Fot. pexels

Afryka to drugi dom. Rozmowa Weroniki Jakubowskiej z Barbarą i Aleksandrem Szanieckimi [MISYJNE DROGI]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Tanzania. O powrotach na misje, o tym, że życie na misjach to nie tylko żyrafy, słonie i piękne kwiaty, a ciężka praca, nauka pokory i dojrzewanie w wierze, z Barbarą i Aleksandrem Szanieckimi rozmawia Weronika Jakubowska.

Weronika Jakubowska: W marcu 2007 r. wyjechali Państwo na misje do Tanzanii. Czy decyzja o wyjeździe była planowana, czy może została podjęta spontanicznie? Mieliście już sporo lat.
Barbara Szaniecka: – Nigdy nie myśleliśmy o misjach, pomimo że byliśmy bardzo aktywni w parafiach. Kiedy poszłam na wcześniejszą emeryturę, nie wiedziałam, czym się zająć. Mąż
pojechał na rekolekcje dla szafarzy Komunii św. Ustaliliśmy wcześniej, że ten czas będzie modlitwą o otwarcie się na wolę Boga i przyrzekliśmy sobie, że przyjmiemy ją bezwarunkowo. Mąż wrócił z rekolekcji i powiedział, że jedziemy na misję. I tak to się zaczęło.

>>> Tanzania: prezydent ogłosił 3-dniową „modlitwę narodową” o ustanie pandemii 

WJ: Jak na decyzję zareagowała rodzina?
BS: – Mówili, że jesteśmy już za starzy, że teraz mamy prawo odpocząć. Nawet ludzie bardzo związani z Kościołem odradzali nam wyjazd.

WJ: Diagnoza prosta: za starzy. Myślę, że niesprawiedliwa, bo starość to chyba stan umysłu. Jednak zdecydowali się Państwo pojechać. Jak wyglądały przygotowania?
Aleksander Szaniecki: – Formalnie nie było przygotowań. Tak wówczas to wyglądało. Dopiero przed kilkoma tygodniami powołano specjalną szkołę dla misjonarzy świeckich. Mieliśmy za sobą wieloletnią formację w Domowym Kościele (oazie rodzin) oraz służbę w parafii. Ostatecznie dostaliśmy posłanie od abp. Henryka Muszyńskiego, a krzyże misyjne wręczał nam bp Bogdan Wojtuś.

Fot. Maciej Braun CR

WJ: Czy nie było problemu z barierą językową?
AS: – W Tanzanii używa się języka swahili oraz angielskiego. Tego drugiego raczej w urzędach. Z językiem angielskim nie było problemu, natomiast swahili uczyliśmy się sami, mając kontakt z ludźmi. Po przyjeździe dowiedzieliśmy się wprawdzie o kursie języka dla misjonarzy, ale okazał się bardzo kosztowny. Zrezygnowaliśmy po kilku tygodniach.

>>> Tanzania. Jedna Ziemia, jeden Bóg, jedno Słońce!

WJ: Czym się zajmowaliście?
BS: – Staraliśmy się wykorzystywać nasze umiejętności i wykształcenie. Mąż jest ekonomistą, dlatego był administratorem w szkole, zaopatrzeniowcem, księgowym, posługiwał też jako łam, pracowałam m.in. z nosicielami wirusa HIV, uczyłam kobiety szycia… wszystko to, co w danym momencie było potrzebne.

WJ: Robota od świtu po zmrok, do tego wiek. Co dawało siłę – Bóg, może poczucie tego, że robicie sporo dobra?
BS: – Bardzo nam pomagała codzienna Eucharystia. Nie było dnia, abyśmy nie byli na Mszy św. Ważne było również zaufanie i oddawanie trudności Bogu. Robiło się wtedy lżej na sercu.

