Ameryka Łacińska. Kobieta trzyma całą rodzinę [MISYJNE DROGI]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

O kulturze macho, kobietach w społeczeństwie i Kościele oraz synodalności Ameryki Łacińskiej z o. Kasprem M. Kaproniem OFM, misjonarzem i liturgistą pracującym w Boliwii, rozmawia Justyna Nowicka.

Justyna Nowicka: Z Ameryką Łacińską kojarzy się często kultura macho, przemoc wobec kobiet, w skrajnych wypadkach kobietobójstwo. Jak to jest naprawdę? Na ile ten stereotyp jest prawdziwy?
Kasper M. Kaproń OFM: Trzeba przyznać, że kultura macho jest rzeczywiście utożsamiana z tym rejonem świata. Ale jest to stereotyp. W praktyce tutaj, gdzie jestem, czyli w Cochabamba w centralnej Boliwii, występuje raczej dominacja kobiet. Powiedziałbym, że jest wręcz matriarchat. Kobiety obroniły nasze miasto w czasie wojny o niepodległość 27 maja 1812 r. W bitwie o Coronille kobiety, które zostały same, dzielnie broniły miasta przed wojskami królewskimi. Wiele z nich poniosło wówczas śmierć. Z okazji upamiętnienia tego smutnego, acz heroicznego wydarzenia historycznego wzniesiono na Wzgórzu Coronilla (dziś Cerro San Sebastian) pomnik upamiętniający dzielne niewiasty – „Heroinas de Coronillas”. Dzień Matki jest obchodzony w Boliwii w rocznicę tej bitwy. Może tego nie widać tak od razu, bo na zewnątrz kobieta jest jednak tą słabszą. Ale w strukturze rodzinnej w zdecydowanej większości kobieta jest tą, która organizuje życie w domu, trzyma pieniądze, często też się zdarza, że to kobieta, mówiąc kolokwialnie, bije męża. Zatem kultura macho jest bardziej stereotypem niż rzeczywistością. Kobieta jest osobą dominującą – w spódnicy, w meloniku na głowie. A mężczyźni, niestety, najczęściej nadużywają alkoholu, są słabego charakteru. Więc to kobieta trzyma całą rodzinę.

>>> Ameryka Łacińska: rośnie bieda, nie widać dróg wyjścia 

Foto: Kasper M. Kaproń

JN: Jeden z misjonarzy brazylijskiego „Przymierza Miłosierdzia” zapytał mnie, czy jak skończę studia doktoranckie z teologii, chciałabym wykładać. Odpowiedziałam mu, że będzie to raczej niemożliwe, ponieważ w Polsce kobiety nie wykładają ani nie prowadzą badań z teologii dogmatycznej i moralnej.

>>> Brazylia: koronawirus w fawelach, gdzie woda i mydło są luksusem

K.M.K: Szczerze mówiąc to u nas, na Katolickim Uniwersytecie św. Pawła w Cochabamba, brakuje kobiet. Na uczelni obowiązuje parytet. Brakuje kobiet ze stopniami naukowymi, które mogłyby zagwarantować, by ta równowaga była spełniona. Czasami z konieczności zatrudniani są mężczyźni tam, gdzie mogłyby być kobiety. Na naszym uniwersytecie kobieta jest teologiem dogmatycznym, kobieta wykłada też nauki biblijne. Obecnie wykładowcami są tylko cztery kobiety, co nie jest dobre. Oczywiście poza kierunkami filozoficznymi, gdzie jest więcej kobiet.

JN: Pytam, ponieważ czasami pojawia się obawa, że wraz z kobietami na wydział wkroczy teologia feministyczna. Oczywiście lęk dotyczy tej najbardziej radykalnej.
K.M.K.: Kiedy w naszym mieście wejdzie się do księgarni katolickiej, to można tam zobaczyć, że jest jedna półka w całości poświęcona teologii feministycznej. Teologia feministyczna jest obecnie też jednym z kierunków promowanych przez Kościół. Osobiście uważam to za kierunek bardzo potrzebny, bo trzeba wskazywać na aspekt kobiecy w myśli teologicznej.

JN: Czyli nie należy się bać, że wraz z kobietami wkroczy jakaś rewolucja teologiczna?
K.M.K: Oprócz tego, że jestem wykładowcą, jestem też wychowawcą kleryków franciszkańskich. Czasami rozmawiamy o tym, co jedna czy druga z profesorek feministycznych powiedziała. Te kobiety są potrzebne, by mogła istnieć różnorodność teologiczna. Ważne, aby klerycy wiedzieli, że istnieją: teologia wyzwolenia, teologie azjatyckie, afrykańskie, ludu, feministyczne czy wiele innych. Teologia, definiując skrótowo, jest nauką o Bogu, którego różne grupy społeczne, kulturowe, religijne mogą różnie postrzegać i próbować definiować. Obdzieranie teologii z tych nurtów nie służy nauce.

Foto: Kasper M. Kaproń/FRANCISZKANIE

JN: Jak kobiety angażują się na parafiach?
K.M.K: W parafiach latynoskich kobiety odgrywają dominującą rolę. Są animatorkami większości grup. Kobiety chyba ze względu na naturalne predyspozycje mają większą chęć bycia zaangażowanymi i są bardziej obecne. W Ameryce Południowej i Środkowej ważnym wydarzeniem jest Synod Kościoła Powszechnego dotyczący Amazonii. W tym tygodniu miałem okazję rozmawiać z biskupem, który będzie reprezentantem na tym spotkaniu z ramienia Boliwii. On konkretnie mówił o otwarciu na rolę kobiety w kwestii sakramentalnej. Czyli o tworzeniu rzeczywistości takiej, jak była u początków Kościoła. Istniałaby zatem posługa służebna – jak jest teraz, ale także, według biskupa, jest możliwość i potrzeba stworzenia posługi uświęcania, co nie jest równoznaczne z udzielaniem święceń. Taka konieczność jest zwłaszcza w miejscach, w których nie ma księdza. Są miejsca, gdzie od 40 lat nie było prezbitera. I tam normalnie kobiety pełnią taką funkcję, przyjmują wyznanie grzechów i wypowiadają słowa przebaczenia, które nie mają charakteru sakramentalnego. Taka jest konkretna praktyka. Wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tę posługę uświęcania (nie mylić ze święceniami) rozciągnąć także na kobiety, które są liderkami wspólnot, żeby miały możliwość wysłuchania spowiedzi, udzielania rozgrzeszenia, przewodniczenia liturgii w sposób pełny. To, że kobiety przewodniczą liturgii i przewodniczą zgromadzeniom wiernych, jest tutaj na porządku dziennym. Trzeci sakrament, którego mogłyby udzielać, to namaszczenie chorych. Oczywiście to na polskim gruncie będzie brzmiało rewolucyjnie. Ale tutaj jest to rzeczywistość, która dziś istnieje. Kościół stanął przed wyborem: albo porzucamy te wspólnoty, albo prowadzimy takie duszpasterstwo, na jakie mamy siły. O tym też będą na synodzie rozmawiać biskupi i zaproszeni goście.

Foto: Kasper M. Kaproń/FRANCISZKANIE

JN: A czy to jest uzasadnione teologicznie?
K.M.K: W wymiarze teologicznym też nie byłoby problemów. Według nauki Kościoła warunkiem rozgrzeszenia spowiedzi jest żal za grzechy, więc tym, co gładzi grzechy, jest doskonały żal. Natomiast w wymiarze sakramentu Eucharystii Jezus powiedział „czyńcie to na moja pamiątkę” – „wy” więc to wspólnota celebruje Eucharystię. Oczywiście jest tutaj konieczny wymiar ikoniczny przewodniczącego i tą osobą byłby biskup, który deleguje osobę do tego, żeby przewodniczyła wspólnocie. Tak uzasadniają ten nurt biskupi Boliwii.

>>> Modlitwa „owcy” do Jezusa Dobrego Pasterza

JN: Synodalność Kościoła, odpowiedzialność za niego w danym kraju, w szerszym czy mniejszym obszarze geograficznym, nie jest rozumiana w Europie.
K.M.K: Synodalność Kościoła jest czymś, co jest naturalnie wpisane w Kościół Ameryki Łacińskiej. Wynika ona z jej historii, a także współodpowiedzialności za niego i zauważenia, że przepisy ogólne nie zawsze dają się implementować w danej rzeczywistości i że życie je wyprzedza. Biskupi, księża, świeccy chrześcijanie z danego miejsca mają wspólnotowy mandat rozeznania i naturalnej, chociażby geograficznej bliskości w przyjrzeniu się danemu problemowi i podjęcia wiążącej decyzji, aby go rozwiązać. Oczywiście tak już było w historii misji w XVI czy XVII w. Wówczas synody Ameryki Łacińskiej podejmowały wiążące uchwały, które były zatwierdzane, bądź nie, przez Stolicę Apostolską na drodze dialogu, rozeznawania w duchu autonomii.

Foto: Kasper M. Kaproń/FRANCISZKANIE


JN:
Jak rozumiem, było już tak wcześniej?
K.M.K:
Dokładnie. Wyobraźmy sobie, jak to wyglądało. Kilkanaście lat trwało zwoływanie spotkania biskupów kontynentu w danej sprawie, zgłoszonej do omówienia. Sama wysyłka i wymiana korespondencji przez busz, puszczę amazońską, świat andyjski trwała miesiącami, a nawet latami. Podróż biskupów kolejne miesiące. Kiedy Kościół naszego kontynentu podejmował na synodzie decyzję dotyczącą jakiegoś zagadnienia, zostawała ona wysłana statkiem przez ocean. Statki czasem tonęły. Kolejny raz wysyłano korespondencję w kilkumiesięczny rejs. Ojciec Święty zwoływał kardynałów do Rzymu, aby dać odpowiedź na daną decyzję, zapytanie. To też zabierało czas. Nie daj Boże w międzyczasie umierał papież. Zwołanie konklawe trwało. Czasem synod kilkadziesiąt lat czekał na odpowiedź. Gdy była negatywna, biskupi Ameryki Łacińskiej spotykali się znowu, aby dać odpowiedź do Rzymu. Tak z czasem narodziła się autonomia, synodalność Kościoła miejscowego, który miał możliwość samostanowienia w wielu ważnych sprawach. Papież Franciszek chce powrócić do tej odpowiedzialności miejscowego Kościoła za samego siebie i interpretację dokumentów Kościoła. Oczywiście ostateczne zdanie w najważniejszych sprawach dogmatycznych i moralnych miałby Watykan.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze