zakonną, dlatego Dom Miry powstał z ramienia zgromadzenia.

Mateusz: – Siostra Marta jest przełożoną zakonną sióstr Karmelitanek Misjonarek Terezjanek, które mają swoją siedzibę w Sopocie i Dom Miry jest ich dziełem. Impulsem do stworzenia tego miejsca była również między innym statystyka pokazująca, że mężczyźni stanowią większą grupę osób przebywających na ulicy niż kobiety. To z kolei powodowało, że problemy kobiet w kryzysie bezdomności były trochę niewidoczne i traktowane po macoszemu. Nasza szefowa była też streetworkerką, więc wyczuwała różnego rodzaju napięcia i problemy pojawiające się na ulicy. Ta obserwacja spotkała się z pozytywnym odzewem że strony Miasta Gdańska, które finansuje działalność Domu Miry dając tym samym odpowiedź na potrzeby kobiet w kryzysie.

Skąd wzięła się nazwa Dom Miry? Kim była kobieta, której imię nosi?

Mateusz: – Nazwa pochodzi od siostry zakonnej Teresy Mira Garcia. Trwa jej proces beatyfikacyjny, jest Sługą Bożą. Zasłynęła jako osoba która czyniła dobro wszystkim ludziom i właśnie dlatego na jej cześć nazwany został ten dom.

Jakie były założenia Domu Miry na początku i jak zmieniały się na przestrzeni czasu?

Mateusz: – Funkcjonujemy dopiero dwa lata. Od początku założeniem była przede wszystkim pomoc kobietom w kryzysie bezdomności, bazująca na interwencji kryzysowej. Panie mają dostęp do pracownika socjalnego, psychoterapeuty, psychologa, a także lekarza psychiatry. Założeniem było również pomaganie kobietom w wychodzeniu z kryzysu poprzez aktywizację społeczną i zawodową,  oraz kontakt z różnymi instytucjami. To założenie nadal pozostaje aktualne.

Kornelia: – Powiedziałabym nawet, że przez ostatni rok jeszcze bardziej się rozwinęło. Jeszcze mocniej stawiamy na aktywizację kobiet i rzeczywiście pojawiają się przypadki pań, które wychodzą od nas już w momencie, w którym są w stanie się usamodzielnić. Myślę więc, że przez ten rok ten kierunek jeszcze bardziej się umocnił.

Mateusz: – Jesteśmy też odpowiedzią na pewną lukę w systemie pomocy społecznej, gdzie funkcjonuje rejonizacja. Jeśli dana pani nie jest z Gdańska, swoją pomoc może uzyskać w swojej gminie czy miejscowości. Tutaj nie musi być z Gdańska. Dom Miry pełni funkcję ogrzewalni i jako taka przyjmuje wszystkie kobiety które tego potrzebują, takie które są w dlugoletniej bezdomności, w głębokim uzależnieniu, ale także z chorobami  psychicznymi czy kobiety, które straciły pracę i są na ulicy bardzo krótko. Jest więc miejscem dla każdej kobiety znajdującej się w kryzysie bezdomności.

Dlaczego Dom Miry wygląda jak zwykły dom, a nie placówka? Przechodząc obok, trudno się zorientować, że to właśnie tutaj pomaga się innymi.

Mateusz: – Chodziło o to, żeby nie stygmatyzować pań i żeby miejsce nie wyglądało jak typowa ogrzewalnia. Kobieta ma mieć poczucie, że właśnie tutaj zaczyna się realna zmiana, w normalnych warunkach.

Kornelia: – Wiele kobiet, które mają doświadczenia z innych ogrzewalni, czy to w Gdańsku, czy w innych miastach, mówi nam, że tutaj jest bardzo domowo. Czują się zaopiekowane, jakby rzeczywiście były częścią tego domu, a nie tylko osobami korzystającymi z usług. Buduje to również poczucie sprawczości, bo kobiety są odpowiedzialne za różne rzeczy i mają wpływ na to, jak ten dom wygląda. Widzimy też reakcje ludzi z zewnątrz. Dzięki temu, że Dom Miry wtapia się w pozostałe domy, wiele osób nawet nie wie albo dowiaduje się dopiero po długim czasie, że takie miejsce tutaj istnieje. To ma swoje plusy, ponieważ panie, wchodząc tutaj czy wychodząc, nie są od razu stygmatyzowane.