WJ: Po sześciu latach pracy w Kowak przenieśliście się do buszu.
BS: – Gdy szkołę, w której mąż był administratorem, przejęły siostry hinduskie, nie było pracy dla nas. Na kilka miesięcy przenieśliśmy się do Masajów, 1200 km od misji w Kowak. Nasz przyjaciel budował tam nową parafię. Chcieliśmy być z nim i w miarę możliwości pomóc. Nie było wody, dróg, prądu.
AS: – Po kilku miesiącach postanowiliśmy wrócić do kraju, ale gdy u franciszkanów w Dar es Salaam czekaliśmy na lot do Polski, dostaliśmy propozycję pracy w tym mieście. Mieliśmy dać odpowiedź do końca roku.

WJ: Jaka była decyzja? Wiek, zdrowie…
BS: – Wróciliśmy do Polski po prawie siedmiu latach pracy na misji, dlatego musieliśmy przede wszystkim trochę odpocząć. Spędziliśmy w domu święta. Pierwsze w kraju od chwili wyjazdu. Jak
co roku w Sylwestra poszliśmy na Msze św. dziękczynną. Wychodząc z kościoła, spojrzeliśmy na siebie i stwierdziliśmy, że wracamy na misje. Po tej decyzji mąż kupił bilety i wkrótce po Nowym Roku wyjechaliśmy do Tanzanii.

Fot. Maciej Braun CR

WJ: Po ludzku mało racjonalny powrót. Rozpoczęli Państwo pracę w ośrodku misyjnym w Dar es Salaam.
AS: – Tak, mieliśmy tam sporo pracy. Praca ta nie różniła się wiele o tego, co robiliśmy w Kowak, jednak było jej znacznie więcej. Pomagaliśmy m. in. w szkole, przy parafii. Praca była różnorodna, włącznie z nauczaniem religii czy wykonywaniem tysięcy kserokopii… Macie spore doświadczenie w pracy misyjnej. Na co, według Państwa, powinny zwracać uwagę osoby świeckie, które chcą wyjechać na misje?
BS: – Osoba chcąca wyjechać powinna pomyśleć, co może zaoferować i gdzie jest zapotrzebowanie na to, co potrafi. Ważna jest również świadomość, jak należy się zachowywać, ubierać, w jakich warunkach się żyje. Nie można również liczyć na to, że się kogoś nawróci. Trzeba robić swoje i świadczyć swoim życiem o Chrystusie. Ponadto ludzie powinni wiedzieć, żeżycie tam to nie tylko żyrafy, słoniei piękne kwiaty. Trzeba pamiętać, żew Afryce jest inny klimat, choroby,a ludzie mają zupełnie odmienną kulturę i obyczaje. Jest to często trudne doprzyjęcia, jednak ważne jest, by szanować każdego człowieka.

>>> Modlitwa o ochronę przed złem

WJ: Wrócili Państwo na stałe do kraju. Zawał serca – tu chyba niewiele trzeba dodawać. Czego nauczyliście się na misjach?
BS: – Dzięki Afryce odzwyczailiśmy się od komfortu, hedonizmu, konsumpcjonizmu. Bardzo nas boli, że Polacy nie doceniają tego, co mają i ciągle narzekają. Afrykańczycy cieszą się nawet
z drobiazgów. Nauczyliśmy się również pokory i szacunku dla każdego bez względu na wyznanie czy postawę życiową. Oczywiście wcześniej już to znaliśmy, jednak w Tanzanii mogliśmy to naprawdę „przetestować”. Siostry ze Zgromadzenia Maryknoll, misjonarki z USA, nauczyły nas, żeby nie kłaść się spać z poczuciem, że znowu coś się nie udało, lecz aby codziennie wieczorem podziękować Bogu za najpiękniejszą chwilę dnia i z nią zasypiać.

WJ: Na koniec trochę przekornie: czy planują Państwo drugi powrót do Afryki?
AS: – Afryka oduczyła nas planowania. Ze spokojem oddajemy wszystko Bogu. On ma zawsze najlepszy plan i do niego się dostosujemy.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze