Marek Lehnert, fot. Twitter

Marek Lehnert: Wielkiego Tygodnia bez wiernych jeszcze nie było

9 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Jak będzie wyglądał Wielki Tydzień w Watykanie? Jak w dobie pandemii żyje się w Wiecznym mieście? I czym tak naprawdę najbardziej przejęli się ostatnio Włosi? Maciej Kluczka rozmawia z Markiem Lehnertem, dziennikarzem prasowym i radiowym, wieloletnim korespondentem Polskiego Radia w Rzymie, autorem książki „Korespondent”. 

fot. mat. prasowe

Maciej Kluczka (misyjne.pl): Wszystkie uroczystości Wielkiego Tygodnia pod przewodnictwem papieża Franciszka odbędą się bez „fizycznej obecności wiernych” – ogłosiła tydzień temu Prefektura Domu Papieskiego. Jak to odebrano w Rzymie? 

Marek Lehnert: Przyjęto to normalnie, jako zrozumiałą decyzję. Nie było zastrzeżeń ani w mediach ani wśród Włochów. Dziennikarze akredytowani przy Watykanie wykazali się nawet nie najgorszym jak na te czasy poczuciem humoru, wysyłając sobie różne krotochwile na ten temat; m.in. takie zdanie, że w uroczystościach może wziąć udział Piłat, bo on jako jedyny umył ręce i może się zbliżyć do papieża. W jakimś sensie wierni już się przyzwyczaili, że Anioł Pański i audiencje odbywają się przy drzwiach zamkniętych i są transmitowane w Internecie i na portalu Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej. Zdziwienia więc to nie wywołało, ale oczywiście zastanawiamy się, jak to w praktyce będzie wyglądać. Wiadomo już, że nie będzie drogi krzyżowej – to poważny uszczerbek w tych obchodach Wielkiego Tygodnia. Droga krzyżowa w Koloseum, oprócz wymiaru religijnego, była zawsze ważnym medialnym i globalnym wydarzeniem.

>>> Watykan o celebracjach paschalnych w czasie pandemii

Rzym, 26.03.2005r. uczestnicy Drogi Krzyżowej w rzymskim Koloseum mogli zobaczyć Ojca Świętego na telebimie, fot. EPA/ETTORE FERRARI

Wiemy już, że uroczystości Wielkiego Tygodnia mogą się odbyć bez papieża. Byliśmy tego świadkami w 2005 roku, za ostatnich dni pontyfikatu Jana Pawła II. Papież zresztą starał się brać w tym udział i obserwował nabożeństwo trzymając w rękach krzyż w kaplicy. Natomiast Wielki Tydzień w Watykanie bez wiernych? Tego jeszcze nie było. Jest jeszcze taka ceremonia, dość charakterystyczna, która nabrała nowego charakteru właśnie za pontyfikatu Franciszka. To umywanie nóg grupie mężczyzn. Papież przeniósł ten rytuał poza Watykan i to wywołało na początku jego pontyfikatu u niektórych zdumienie i rozczarowanie. Ta nowość była trudna do przełknięcia dla jego współpracowników. Franciszek przewodniczył tej ceremonii w zakładach karnych i ośrodkach przyjmujących uchodźców, gdzie czuł się dobrze i na swoim miejscu, wśród „swoich” ludzi. Inne uroczystości? Wielkoczwartkowa poranna msza, która jest świętem wszystkim kapłanów możliwe, że najlżej dostanie w tej sytuacji rykoszetem. W niej brali zawsze udział proboszczowie rzymskich parafii.

fot. EPA/FABIO FRUSTACI

Czyli możliwe, że przyjdą na Eucharystię, ale będą zastosowane środki bezpieczeństwa – środki dezynfekcji i odstęp między duchownymi. Przypomnijmy, że we Włoszech nie ma takich rozwiązań jak u Polsce: maksymalnie 50 osób w kościele. Po prostu nie ma mszy i innych nabożeństw z udziałem wiernych.  

Nie ma mszy, kościoły parafialne są jednak otwarte. Najpierw zamknięto wszystkie, ale były protesty i uwagi, że papież i Kościół ugiął się przed rozporządzeniami władz świeckich i Franciszek pozwolił na takie pół kroku wstecz. Kościoły parafialne są więc otwarte, można się modlić, ale nie ma żadnych nabożeństw.

  

A jak w Rzymie ocenia się działania kard. Krajewskiego? Czy też są komentowane przez dziennikarzy w Watykanie? Ostatnio, do swojego tytularnego Kościoła, zaprosił biednych i bezdomnych.  

Wiemy, że ludzie, którymi on się opiekuje wcale nie korzystają z szansy, jaką stwarza jego działalność, np. w znalezieniu pracy, wyjściu z nędzy, bezdomności. Są ludzie, którzy dostawali od polskiego Kościoła pieniądze, by wrócili do kraju, a po tygodniu byli u kardynała z powrotem. Ten najbardziej spektakularny „numer”, z którego jest tu znany kard. Krajewski, to historia, kiedy podłączył prąd w budynku, gdzie mieszkają bezdomni. Ryzykował wtedy życiem, bo to jest przecież wysokie napięcie, wszedł do piwnicy i połączył rozcięte przez zakład energetyczne linie. Rozcięte dlatego, że ci ludzie nie płacili za rachunki. To zostało z mieszanymi uczuciami przyjęte. Został nazwany Robin Hoodem i „kardynałem elektrykiem”, ale przypomina się jednocześnie, że nie pokrył tych rachunków. Były głosy, że następnym jego gestem będzie uregulowanie tych zaległości (to było chyba ponad 300 tys. euro), ale ten drugi krok nie nastąpił i to mu się czasami wytyka. Okolic placu św. Piotra ostatnio nie odwiedzałem (nie można wychodzić z domu, ryzykuje się grzywną albo nawet aresztem), ale tam się niewiele zmieniło, jeśli chodzi o tych ludzi, wśród których dominują nasi rodacy. Oni wciąż grawitują w okolicach Watykanu, Biura Prasowego i czekają na pomoc. Wystawiają mu… kardynał może myśli, że dobre świadectwo, ale jest to zachowanie powszechnie krytykowane. 

>>> Kard. Krajewski: nie wolno nam zaprzestać pomocy potrzebującym

fot. flickr/EpiskopatNews

Ostatnio symbolem stała się piesza wędrówka papieża do dwóch rzymskich kościołów. Franciszek, kulejąc, szedł pomodlić się o zatrzymanie pandemii koronawirusa 

Odwiedził dwa rzymskie kościoły. Jeden jest w pewnym sensie jego ulubionym. To kościół Matki Bożej Większej (Santa Maria Maggiore), gdzie modlił się przed obrazem Matki Bożej Salus Populi Romani – tej, „która zachowuje w zdrowiu lud rzymski”. To tam modli się też przed każdą swoją podróżą i po powrocie z niej. Po dowiezieniu Franciszka do placu Weneckiego pieszo przeszedł on 100 m do kościoła św. Marcelego. To zostało pokazane przez telewizje, zdjęcia ukazały się w prasie i w Internecie. Potraktowano to jako taki symboliczny gest biskupa Rzymu w czasach zarazy, jaki nastał w Wiecznym Mieście i w całej Italii. Nie brakowało jednak głosów, że złamał przepisy, bo nie można sobie tak po prostu chodzić po mieście, a tylko w ważnych uzasadnionych przypadkach. A przecież nie szedł do sklepu po żywność czy do lekarza… 

Papież w drodze do kościoła św. Marcela, fot. EPA/VATICAN MEDIA

Można powiedzieć, że szedł w ważnych sprawach służbowych. 

Moja żona też tak twierdzi i jest gotowa bronić takiej tezy.  

Choć faktycznie jest tak, że od ludzi, którzy są „na świeczniku” wymaga się, by dawali przykład. U nas, w Polsce, gorąca dyskusja dotyczy tego, czy prezydent powinien jeździć i odwiedzać różne miejsca w kraju (np. w Garwolinie spotkał się z ratownikami medycznymi). Sporo dyskusji wzbudził też fakt, że Jarosław Kaczyński poszedł w niedzielę do kościoła – mimo że biskupi zalecali udział we mszy przez transmisje internetowe, radiowe albo telewizyjne.  

We Włoszech politycy dają przykład. Nikt nie wyrywa się z protestami, że chciałby iść do kościoła, a to mu się uniemożliwia. Politycy i inne znane osoby rzuciły nawet wyzwanie tym przepisom i dają przykład zostają w domu. Choć konsekwencje niezastosowania się do tych przepisów też są zabawne… Grzywna za nieuzasadnione wyjście z domu wynosi ponad 200 euro i może zostać zamieniona na 3 miesiące aresztu domowego, ale przecież wystarczy się chwilę zastanowić i dojść do wniosku, że aresztem domowym objęci są już praktycznie wszyscy. Także ci, którzy są posłuszni, przestrzegają przepisów i siedzą w domu. 

Księża odprawiają nabożeństwo Drogi Krzyżowi z dachu kościoła Santa Maria della Salute w Neapolu. Duchowni chcieli w ten sposób stworzyć swoim parafianom możliwość uczestnictwa w nabożeństwie, fot. EPA/CIRO FUSCO

Włochy zostały zamknięte, to fakt. A jakie są nastroje, szczególnie w Rzymie? Przecież to miasto turystów i pielgrzymów. Czy Rzymianie mają już apokaliptyczne wizje, że ten rok będzie dla nich tragiczny? 

Oczywiście. Hotelarze uskarżają się na trudności, które lawinowo rosną z dnia na dzień. Twierdzą, że wielu ludzi straci pracę, szczególnie w zajęciach sezonowych. Jeśli sezon turystyczny się nie rozpocznie, to tej pracy po prostu nie będzie. Jednak Włosi bardziej teraz martwią się przerwanymi rozgrywkami piłkarskimi, że przełożono Mistrzostwa Europy, że nie odbędą się wiosenne wyścigi kolarskie, z Giro d’Italia na czele. Jeżeli chodzi o muzea, to są one dostępne w Internecie. Muzeum Watykańskie można obejrzeć po kolei, sala po sali, obiekt po obiekcie. 

Sztab kryzysowy Obrony Cywilnej, fot. EPA/CESARE ABBATE

A czy Włosi robią już sobie narodowy rachunek sumienia? Ich brak dyscypliny i zastosowania się do prewencji na początku pandemii skutkuje teraz taką dużą liczbą zachorowań i zgonów. Ich początkowo bardzo frywolne podejście do sprawy jest krytykowane w całej Europie.  

Tak, ale też z pewną satysfakcją informują i pokazują, że inne kraje (szczególnie ościenne)  powtarzają ich błędy. A takie kraje, jak Hiszpania, Portugalia czy Francja miały więcej czasu na to, by przygotować się na te trudności.  

>>> Z Polski płynie gorąca i nieustająca modlitwa za świat w dobie pandemii

Śledząc doniesienia z Włoch jesteśmy niekiedy świadkami wzruszających i pozytywnych wydarzeń, jak historia kapłana, który wydrukował zdjęcia swoich parafian, by w czasie sprawowanej Eucharystii czuć ich obecność. Niekiedy są to jednak też dramatyczne obrazy jak kościoły przeznaczane na kostnice. Czy jest taka sytuacja, którą w tych trudnych dniach najbardziej Pan zapamiętał?  

To właśnie Bergamo… Byłem tam latem, to piękne, tętniące życiem miasteczko, które teraz padło ofiarą pandemii. Tam zgonów jest bardzo dużo. Władze sanitarne wciąż nie są w stanie opanować sytuacji. Na tradycyjnych, organizowanych każdego dnia o osiemnastej konferencjach prasowych obrony cywilnej prezentacja danych wygląda tak, że zaczyna się od tych, którzy się wyleczyli, później wiele innych liczb, a na samym końcu są ofiary. Niektórych to razi, że ofiary śmiertelne są pomijane, jakby na ostatnim miejscu wśród długiej listy suchych danych do przekazania. 

Bergamo, trumny zmarłych powodu choroby Covid-19 spowodowanej przez koronawirusa SARS CoV-2, fot. EPA/FOTOGRAMMA

Za to wstrząsające są długie strony nekrologów w gazetach… Premier Giuseppe Conte mówi, że dla Włoch to czas najtrudniejszy od II wojny światowej. Faktycznie tak jest?  

Włosi często używają tego porównania. Pamiętajmy jednak, że wcześniej były też trudne czasy, jak np. terroryzm z przełomu lat 70. i 80., kiedy na ulicach wybuchały bomby i strzelano do ludzi… 

Ten sam premier mówi jednocześnie, że znów przyjdzie czas, gdy Włosi, którzy teraz muszą trzymać się na dystans, znów będą mogli się do siebie przytulić. Będzie tak, wierzycie w to? 

Wiem na pewno jedno. Im w większych opałach znajdują się Włosi, tym więcej z siebie dają i dają radę stawić czoła największym przeciwnościom. Tak będzie i tym razem!  

Przeczytaj też >>> Magdalena Wolińska-Riedi: Zapraszam! Wejdźcie ze mną za mury Watykanu

Galeria (5 zdjęć)
Zobacz także
Wasze komentarze