>>> Dom dziecka nie jest miejscem dla niegrzecznych dzieci [ROZMOWA]

W jaki sposób kobiety trafiają do Domu Miry? Mogą tak po prostu tutaj przyjść?

Kornelia: – Czasami są roznoszone ulotki informujące o naszym miejscu. Zdarzyła się na przykład sytuacja, kiedy jedna z praktykantek zauważyła kobietę, która często przychodziła do hotelu, gdzie pracowała na recepcji, i zaproponowała jej przyjście tutaj. Często kobiety same zdobywają nasz numer. Współpracujemy też z różnymi instytucjami, które odsyłają do nas panie. W Gdańsku są placówki wysokoprogowe w których obowiązuje wymóg trzeźwości. U nas tego nie ma, więc jeśli kobieta ma na przykład trochę alkoholu we krwi, może zostać poinformowana, że jest miejsce, w którym może spędzić noc. Dużo daje również współpraca z instytucjami, ale zauważamy, że bardzo dobrze działa też poczta pantoflowa. Kobieta, która u nas spała czy korzystała z pomocy, mówi innym kobietom spotykanym na ulicy, że istnieje takie miejsce i one później również do nas przychodzą.

Mateusz: – To jest właśnie efekt sieciowania i budowania relacji, zarówno z sądami, szpitalami, jak i ratownictwem medycznym. Współpracujemy właściwie ze wszystkimi. Myślę, że ta sieć relacji powoduje, że kobiety trafiają tutaj również dzięki informacjom przekazywanym dalej. Tak jak Kornelia powiedziała, poczta pantoflowa jest chyba najlepszą formą informowania o tym, że takie miejsce istnieje.

fot. arch. Domu Miry

Jak wygląda pomoc od momentu, kiedy kobieta przekroczy próg Domu Miry?

Mateusz: – Jestem pracownikiem socjalnym i również udzielam paniom konsultacji. Na początku kobieta trafia po prostu do świetlicy. Nie jest od razu zasypywana dokumentacją, tylko ma czas, żeby wziąć prysznic, dostać nowe ubranie, wypić kawę czy herbatę i coś zjeść, ponieważ zapewniamy tutaj również jedzenie. Dopiero później zaczyna się cała procedura i rozmowa o zasadach. Wszystko zależy od indywidualnego przypadku. Jedna kobieta będzie pracowała z psychoterapeutą, inna z psychiatrą, a jeszcze inna z psychologiem. Oczywiście każda będzie też miała kontakt z pracownikiem socjalnym, ponieważ często konieczna jest współpraca z instytucjami pomocy społecznej. Staramy się pomagać na każdej płaszczyźnie od samego początku. Mocno stawiamy również na aktywizację zawodową, bo zauważamy zarówno podczas konsultacji, jak i rozmów z paniami, że jest ona podstawą wyjścia z kryzysu bezdomności. Jesteśmy w trakcie tworzenia własnej kawiarni społecznej, czyli formy ekonomii społecznej, która ma aktywizować kobiety w kryzysie bezdomności i dawać im realną szansę wejścia na rynek pracy.

Jak długo kobieta może zostać w Domu Miry? Są określone jakieś granice?

Kornelia: – Do każdego przypadku podchodzimy indywidualnie. Jeśli na przykład kobieta pracuje, ale została wyrzucona z domu – czy mieszkała z partnerem, czy z rodzicami – pomoc może być krótsza, ponieważ ma pracę i stałe dochody. Wtedy często chodzi bardziej o zaopiekowanie się nią psychicznie i pomoc w uporządkowaniu różnych spraw urzędowych. Taka pani może wyjść szybciej. Jeśli natomiast przychodzi kobieta chora psychicznie albo mocno uzależniona, pobyt może być dłuższy, ponieważ dochodzi również aktywizacja, czyli pomoc w znalezieniu pracy. Czasami kobieta znajdzie pracę, popracuje dwa tygodnie i coś się wydarzy, więc trzeba ponownie jej szukać. Dlatego podchodzimy do każdej sytuacji bardzo indywidualnie. Jeśli widzimy, że kobieta jest już gotowa się usamodzielnić i nie musi korzystać z naszych usług, zawsze dajemy jej dużo czasu, przynajmniej miesiąc, żeby spokojnie mogła wszystko poukładać. Nadal pozostajemy też do jej dyspozycji i pomagamy, jeśli pojawi się taka potrzeba.

Kobiety przychodzą tutaj już zmotywowane do zmiany?

Mateusz: – Często jest tak, że kobiety przychodzą zrezygnowane. Są na progu poddania się i rzucenia wszystkiego i dość długo pozostają w takim stanie, bo wyjście z niego jest procesem. Jeśli mam być szczery, spośród pań, które do nas trafiły, tylko dwie były zmotywowane i powiedziały: „Jestem w kryzysie bezdomności i muszę coś zrobić”. W większości przypadków najpierw trzeba przejść proces uświadomienia sobie, że jest się w kryzysie bezdomności. Kobieta może nazywać przyczynę swojej sytuacji przemocą, chorobą psychiczną czy utratą pracy, ale skutkiem może być właśnie kryzys bezdomności. Wydaje mi się, że wiele pań dopiero z czasem, kiedy uświadomi sobie, że rzeczywiście znajduje się w takim kryzysie, nabiera motywacji do działania.

Jak wygląda aktywizacja zawodowa kobiet? W jaki sposób ona przebiega, krok po kroku?

Mateusz: – Panie są przygotowywane od najbardziej podstawowych rzeczy: dbania o higienę, odpowiedniego ubrania się na rozmowę o pracę, przygotowania CV z naszymi wolontariuszami i praktykantami. Pomagamy im szukać ogłoszeń i weryfikować ich rzetelność, a także podejmować rozmowy telefoniczne z potencjalnymi pracodawcami. Do tej pory nie przygotowywaliśmy pań do konkretnej pracy poza tymi podstawowymi działaniami, dlatego właśnie chcemy rozwijać kawiarnię społeczną i przygotowywać kobiety również do pracy w niej.

Kornelia: – Chcemy dać paniom realną szansę, szczególnie jeśli chodzi o gastronomię. Często przeszkodą jest książeczka do celów sanitarno-epidemiologicznych, której wyrobienie jest kosztowne. Kobiety często mają bardzo dobre umiejętności kulinarne – w ramach warsztatów zawodowych niejednokrotnie gotują przecież u nas obiady, ale nie mają doświadczenia w gastronomii jako pracy zawodowej. Chcemy więc pomóc im otworzyć również tę ścieżkę.

Mateusz: – Sam fakt, że kobieta nie ma biletu komunikacji miejskiej, żeby dojechać do pracy, również może być dużym problemem. Panie dostają też sporo mandatów. Staramy się pracować nad rozwiązaniem tego problemu i w miarę możliwości finansowych, zapewniać bilety. Nie jesteśmy jednak przez cały rok w stanie zapewnić ich ciągłości.

fot. arch. Domu Miry

Jak wygląda zwykły dzień w Domu Miry? Można w ogóle mówić o takim typowym dniu czy też wszystkie różnią się od siebie?

Mateusz: – Każdy dzień jest inny, ale jeśli spojrzeć na to schematycznie, świetlica jest otwarta od godziny 13 do 18. W tym czasie panie przebywają na dole. To czas konsultacji ze specjalistami, korzystania z pomocy wolontariuszy i praktykantów, bycia z innymi osobami, a także załatwiania spraw urzędowych czy po prostu rozmowy z nami.

Kornelia: – Organizujemy również na świetlicy zajęcia rozwojowe i psychoedukacyjne.

Kornelia: – O godzinie 18 świetlica przechodzi w tryb ogrzewalni, opiekun dzienny jest zmieniany przez ratownika czyli opiekuna nocnego. Obecnie w tygodniu na świetlicy są siostry Palmira i Sylwia. Opiekunowie nocni to pracownicy wykwlifikowani w pierwszej pomocy, żeby w razie potrzeby mogli zareagować. Przygotowywana jest karta przyjęcia, wykonywane jest między innymi badanie alkomatem. Panie mogą nadal przebywać na dole, ale jeśli chcą iść spać, mogą udać się na górę, gdzie znajdują się łóżka. Opiekun nocny jest do godziny 8 rano, choć panie wychodzą z domu już o 7:15. Między 7:15 a 13 mamy więc przerwę. O godzinie 22 obowiązuje cisza nocna i panie powinny udać się już na górę. Kobiety są jednak przyjmowane również późną porą. Jeśli dostaniemy telefon, że jakaś pani potrzebuje pomocy, została znaleziona albo sama dzwoni, że nie ma się gdzie podziać, może pojawić się u nas nawet o pierwszej czy drugiej w nocy. Obecnie świetlica jest otwarta od 13, ale w sezonie zimowym, od listopada do lutego Dom Miry będzie działał 24 godziny na dobę, aby wypełnić rozporządzenie dotyczące ogrzewalni w okresie zimowym. Wówczas będzie tylko dwugodzinna przerwa techniczna, podczas której będą tylko przyjęcia interwencyjne.

Mateusz: – Ta przerwa, o której wspomniała Kornelia, jest ważna również ze względu na kwestie higieny. W tym czasie włączone są ozonatory, a opiekunowie sprzątają, ponieważ panie nie mają obowiązku sprzątania. Chodzi o to, żeby mogły w stu procentach skupić się na swojej sytuacji i na wychodzeniu z kryzysu, a nie na takich rzeczach jak sprzątanie.

Kornelia: – Jeśli kobiety same wychodzą z inicjatywą, czasami pomagają, ale nie jest to ich obowiązkiem.

Mateusz: – Często jednak same wychodzą z taką inicjatywą, ponieważ czują się częścią tego domu.

>>> Karmelitanki bose: nie przyszłyśmy tu uciec od świata. Przyszłyśmy szukać Boga [ROZMOWA]

fot. arch. Domu Miry

Kobiety trafiające do Domu Miry często nie mają podstawowych doświadczeń potrzebnych do funkcjonowania na rynku pracy?

Mateusz: – To są rzeczy, których panie albo nie nauczyły się w dzieciństwie, albo nie nauczyły się ich później. Uważam, że ulica demoralizuje i że rzeczy, które kiedyś były oczywiste, przez życie na ulicy stają się nieoczywiste. Jeśli ktoś przez pięć lat nie dbał o higienę i dobrze mu się z tym żyło, może nie widzieć potrzeby, żeby przez kolejne pięć lat o nią dbać. Świat jednak idzie do przodu, zmieniają się pewne rzeczy. Mamy panie, które, jak zawsze mówię, są „dziećmi PRL-u”. Kiedyś zupełnie inaczej wyglądała rozmowa o pracę, rynek pracy i rekrutacja. Młode osoby mają jednak pojęcie o tym, jak poruszać się w internecie, natomiast starsze kobiety niekoniecznie nadążyły za zmianami na rynku pracy i jego wymaganiami. To jest właśnie uzupełnianie tych braków. Wydaje mi się, a właściwie jestem przekonany, że część tych braków wynika po prostu z ich wcześniejszych doświadczeń i życia na ulicy.

Kornelia: – Niektóre panie nie miały nawet skrzynki mailowej, a przecież współczesna rekrutacja często polega na wysyłaniu CV mailowo czy zakładaniu kont na portalach z ofertami pracy. Panie czasami nie potrafiły tego zrobić. Nie zawsze mają też sprzęt – telefon czy komputer. Dlatego udostępniamy im komputer albo telefon, żeby mogły na przykład zadzwonić do danej placówki. Rzeczywiście, tak jak mówi Mateusz, te braki często bardzo wyraźnie widać.

Mateusz: – Ubranie się czy napisanie CV to właściwie wisienka na torcie. Bardzo ważną rzeczą jest nauczenie kobiety funkcjonowania w społeczeństwie, tego, że będzie miała kolegów i koleżanki w pracy, że będzie musiała z nimi funkcjonować, że jej przełożony będzie przełożonym, a nie kolegą z ulicy. Dość często te granice są zatarte, ponieważ te panie po prostu nie żyły wcześniej w takim świecie. Ulica i pustostany nie są normalną rzeczywistością.

Do Domu Miry trafiają również bardzo młode kobiety czy raczej mieszkanki są starsze?

Mateusz: – To jest coś, co zaczęliśmy ostatnio zauważać. Nie mówimy już tylko o osobach mających 60, 40 czy 30 lat, ale również o kobietach mających 20 czy 21 lat. Przyczyną jest często przemoc albo narkotyki. Zauważamy, że jeśli nasze panie po pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce piją alkohol, to wśród kobiet mających 20 czy 30 lat częściej pojawiają się narkotyki i inne substancje odurzające. Trafia do nas również wiele młodych kobiet zaburzonych albo po prostu chorych psychicznie. Każda kobieta będąca na ulicy jest jednak w niebezpieczeństwie i nie chcę tutaj dzielić ich na mniej czy bardziej zagrożone. Niemniej jednak kobieta mająca 20 lat, w sytuacji, w której statystycznie na ulicy jest więcej mężczyzn, może być narażona na przemoc seksualną. To jest ogromne ryzyko. Dwadzieścia lat to po prostu bardzo wcześnie na bezdomność.

Jakie są najczęstsze przyczyny tego, że młode kobiety trafiają na ulicę?

Kornelia: – Mogę powołać się na historie, które wydarzyły się u nas. Jedna z pań uciekła z przemocowego domu praktycznie na drugi koniec Polski. Przez długi czas nie chciała nawet, żeby jej bliscy z rodzinnego miasta wiedzieli, gdzie jest. Nie zdążyła nawet napisać matury, skończyła szkołę i na zakończenie znalazła się u nas. Nie miała problemu z używkami, ale widzieliśmy u niej bardzo mocną traumę po tym, co wydarzyło się w domu. Była też u nas pani mająca około 21-22 lat, która bardzo nadużywała substancji psychoaktywnych. Mam wrażenie, że często jest albo jedno, albo drugie: popadanie w uzależnienia, wejście w destrukcyjne środowiska, czasem nawet takie, które tworzą się w domu, a czasami również sytuacje związane ze środowiskiem rówieśniczym. To wszystko może doprowadzić do tego, że kobieta nie ma się gdzie podziać i ostatecznie trafia do nas.

A jakie historie mają kobiety z innych krajów, między innymi z Ukrainy? To kobiety, które uciekały przed wojną i nie udało im się znaleźć tutaj pracy oraz schronienia?

Kornelia: – Mam wrażenie, że jest mniej więcej pół na pół. Jest dużo kobiet, które rzeczywiście uciekały przed wojną, ale są też takie, które żyły w Polsce wiele lat, jednak nie potrafiły się tutaj odnaleźć albo odnalazły się nie tam, gdzie powinny – w miejscach, w których zostały skrzywdzone i wciąż próbują odbudować siebie na nowo właśnie tutaj, w Polsce. Czasami rzeczywistość dla ludzi z Ukrainy czy innych krajów jest trudna. Mam wrażenie, że w przypadku Ukrainek szczególnie mocno wybrzmiewa problem tego, że nie zawsze spotykają się one w polskim środowisku z sympatią. Przez tę stygmatyzację wiele pań nie wie, jak się tutaj odnaleźć i co ze sobą zrobić. Przeszkodą może być nawet znalezienie pracy.

Mateusz: – Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, co sam zrobiłbym, gdybym znalazł się w takiej sytuacji i musiał pojechać do innego kraju. Pojawia się bariera językowa, potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa i dobrobytu swojej rodzinie, znalezienia mieszkania i pracy. O tych rzeczach mówi się osobno, ale kiedy zaczynają się kumulować, mogą stać się czymś, co przerasta człowieka. Osobie, która ma pracę, mieszkanie i dobrze odnajduje się w swoim środowisku, łatwo powiedzieć: „Jak można nie znaleźć pracy?”. Tymczasem język może być naprawdę dużym problemem. Widzimy jednak również, że wiele kobiet z Ukrainy dostosowuje się do życia tutaj, mówi po polsku i korzysta z kursów językowych. Nawet jeśli ktoś nie korzystał z kursu, może nauczyć się języka tutaj, rozmawiając z nami. Były u nas również panie z Kolumbii czy Wenezueli. Nasze siostry należą do zgromadzenia hiszpańskiego, więc dobrze posługują się językiem hiszpańskim i dzięki temu można było się z tymi kobietami porozumieć. Siostry pochodzą też z różnych części świata i mówią różnymi językami, więc staramy się znaleźć sposób komunikacji.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Kornelia: – Wychodząc naprzeciw tym potrzebom, przyjęliśmy na praktyki studentkę psychologii z Ukrainy. Jest bardzo pomocna w pracy z Ukrainkami. Możemy liczyć na jej współpracę, na przykład kiedy pani z Ukrainy potrzebuje uzupełnić oświadczenie czy inne pismo. Nasza praktykantka biegle posługuje się zarówno językiem polskim, jak i ukraińskim.

Mateusz: – Realnie widzimy skutki takich działań. Panie czują się bezpieczniej. Zawsze mówię, że gdybym usłyszał swój język w obcym państwie, czułbym się bezpieczny.

Jakie historie związane z Domem Miry najbardziej zapadły wam w pamięć?

Kornelia: – Dla mnie zawsze wzruszające są momenty, kiedy słyszę i obserwuję, że jakaś pani, która przez wiele lat była pozbawiona poczucia bezpieczeństwa, potrafi je u nas odnaleźć. Otwiera się i próbuje szukać pomocy, nawet jeśli czasami nie ma na to siły czy przestrzeni. Jeśli gdzieś się potknie, próbuje się podnieść i nadal współpracuje z nami. Pamiętam historię jednej pani, która była u nas przez jakiś czas, a któregoś dnia zniknęła. Nie widzieliśmy jej przez pewien czas, a potem spotkałam ją na mojej uczelni, gdzie pracowała przy sprzątaniu budynku. Podeszła do mnie bardzo szczęśliwa i uśmiechnięta. Powiedziała, że dostała umowę o pracę, wynajęła mieszkanie i zabrała do niego swojego dorosłego syna. Jakiś czas później, może miesiąc czy dwa, znowu ją spotkałam. Rzeczywiście jej się udało. To była dla mnie bardzo wzruszająca historia, także ze względu na wdzięczność, którą wtedy okazywała. To, że mogła u nas odnaleźć w sobie zasoby, żeby wyjść z tej sytuacji, było naprawdę nieocenione.

Mateusz: – Mam historię z takim szczęśliwym zakończeniem, ale również ze szczęśliwą współpracą między organizacjami pozarządowymi i instytucjami. Trafiła do nas pani, która była już aktywizowana zawodowo, ale jedną z przyczyn jej kryzysu była niepełnosprawność intelektualna. W krótkim czasie, będąc u nas, wynajęła pokój i uporządkowała swoje sprawy, również dzięki pomocy innych instytucji i organizacji. To właśnie pokazuje, jak ważne jest sieciowanie i współpraca, dzięki którym ta pani mogła wyjść z kryzysu bezdomności.

Zdarza się, że kobiety mimo podjętych działań wracają na ulicę?

Siostra Marta: – Takich sytuacji jest bardzo dużo. Mówimy teraz o przypadkach, które dla nas są w pewnym sensie happy endami, ale nie nastawiamy się na to, że wszystkie kobiety, które tutaj trafią, nagle wyjdą z bezdomności. Jak już wcześniej powiedzieli Kornelia i Mateusz jesteśmy ogrzewalnią i działamy w nurcie redukcji szkód, czyli ograniczania szkód związanych z życiem na ulicy czy nadużywaniem alkoholu i środków psychoaktywnych. Jesteśmy wiec najniższym szczebelkiem pomocy, gdzie uzależnienie często jest bardzo silne, a kobiety są uwikłane w różne relacje – między sobą, z innymi ludźmi, z mężczyznami czy swoim środowiskiem. Czasami jest to koło zmiany: kobieta próbuje, udaje się, wydaje się, że wszystko jest już dobrze, a nagle pojawia się nawrót. Odchodzi od nas, trafia na ulicę, przez kilka miesięcy jej nie widzimy, a potem znowu wraca. Dla nas ważne jest jednak to, że ma otwartą drogę powrotu. Kiedy wraca, nie słyszy: „Znowu przyszłaś?”, tylko jest przyjmowana w takim momencie, w jakim się znajduje. Jej droga może rozpocząć się po raz kolejny albo być kontynuowana. Chcemy ograniczać poczucie wstydu i zażenowania, żeby kobieta nie bała się wrócić tylko dlatego, że coś jej się nie udało.

Co zrobić w sytuacji, kiedy pracownicy chcą bardziej niż sama kobieta, żeby wyszła na prostą?

Kornelia: – Z czasem pracy w takim miejscu i pracy z tyloma kobietami przychodzi moment, w którym staramy się oddać odpowiedzialność właśnie im. Naprowadzamy, tłumaczymy i rozmawiamy, ale podchodzimy do nich jako do dorosłych kobiet. Jeśli dana kobieta mówi, że nie chce czegoś załatwić albo nie chce skorzystać z pomocy konkretnego specjalisty, staramy się nie być natarczywi. Po jakimś czasie możemy ponownie otworzyć tę rozmowę, ale dajemy jej przestrzeń, żeby czuła, że to ona podejmuje decyzje dotyczące swojego życia i że jest w tym sprawcza. Myślę, że jesteśmy trochę kierunkowskazem, staramy się nim być, a nie wymuszoną drogą.

Mateusz: – Ja dość często mam poczucie, że chcę bardziej niż dana pani. Mój cudowny superwizor, moja babcia, zawsze powtarzała, że każdy ma swoje tempo i każdy idzie swoim tempem. To mnie zawsze trochę hamuje, bo to, że ja zrobiłbym kolejny krok, nie znaczy, że ktoś musi zrobić to samo co ja.

Kornelia: – Poznajemy kobiety, które przychodzą do nas na dwa tygodnie czy miesiąc, a potem często już nigdy ich nie widzimy i okazuje się, że same sobie radzą. Czasami jednak są kobiety, które potrzebują więcej czasu. Myślę, że najlepszym sposobem jest właśnie akceptacja i towarzyszenie im w tym procesie.

Siostra Marta: – Staramy się motywować. My ukierunkowujemy, natomiast odpowiedzialność i sprawczość pozostają po stronie danej osoby. Pracujemy w nurcie redukcji szkód. Chcemy towarzyszyć i wspierać. Najważniejsze jest to, żeby kobiety miały poczucie, że kiedy dojdą do momentu, w którym chcą coś ze swoim życiem zrobić, znajdą tutaj kogoś, kto im pomoże. Mogą przyjść po wsparcie i wiedzą, że jest ono dostępne. Ten pierwszy krok muszą jednak wykonać same.

Kornelia: – Wydaje mi się, że kiedy kobiety same podejmują ten krok, ich motywacja jest większa, niż gdyby robiły coś na siłę.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Jakie znaczenie Dom Miry ma dla zgromadzenia?

Siostra Marta: – Dom Miry całkowicie wpisuje się w nasz charyzmat. Do momentu jego powstania jako zgromadzenie nie miałyśmy własnego dzieła, więc jest to pierwsze i jedyne nasze dzieło tego rodzaju. Dom Miry jest miejscem, w którym możemy dać wyraz naszemu charyzmatowi i naszej duchowości. Opiera się ona na przywracaniu człowiekowi możliwości odnalezienia się i rozpoznania własnej godności, tej ludzkiej godności, stworzonym na obraz i podobieństwo Boga. W tym sensie Dom Miry jest dla nas żywym obrazem naszego charyzmatu.

Kobiety pytają tutaj o Boga albo o zgromadzenie?

Siostra Marta: – Tak, szczególnie jeśli chodzi o nazwę domu. Ponieważ pochodzi ona od nazwiska jednej z naszych sióstr, panie pytają czasami: „Dlaczego Mira? Kto to jest ta Mira?”. Przychodzą do nas kobiety wierzące, kobiety innych wyznań, ale również niewierzące. Niektóre zadają pytania dotyczące wiary. Zdarza się też, że trzeba je powstrzymywać przed takimi pytaniami, ponieważ przy niektórych zaburzeniach, na przykład przy schizofrenii, obraz religijności może być bardzo nasilony. Wszystko zależy więc od tego, kto przychodzi i jaką ma historię.

Czego można nauczyć się od tego miejsca i od kobiet, które tutaj trafiają?

Mateusz: – Jestem młodym człowiekiem. Kiedy rok temu zaczynałem pracę, miałem 23 lata.  To miejsce pomaga mi w takim trochę dojrzewaniu do życia i patrzeniu na nie w sposób bardziej realny, poprzez historie, z którymi pracuję. Przede wszystkim uwrażliwia mnie na potrzeby osób zmarginalizowanych i stygmatyzowanych. Uczy empatii, ale również zdjęcia kolorowych okularów i patrzenia przez okulary rzeczywistości, takiej realnej rzeczywistości.

Siostra Marta: W moim przypadku to miejsce daje mi narzędzie do pomagania osobom, które wcześniej, bez tego domu, nie otrzymywały takiej pomocy. Nie było miejsca niskoprogowego, dostępnego dla kobiet bez skierowania i bez skomplikowanej procedury administracyjnej. Dom Miry daje mi więc poczucie, że mam narzędzie, dzięki któremu mogę realnie pomagać i daje mi poczucie sprawczości. Dzięki mojej wcześniejszej pracy jako streetworkerka widziałam na ulicy różne kobiety, ale nie zawsze można było im pomóc. Teraz nie mogę już powiedzieć, że nie mają żadnej alternatywy. Mamy rzeczywiste narzędzie, którego możemy używać. Daje mi to również ogromne spełnienie jako osoba i jako siostra zakonna. Mogę pracować z kobietami, które znajdują się w naprawdę bardzo trudnych kryzysach. Mam poczucie, że kobiety w kryzysie bezdomności są jednym z najsłabszych ogniw naszej społeczności. Nawet wśród osób w kryzysie bezdomności kobiety są niejednokrotnie pomijane. Nie tylko dlatego, że jest ich mniej, ale również dlatego, że bardzo trudno jest pracować z kobietami w kryzysie bezdomności ze względu na złożoność ich sytuacji i doświadczenia różnych form przemocy. To miejsce daje mi przestrzeń, w której możemy z nimi pracować, a przez to również poczucie spełnienia, że mogę realnie pomagać.

Kornelia: – Dla mnie praca tutaj przede wszystkim bardzo poszerzyła tematykę bezdomności. Jestem w tym miejscu już rok i kiedy rozmawiam ze znajomymi czy osobami, które nie mają żadnej styczności z takim środowiskiem, dopiero zaczynam sobie zdawać sprawę, jak bardzo ta grupa społeczna jest niezrozumiana i stygmatyzowana. Piękne jest dla mnie to, że dzięki mnie kobiety mogą zostać wysłuchane i przede wszystkim nieocenione. Widzę, ile czasami potrzeba czasu, żeby dana kobieta się otworzyła i opowiedziała cokolwiek o sobie. Często wiem, że może to wynikać z tego, że wcześniej były mocno oceniane. Zależy mi na tym, żeby pokazywać im, że może być inaczej, że nie są skazane na to, co dzieje się teraz, że czeka je jeszcze życie, w którym mogą być spełnione i szczęśliwe. Kiedy widzę, że z rozmowy na rozmowę rośnie ich wiara w siebie i własne możliwości, wracam do domu z uśmiechem na twarzy. Tak jak powiedziała Marta, dla mnie jest to ogromne spełnienie. Sama nie spodziewałam się, że tak dobrze odnajdę się w tym wszystkim i że aż tak pokocham to, co robię.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

zł
Zobacz także
Wasze komentarze