Afryka. Zambijskie slumsy

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Rozdając ryż dzieciom podczas przerwy zobaczyłam, że te, zamiast zjeść na miejscu, chowają go do foliowych torebek, by później podzielić się ze swoimi rodzinami. Mali altruiści, zmuszeni przez warunki do dzielenia się swoim niedostatkiem.

Nie ma jednej Afryki. Każdy kraj tego kontynentu ma wiele twarzy. Pod każdym względem – religijnym, przyrodniczym, ekonomicznym i przede wszystkim społecznym. W Demokratycznej Republice Konga żyje ponad 400 grup etnicznych, na Wybrzeżu Kości Słoniowej około 100, a w Tanzanii 124. I o każdej z tych grup krążą opowieści – dumny jak Masaj, zdolny jak Czaga czy leniwy jak Gogo. Ta mozaika utrudnia jednoznaczną ocenę rodziny afrykańskiej. Na pewno potrzebuje ona wsparcia. Zmieniające się okoliczności technologiczne, ekonomiczne, społeczne tego nie ułatwiają.

Mali dorośli
Siedzę na przerwie w szkole, która znajduje się w zambijskich slumsach. To moje pierwsze dni wolontariatu misyjnego. Wszystko jest całkiem nowe. Wysłuchuję pierwszych historii dzieci. To właśnie od nich dowiaduję się najwięcej o tym, jak wygląda życie w najbiedniejszej dzielnicy Lusaki. Podchodzi do mnie dziewczynka, ma około 10 lat.
– Ania? Ile masz rodzeństwa?
– Dwie siostry.
Dziewczynka aż otwiera buzię ze zdziwienia. Zbiera myśli.
– Tylko dwie? To ile twojego rodzeństwa już nie żyje? Umarli na malarię? Zaczynam powoli rozumieć jej zdziwienie.
– Nikt z mojego rodzeństwa nie umarł. A ty ile masz rodzeństwa?
– Pięciu braci i trzy siostry. Dwie moje młodsze siostry już nie żyją. Tak jak moja mama. Mieszkamy z ciocią. Tata wyjechał zarabiać pieniądze. Moja najstarsza siostra nam gotuje, pomaga mi odrobić lekcje, pierze ubrania, ma 16 lat. Ja opiekuję się młodszym rodzeństwem. Jako jedyna chodzę do szkoły. Moi bracia pracują, by nas utrzymać, sprzedają kukurydzę przy głównej ulicy.
Nauczyciel powiedział mi, że dziewczynka, tak jak i jej rodzeństwo, jest nosicielką wirusa HIV. Na ciele dziewczynki widać liczne blizny, a jej mundurek jest podarty. Na stopach ma klapki, a na głowie grzybicę. Ta jedna, krótka rozmowa wiele mi powiedziała o sytuacji rodzin w zambijskich slumsach. Bardzo dużo dzieci z naszej szkoły to sieroty albo półsieroty. Muszą pracować, by utrzymać rodzeństwo. Wielu uczniów jest bardzo zaniedbanych. Taki obraz rodziny spotykam bardzo często. Rodzice umierają na skutek choroby bądź przy urodzeniu kolejnego dziecka. Wtedy dzieci muszą przejąć ich rolę. A mieszkają u wujków czy dziadków. Rodziny borykają się z problemem głodu. Usługi medyczne są w Zambii płatne, jak w większości państw afrykańskich, tak samo edukacja, więc i na te podstawowe potrzeby bardzo często brakuje pieniędzy. Do tych trudnych sytuacji nierzadko wkrada się problem z alkoholem czy przemocą.

Druga strona medalu – wizyta u Cosmasa
Kolejnego dnia wędruję przez slumsy wraz z jednym z uczniów z naszej szkoły. Cosmas zaprasza mnie do siebie, by pozdrowić jego rodzinę. Pierwszą osobą, którą widzę, jest jego mama. Kobieta wstaje na mój widok i ugina kolana w geście szacunku. Po domu biega dwójka małych dzieci, trzecie wisi w chuście na plecach mamy. Zaczynamy rozmawiać.
– Ile masz dzieci? – pytam. W Afryce o wartości kobiety stanowi liczba jej dzieci. To jedna z podstawowych informacji, którą podaje się nowo poznanej osobie.
– Jestem Margaret Musonda, mam czterech synów i trzy córki. Cosmas jest najstarszy. Mój mąż pracuje jako kierowca taksówek. Wszystkie moje dzieci chodzą do szkoły i znają angielski. Ja zajmuję się domem. Jesteśmy chrześcijańską rodziną. Moje dzieci mogą chodzić do szkoły dzięki adopcji na odległość. Później kobieta częstuje mnie nshimą, fasolą oraz awokado. To podstawowy posiłek każdej rodziny. Prawdopodobnie jedyny, który dziś zjedzą. Wszystkie dzieci są czyste, zadbane i poukładane. Nie mają na głowie grzybicy, za to każde ma różaniec na szyi. W domu jest bardzo skromnie, ale schludnie. Na ścianach wiszą święte obrazki. To jest drugi obraz rodziny, z którym mogłam spotkać się w slumsach. Był bardziej optymistyczny i sprawiał mi radość. To rodzina, która dba o wartości swoich dzieci i dokłada starań, by pomimo trudnej sytuacji finansowej mogły mieć lepszą przyszłość. Dba o ich zdrowie, edukację oraz relacje, by w domu zawsze było
czysto i bezpiecznie.

Rodzina to jedność
Przedstawione powyżej przykłady to dwie skrajne sytuacje, z którymi się spotkałam. Wszyscy ludzie mieszkający w slumsach żyją w ubóstwie. Ale w Afryce, tak jak w Polsce, wszystko zależy od człowieka i tego, co zrobi w danej sytuacji. Rodzina jest jednak dla nich ogromnym motywatorem, by walczyć o lepsze jutro. Cechą, której mogłam się uczyć od tamtych ludzi, były bardzo silne
więzy rodzinne. Przychodzi mi myśl pewna rozmowa. Odbyła się podczas przerwy w szkole z jednym z nauczycieli.
– Ania, kiedy wrócisz do Zambii, do Chilulu, by nas znowu odwiedzić?
– zapytał mnie pod koniec pobytu.
– Nie mam pojęcia, ponieważ muszę wrócić do Polski, znaleźć pracę, zarobić pieniądze i może za kilka lat, gdy trochę odłożę, przylecę was odwiedzić.
– A Twoja siostra nie ma pracy?
– Ma.
– A Twoi rodzice?
– Też.
– Przecież to Twoja rodzina, możesz do nas przylecieć. Oni na pewno mają pieniądze.
– Ale przecież to są ich pieniądze, nie moje. Nie mogę ich sobie wziąć.
– Ale jesteście rodziną! – pan Arnold patrzył na mnie z niezrozumieniem w oczach. A ja na niego z lekkim niedowierzaniem.
W Afryce wszystko, co jest w rodzinie, jest wspólne. Od najmłodszych lat wszystkim trzeba się dzielić:ubraniami, jedzeniem, zabawkami czy miejscem do spania na podłodze. Później nadal wszystko jest wspólne, ponieważ jest w rodzinie. Gdy dzieci budują swoje domy, zazwyczaj robią to obok rodziców. Dlatego często wszyscy ludzie w wiosce są jedną wielką rodziną.

Praca misjonarzy
Misjonarze jednak są, by pomóc każdej z tych rodzin. W zależności od możliwości starają się odpowiedzieć na najważniejsze potrzeby ludzi, do których zostali posłani. Bez tej pomocy byłoby bardzo źle.

Adopcja na odległość
Najbardziej widoczną i doraźną pomocą, którą zaobserwowałam, jest program adopcji na odległość prowadzony przez misjonarzy. Jest to pomoc nie tylko dla dzieci, które mają możliwość edukacji, ale przede wszystkim dla całych rodzin. Większość z nich ma świadomość, jak wielką szansą jest ukończenie szkoły. Spotkałam się również z sytuacją, gdy rodziny dzieci objętych adopcją pomagały parafii czy placówce. Ma to służyć wzbudzeniu w nich poczucia zobowiązania oraz odpowiedzialności za przyszłość ich dzieci. Jednak jedna historia zapadła mi w pamięci najbardziej. Tylko jedno spośród pięciorga dzieci pewnej rodziny zostało objęte programem adopcji na odległość. Chłopiec miał 13 lat i po powrocie do domu uczył swoje rodzeństwo oraz rodziców czytać, pisać, prostej matematyki oraz wszystkiego, czego sam nauczył się w szkole.

Pomoc zdrowotna
Misjonarze starają się zapewnić również opiekę zdrowotną. W slumsach, w których pracowałam, była to jedna z najbardziej widocznych, lecz wciąż niezaspokojonych potrzeb rodzin. Nosiłam przy sobie apteczkę pierwszej pomocy i opatrywałam rany dzieci oraz tych, których mijałyśmy na drodze. Czasem, gdy odwiedzałyśmy rodziny naszych dzieci w domach, widziałyśmy sporo osób niepełnosprawnych oraz z licznymi nieopatrzonymi ranami. Starałyśmy się im pomóc. Salezjanie w zambijskiej miejscowości Kabwe prowadzą program opieki nad osobami zarażonymi wirusem HIV. Starają się zapewnić im odpowiednie leki, prowadzą program dożywiania takich rodzin. Problem ten dotyka aż 40% mieszkańców slumsów. Misjonarze także wprowadzają program profilaktyki HIV, zwiększając świadomość społeczeństwa.

Jedna z sióstr, z którą mieszkałam w Zambii, jest odpowiedzialna za program dożywiania rodzin. Co miesiąc przyjeżdżały wielkie ciężarówki z ryżem oraz kaszą, a zadaniem siostry było rozwiezienie tego do najbardziej potrzebujących rodzin. Siostra znała społeczność slumsów, spędzała tam sporo czasu. Widziałam ogromną wdzięczność oraz radość w oczach tych ludzi. W naszej szkole został także wprowadzony program dożywiania dzieci.

Anna Musiał, wolontariuszka Międzynarodowego Wolontariatu Misyjnego „Don Bosco

Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze