fot. arch. Sanktuarium Matki Bożej Przy Żłóbku w Kobylinie

Zagroda dla owiec, łódź i studnia przy klasztorze. Wyjątkowa katecheza dla dzieci [ROZMOWA]

Czy o wierze można opowiadać dzieciom poprzez łódź, studnię, owieczki, pizzę albo poszukiwanie skarbu? Okazuje się, że tak. W klasztorze franciszkanów w Kobylinie kolejne inicjatywy dla najmłodszych mają jeden cel: przez doświadczenie i relacje prowadzić ich do spotkania z Jezusem. O tym w rozmowie z Karoliną Binek opowiada proboszcz – o. Masseo Senczek OFM.

Karolina Binek (misyjne.pl): Skąd wziął się pomysł, żeby organizować lekcje religii w klasztorze? Ta inicjatywa rozpoczęła się od razu po wprowadzeniu jednej lekcji religii w tygodniu w szkole?

O. Masseo Senczek OFM: – Pomysł pojawił się właśnie wtedy, gdy dowiedzieliśmy się, że w szkole będzie tylko jedna godzina katechezy. Chcieliśmy zaproponować coś więcej rodzicom, którym zależy na tym, żeby ich dzieci nadal mogły czerpać z Ewangelii i wartości chrześcijańskich. Pierwsza edycja nosiła nazwę „Spotkanie przy studni” i była związana z Ewangelią o Samarytance, która była spragniona wody żywej. My również chcieliśmy odpowiedzieć na pewnego rodzaju pragnienie – pragnienie czegoś więcej. Dlatego zaproponowaliśmy katechezę parafialną, przyklasztorną, która mogłaby być dodatkową przestrzenią formacji dzieci. W pierwszej edycji rzeczywiście przygotowaliśmy małą studnię. Dzieci podchodziły do niej i wyciągały różne materiały, a na ich podstawie prowadziliśmy później katechezę i opracowywaliśmy treści na dany dzień. Tematyka dotyczyła przede wszystkim Kościoła i wspólnoty Kościoła. Był to również czas wyboru papieża Leona, dlatego pojawiły się informacje dotyczące konklawe i tego, jak ono wygląda. Chodziło więc o to, żeby dzieci w ciekawy i przystępny sposób poznawały nie tylko poszczególne treści religijne, ale również Kościół, do którego należą.

Już podczas pierwszej edycji w katechezie uczestniczyło dużo dzieci?

– Na początku była to przede wszystkim grupa osób, które były aktywne i były blisko parafii. Nie była ona jeszcze tak liczna jak obecnie, ale te początki były dla nas na tyle zadowalające, że w żaden sposób nas nie zniechęciły. Wręcz przeciwnie – stały się motywacją, żeby przygotowywać kolejne edycje i dalej rozwijać tę formę duszpasterstwa. Z czasem zainteresowanie zaczęło rosnąć i obecnie uczestników jest zdecydowanie więcej. Czasami przychodzi do nas nawet sześćdziesięcioro dzieci.   

Jak wyglądały kolejne edycje i jakie miały motywy przewodnie?

– Druga edycja była związana z naszym ogrodem klasztornym, w którym mamy niewielki staw z rybami. Wybudowaliśmy tam atrapę łodzi i przez cały rok przyglądaliśmy się historii apostołów. Ta edycja nosiła nazwę „Katecheza – zarzuć sieci”. Zimą, przez około dwa miesiące, zajęcia odbywały się w klasztorze, a łódź wykorzystywaliśmy jako punkt wyjścia do poznawania kolejnych historii. Każdy z apostołów miał swój wątek, wokół którego budowaliśmy konkretną katechezę. Mówiliśmy na przykład o Mateuszu, który siedział w komorze celnej. Zastanawialiśmy się, czym taka „komora celna” może być dla nas dzisiaj i co utrudnia nam budowanie relacji z Panem Bogiem. Pojawiała się też postać Natanaela, który znajdował się pod drzewem figowym. Tłumaczyliśmy dzieciom znaczenie tego drzewa: rabini rozważali pod nim słowo Boże, a jego słodycz stawała się obrazem słodyczy słowa Bożego. Chcieliśmy więc zachęcić dzieci, aby również szukały takiego miejsca spotkania z Bogiem i Jego słowem. Była też historia Tomasza i temat poznawania prawdy oraz odróżniania jej od opinii. W ten sposób przez cały rok poznawaliśmy apostołów, a każda postać stawała się punktem wyjścia do rozmowy o wierze i relacji z Bogiem.

fot. arch. Sanktuarium Matki Bożej Przy Żłóbku w Kobylinie

A teraz trwa już trzecia edycja? Jaka jest jej tematyka?

– Rozpoczęliśmy trzecią edycję, która początkowo miała nazywać się „Zielone pastwisko”, ale ponieważ ta nazwa jest już ogólnie znana, stwierdziliśmy, że lepiej będzie mówić o „Zagrodzie pasterza”. To właśnie zagroda stała się teraz miejscem naszych katechez. W przeciwieństwie do pierwszej edycji, kiedy mieliśmy studnię, i drugiej, kiedy mieliśmy łódź, tym razem wybudowaliśmy w ogrodzie zagrodę, w której są małe owieczki. Dzieci już uczestniczyły w pierwszej katechezie w tym miejscu i mogły podejść do owieczek. Wokół tego doświadczenia rozmawialiśmy o przypowieści o zagubionej owcy. Najważniejszym motywem było to, że Pan Bóg poszukuje człowieka z jednego powodu – ponieważ go kocha. Nie dlatego, że człowiek na coś zasługuje albo że Bóg ma z jego odnalezienia jakiś pożytek. Jedynym motywem jest miłość. Chcemy więc otwierać dzieci na doświadczenie Bożej miłości i pokazywać im, że Bóg zawsze człowieka kocha.

>>> Do hospicjum ludzie nie przychodzą umierać. Przychodzą, by żyć [ROZMOWA]

Widziałam na Facebooku, że w tej edycji wykorzystujecie też materiały przygotowane z pomocą sztucznej inteligencji. Skąd ten pomysł?

– Chcieliśmy dodatkowo zachęcić dzieci do uczestnictwa w kolejnych spotkaniach. Zainspirowaliśmy się pomysłem, który wykorzystywali nasi bracia w Panewnikach, gdzie przygotowywano krótkie filmiki z pomocą sztucznej inteligencji. Tam pojawiał się Leon, który opowiadał o Ewangelii danego dnia. My przygotowaliśmy podobną formę, wykorzystując bohaterów związanych z naszą tegoroczną katechezą. W filmikach owieczka Róża razem z pasterzem zapowiadają kolejny temat. W ostatnią niedzielę miesiąca taki filmik można zobaczyć na Facebooku. Jest to krótkie wprowadzenie do przypowieści, która będzie tematem następnej katechezy. Na razie właśnie ta trzecia edycja cieszy się największą frekwencją. Podczas pierwszego spotkania było około sześćdziesięcioro dzieci. Było ich tak dużo, że nie wszyscy zmieścili się w zagrodzie, w związku z czym część musiała stać przed nią. To pokazuje, że ta forma rzeczywiście spotkała się z dużym zainteresowaniem i dlatego chcemy ją kontynuować.

Dlaczego, zdaniem Ojca, duszpasterstwo dzieci nie ma ograniczać się wyłącznie do przygotowania do pierwszej Komunii świętej, ale powinno obejmować także inne inicjatywy, choćby kolejne edycje Waszych katechez?

– W pewnym momencie sam miałem takie doświadczenie, że podczas przygotowywania czegoś dla dzieci zastanawiałem się, czy one rzeczywiście to wszystko przyjmują. Czasami może się wydawać, że bardziej fascynuje je sama łódź, wyciąganie czegoś ze studni czy możliwość podejścia do owieczek niż treść, którą chcemy przekazać. Później jednak, podczas kolejnych spotkań, kiedy wracamy do tematów z poprzednich katechez, okazuje się, że dzieci bardzo dużo zapamiętały. To, co wydawało się tylko zabawą, staje się dla nich sposobem przyswajania treści. Dlatego takie formy są ważne, bo przede wszystkim zachęcają dzieci do uczestnictwa. Ale chodzi o coś jeszcze głębszego. Można przecież powiedzieć, że człowiek wierzy w Boga i ma jakieś odniesienie do wartości chrześcijańskich, ale my chcemy podprowadzać dzieci do spotkania z żywym Bogiem. Bogiem, który jest obecny we wspólnocie Kościoła i w sakramentach. Żeby jednak dojść do takiego spotkania, trzeba budować relacje od najmłodszych lat. Chcemy, aby dzieci odkrywały, że są w Kościele po to, by budować relację z Jezusem. Bez relacji we wspólnocie trudno mówić o budowaniu relacji z Jezusem. Dlatego nasze katechezy mają przede wszystkim wymiar prowadzenia dzieci właśnie ku spotkaniu i relacji.

fot. arch. Sanktuarium Matki Bożej Przy Żłóbku w Kobylinie

Czyli rozmawiając z dzieckiem o wierze, trzeba korzystać z takich elementów jak łódź czy owieczki, żeby je czymś zainteresować?

– Tak, ponieważ my również musimy trochę zejść do etapu, na którym znajduje się dziecko. Nie chcę powiedzieć „do poziomu”, tylko właśnie do etapu jego rozwoju i sposobu patrzenia na świat. Warto czasami przypomnieć sobie, jak sami byliśmy dziećmi. Jako dorośli inaczej patrzymy już na świat, wiarę, Kościół i obecność Jezusa. Dla dziecka jest to dopiero początek drogi i trudno oczekiwać od niego takiej samej świadomości, jaką ma dorosły człowiek. Oczywiście wiemy z historii, że były dzieci, które dzięki łasce odkrywały bardzo głęboką relację z Panem Bogiem, ale generalnie trzeba szukać sposobów, które będą dla dzieci bardziej uchwytne i dostosowane do ich możliwości. To jest także pewnego rodzaju pokładanie nadziei w tym, że dzieci będą kiedyś tworzyć wspólnotę Kościoła.

O co dzieci pytają najczęściej podczas tych katechez?

– To zależy od tematu konkretnego spotkania. Zdarzają się momenty, kiedy dzieci dopytują o coś, czego nie rozumieją. Albo chcą wejść głębiej w jakiś temat. Są aktywne podczas katechezy, nawet jeśli czasami mam wrażenie, że ich uwaga jest gdzieś indziej, bo zajmują się w tym momencie owieczkami czy innym elementem przygotowanym na spotkanie. Z perspektywy czasu widać jednak, że one wiele rzeczy zapamiętują i przetwarzają. Konkretne pytanie trudno mi teraz przytoczyć, ale jestem przekonany, że w tych dzieciach cały czas pojawiają się pytania i że ta forma daje im przestrzeń, żeby stopniowo je zadawać.

>>> Ksiądz motocyklista: pokory nauczyłem się na dwóch kołach [ROZMOWA]

Jak ważne jest w tym wszystkim zaangażowanie rodziców?

– Jest bardzo ważne, ponieważ rodzice mają swoją rolę w przekazywaniu wiary. Od początku chcieliśmy, żeby nasze spotkania nie były wyłącznie samą katechezą. Każde z nich rozpoczyna się od Eucharystii, a później przechodzimy do miejsca, które jest związane z daną edycją. Tak, jak wspomniałem, wcześniej była to studnia, później łódź, a teraz zagroda. Spotkanie kończy się natomiast agapą, czyli wspólnym czasem, który ma służyć budowaniu relacji. Podczas pierwszej i drugiej edycji przygotowywaliśmy jako bracia jakieś ciasto, placek czy słodycze, żeby dzieci mogły chwilę razem posiedzieć i coś zjeść. Z czasem zaczęli angażować się również rodzice. Kiedy przyprowadzają dzieci, sami nie wchodzą do zagrody, ale ją okrążają i dzięki temu również mogą słuchać tego, co się dzieje. Być może korzystają z tego, że przekaz jest prostszy i bardziej przystępny. Zaczęli też sami proponować, że następnym razem coś przygotują. Pojawiały się więc budynie, galaretki czy placki. W ten sposób rodzice nie są tylko osobami, które przywożą dzieci na spotkanie, ale sami zaczynają współtworzyć tę przestrzeń.

Czy właśnie przykład rodziców nie jest tutaj kluczowy? Dziecku trudno zobaczyć żywą wiarę, jeśli rodzic tylko przywozi je na zajęcia i odjeżdża.

– To rzeczywiście bardzo ważne. Trzeba pamiętać, że religia w szkole ma inny charakter. Jest to przedmiot, na który dziecko będzie uczęszczało, jeśli rodzic go z niego nie wypisze. Tutaj natomiast mamy do czynienia z pełną dobrowolnością. Przychodzą ci, którzy chcą, którym zależy. Oczywiście chciałbym, żeby uczestniczyło w tym sto procent dzieci, ale tak nie jest. Przychodzą przede wszystkim te, których rodzicom zależy na ich formacji. To rodzic słyszy ogłoszenia, dowiaduje się o propozycji i podejmuje decyzję, że chce podprowadzić swoje dziecko. Dziecko samo raczej nie przyjdzie. Rodzic ma więc tutaj bardzo ważną rolę, ponieważ dziecko widzi wtedy, że wiara nie jest tylko czymś, o czym mówi ksiądz, że Biblia przedstawia jakieś wartości, ale że również jego rodzice tymi wartościami żyją. To jest kluczowe. Mam takie doświadczenie, że kiedy rodzice są obecni, korzystają z propozycji i angażują się, dziecko również się angażuje. Wszystko zaczyna się więc od rodziców. My jesteśmy tymi, którzy towarzyszą i dają pewne możliwości, natomiast pierwszymi wychowawcami i katechetami są rodzice. Podczas chrztu świętego zostają przecież zapytani, czy są świadomi obowiązku przekazywania wiary i odpowiadają, że tak. To jest ich zadanie. My dajemy im gotową propozycję i możliwość skorzystania z tego, co przygotowujemy, ale to rodzice odpowiadają na to zaproszenie.

fot. arch. Sanktuarium Matki Bożej Przy Żłóbku w Kobylinie

Co jest dla Ojca największym wyzwaniem w pracy z dziećmi? Samo wymyślenie kolejnego tematu czy raczej sposób jego przekazania?

– Mam już nawet pomysł na czwartą edycję i będziemy chcieli ją zorganizować. Natomiast największym wyzwaniem jest znalezienie takiego sposobu przekazania tematu, żeby nie był on suchy i czysto teoretyczny. Chodzi o doświadczenie czegoś żywego, namacalnego, wyjątkowego. Sam temat często rodzi się w głowie, ale później pojawia się pytanie, jak go zrealizować i jak go przekazać dzieciom. To właśnie jest chyba największa trudność. Jednocześnie trzeba pamiętać, że duszpasterstwo dzieci nie kończy się na tych katechezach. W ciągu roku przygotowujemy również inne inicjatywy i wydarzenia, które mają służyć formacji oraz budowaniu wspólnoty.

Jakie są to wydarzenia?

– Jedną z inicjatyw są „Dzieci Królestwa Bożego”, które organizowaliśmy w czasie ferii. Poznawaliśmy wtedy przypowieści o Królestwie Bożym. Przy przypowieści o zaczynie dzieci robiły zaczyn, a następnie przygotowywały z niego pizzę, żeby zobaczyć, że ich wiara również potrzebuje wzrostu. Przy przypowieści o ziarnku gorczycy rozmawialiśmy o cierpliwości. Dzieci przygotowywały słoiki, w których znajdowała się ziemia, i siały gorczycę, żeby później obserwować jej wzrost w domu. Była też przypowieść o skarbie. Dzieci szukały ukrytego w klasztorze skarbu. Chodziło o pokazanie, że królestwo Boże nie jest kwestią rzeczy materialnych, ale wiąże się z pokojem, miłością i sprawiedliwością. W pewnym momencie pojawił się również przebrany rycerz, który oznajmił, że przybył król. W przygotowanie wydarzenia angażowały się również osoby dorosłe, między innymi panie przebrane za księżniczki. Następnie w kościele został wystawiony Najświętszy Sakrament. Jeden z naszych braci kapłanów po kolei przyprowadzał dzieci do Najświętszego Sakramentu, a osoby zaangażowane w wydarzenie zachęcały je, żeby powiedziały Panu Jezusowi, o co chcą Go prosić, i żeby przez chwilę pobyły z Nim sam na sam na modlitwie.

Ale chyba ojcowie organizują nie tylko takie inicjatywy?

– Kolejnym wydarzeniem, które organizujemy już od kilku lat w okresie Wielkanocy, w poniedziałek i wtorek, kiedy dzieci mają jeszcze wolne od szkoły, są „Odkrywcy skarbów wielkanocnych”. Dzieci dzielą się na dwie drużyny, mają specjalnie zamówione koszulki i swoich opiekunów. Jedna drużyna ma kolor niebieski, druga zielony. Na rowerach jeżdżą do kolejnych punktów, wykorzystując kody QR, i w poszczególnych miejscach odnajdują kolejne „skarby”, które Jezus daje człowiekowi. Mówimy między innymi o pokoju i miłości, a także o Eucharystii. Na końcu wszyscy spotykają się przy dużej szkatułce-skarbie, której zawartość wskazuje na obecność Jezusa Zmartwychwstałego. Całość kończy się również agapą. Jest to więc z jednej strony wyprawa rowerowa i poszukiwanie skarbów, ale z drugiej wszystko ma prowadzić dzieci do konkretnego doświadczenia wiary i spotkania z Jezusem.

Duszpasterstwo dzieci obejmuje również grupy, które spotykają się regularnie? Nie tylko uczniów?

– Tak. Przykładem jest liturgiczna służba ołtarza. Jej działalność nie ogranicza się wyłącznie do służenia przy ołtarzu. Chłopcy mają również swoje spotkania formacyjne, ale bardzo intensywnie uczestniczą też w piłce nożnej. Biorą udział w turniejach dekanalnych, diecezjalnych i prowincjalnych, a następnie jeżdżą na mistrzostwa Polski. W tym roku nasza liturgiczna służba ołtarza dwukrotnie zdobyła brązowy medal na mistrzostwach Polski. Organizujemy również wydarzenia, które mają służyć integracji i budowaniu relacji między dziećmi. Niedawno w naszych ogrodach klasztornych odbył się obóz. Dwie drużyny miały swoje bazy, były namioty harcerskie i różnego rodzaju zadania. Nie chodziło jednak wyłącznie o samą zabawę czy rywalizację. Wszystkie te wydarzenia mają przede wszystkim pomóc dzieciom budować relacje i więź między sobą.  

Właśnie relacja i wspólnota wydają się przewijać przez wszystkie te inicjatywy.

– To jest dla nas bardzo ważne. Chcemy, żeby dzieci odkrywały, że Kościół i parafia nie są tylko instytucją, do której trzeba przyjść i być obecnym na mszy świętej. Chodzi o to, żeby zobaczyły, że jest to miejsce, w którym tworzy się wspólnotę, buduje relacje i spotyka innych ludzi. Jednocześnie wszystkie te relacje mają ostatecznie prowadzić do Jezusa. To jest sedno. Możemy organizować różnego rodzaju wydarzenia, wyprawy, spotkania, zabawy czy aktywności sportowe, ale cały czas chodzi o to, żeby przez wspólnotę i relacje podprowadzać dzieci do spotkania z Jezusem. Dlatego tych momentów w duszpasterstwie dzieci jest tak dużo i dlatego nie ograniczamy się do jednego rodzaju spotkań.

fot. arch. Sanktuarium Matki Bożej Przy Żłóbku w Kobylinie

Czy spotyka się Ojciec czasem z pytaniem ze strony innych księży albo osób z zewnątrz: po co właściwie robicie to wszystko?

– Mamy bardzo dobre relacje z księżmi z pobliskich parafii. Część księży wie, że prowadzimy takie duszpasterstwo i nie mają problemu z tym, że przyjeżdżają do nas również dzieci z ich parafii i korzystają z naszych propozycji. Oczywiście księża pracujący w parafiach mają czasami trudniejsze zadanie, ponieważ we wspólnocie klasztornej jest więcej osób, a organizacja niektórych rzeczy może wyglądać inaczej. My mamy pewne możliwości, które wynikają również z tego, że jest nas w klasztorze więcej. Niedawno, podczas konkursu „Aktywna Parafia”, nasze duszpasterstwo dzieci było mocno obecne i mogliśmy podzielić się naszym doświadczeniem oraz propozycjami. Nie oznacza to jednak, że każda parafia może po prostu skopiować to, co robimy. Każde miejsce ma swoją specyfikę, liczbę parafian, możliwości i osoby, które mogą się zaangażować. My mamy również świeckich, którzy bardzo mocno włączają się w przygotowanie wydarzeń. Dlatego uważam, że każdy może szukać własnych sposobów. Zresztą sam inspiruję się tym, co dzieje się w innych parafiach. W wielu miejscach realizowane są bardzo ciekawe inicjatywy. Nie chodzi o to, żeby mówić, że my jesteśmy wyjątkowi. Mamy swoje możliwości i staramy się je wykorzystywać. Jeżeli ktoś chce skorzystać z naszych doświadczeń, to oczywiście bardzo się z tego cieszymy. Myślę nawet o tym, żeby przygotowane przez nas katechezy zebrać w folderze i udostępnić, ponieważ mamy gotowe tematy i konspekty, z których inne wspólnoty mogłyby skorzystać. Ważna jest wzajemna inspiracja. Ja sam, kiedy byłem młodszy, doświadczałem w swojej parafii wielu podobnych, innowacyjnych inicjatyw, które szukały różnych sposobów dotarcia do ludzi. Być może właśnie dlatego dzisiaj również mam w sobie potrzebę szukania takich dróg.

>>> Głuche dzieci pytają, czy Pan Bóg zna język migowy [ROZMOWA]

Doświadczenia z własnej parafii również miały wpływ na to, jak Ojciec patrzy dzisiaj na duszpasterstwo dzieci?

– Myślę, że tak. Sam doświadczyłem w swojej parafii wielu inicjatyw, które były nieszablonowe i próbowały w różny sposób docierać do ludzi. To pokazuje, że pomysły mogą być przekazywane dalej, ale jednocześnie każdy musi znaleźć własny sposób działania. Ważne jest, żeby nie traktować takich inicjatyw jako gotowego schematu do bezrefleksyjnego powielenia. Można się inspirować, korzystać z doświadczeń innych, wymieniać pomysłami i materiałami, ale później trzeba dopasować je do konkretnej parafii, dzieci i ludzi, którzy są gotowi się zaangażować.

A czego Ojciec sam uczy się od dzieci?

– Przede wszystkim prostoty. Dzieci pokazują mi, że nie trzeba wszystkiego od razu analizować i rozkładać na części, ale czasami po prostu przyjmować rzeczy takimi, jakie są. Uczą też radości z drobnych rzeczy. My, dorośli, często przestajemy cieszyć się z prostych rzeczy, a dzieci potrafią znaleźć radość tam, gdzie my już jej nie zauważamy. Uczą mnie także pokory. Pokazują, że można zatrzymać się i po prostu cieszyć się czymś małym. Myślę, że to jest bardzo cenna lekcja, którą można od nich otrzymać.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze