islam

EPA/ABEDIN TAHERKENAREH

Muzułmanie podczas wojny przynosili nam jedzenie [ROZMOWA] 

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Anna Łuczak FMM w sumie przez 16 lat była na misjach w Afryce północnej: w Tunezji i Algierii, a także podczas wojny domowej w Libii. W rozmowie z Zofią Kędziorą opowiada o relacjach z muzułmanami, odmiennej duchowości i postaci Maryi, która łączy te dwie wielkie religie.

Zofia Kędziora (misyjne.pl): 16 lat na misji w środowisku… muzułmanów. Gdy siostra przybyła do Libii, wybuchła tam wojna domowa. Jak to wtedy wyglądało? 

Anna Łuczak FMM: Gdy wybuchła wojna, każda z sióstr musiała zadeklarować przed Przełożoną Generalną , czy zostaje, czy wyjeżdża. W tym czasie zadzwonił do mnie polski ambasador, który powiedział, że jest samolot do Polski, w którym jest dla mnie miejsce. Wtedy wszyscy cudzoziemcy stamtąd uciekali, a ja dopiero co przyjechałam.  Powiedziałam sobie, że skoro siostry zostają, to zostanę z nimi. Wtedy byłam taka odważna (śmiech). Ale wojna jest wojną, i przeżyłyśmy ją na własnej skórze. Bombardowanie, ranni, porwania i ciągłe zagrożenie życia. Mieliśmy przyjaciół i chroniliśmy się nawzajem. W czasie bombardowania spałyśmy w domach wykutych w skale. Pamiętam, że spaliśmy pokotem na materacach w tych jaskiniach, by uchronić się przed bombardowaniem. Potem poszłyśmy spać do szpitala, ale i on został zbombardowany.

>>> Uchodźca z Libii: Dziękuję Bogu, że udało nam się stamtąd uciec. Tam jest wiele cierpienia

Były siostry wtedy w środku?

Tak, to była nasza pierwsza noc. Sto metrów od nas trafił pocisk. To było dla nas bardzo ciężkie przeżycie. Oczywiście, do końca nocy już nie spałyśmy. Wróciłyśmy wtedy do siebie, bo szybko okazało się, że w czasie wojny żadne miejsce nie jest bezpieczne. Już od miesiąca miałyśmy w samochodzie spakowane najważniejsze rzeczy. Jeszcze kilka dni tam trwałyśmy, ale uciekłyśmy z Jefrenu w momencie, w którym odcięto prąd, ponieważ wówczas nie można było już nic zrobić, nie było nawet wody.

islam

EPA/ABEDIN TAHERKENAREH

Gdzie siostry potem uciekły?

Do Tunezji. Tam przeczekałyśmy kilka miesięcy, w okolicach listopada wróciłyśmy do Libii. Wtedy, z powodu mojego wykształcenia pielęgniarskiego, zaczęłam pracę w szpitalu. Jednak znów nie trwało to długo, ponieważ sytuacja w Libii wciąż nie była stabilna, i nie miałyśmy wtedy tam zbyt wielu sióstr. Znów zostałam skierowana do Tunezji, by zajmować się starszymi i schorowanymi siostrami misjonarkami. Co niedzielę miałam także okazję dawać katechezę młodym Afrykańczykom, studentom albo uchodźcom, którzy pragnęli przyjąć chrzest w Kościele katolickim. To był dobry czas spotkania z ludźmi innymi. Z racji mojej posługi przy starszych siostrach dużo jeździłam do szpitali. Gdy miałam czas, to chodziłam do takiego centrum dzieci porzuconych, z powodu gwałtu czy niechcianej ciąży, by je przytulać, bawić się z nimi, karmić je czy myć. One miały tam dobrą opiekę, tylko niestety nikt nie spędzał z nimi czasu.

Wracając do kwestii misji w kraju muzułmańskim. Jak odnajdywała się siostra w takiej posłudze?

W Tunezji byłam wtedy, gdy Europa była wstrząsana zamachami. Niezwykle wzruszający był dla mnie fakt, że nasi przyjaciele muzułmanie przychodzili nas przepraszać za to, co działo się w Europie. To było dla mnie wstrząsające. Zresztą, poruszająca była dla mnie w ogóle postawa muzułmanów, którzy, gdy przyjechałam do Tunezji, przyjęli mnie, jak swoją rodzinę.

unsplash

Dlaczego tak się zachowywali?

Myślę, że to owoc tego, co działo się tam przez kilkadziesiąt lat – to była ogromna praca wielu misjonarzy i misjonarek. To właśnie oni zakładali tam szkoły, opiekowali się chorymi, pomagali kobietom i tak dalej. Gdy tam przyjechałam, czułam się jakbym za darmo dostawała mandat zaufania od tych ludzi. Na zasadzie „należysz do katolików, to możemy tobie ufać”. Zresztą, w każdym kraju muzułmańskim byłyśmy bardzo dobrze przyjmowane. Gdy byłyśmy w Libii na wojnie, to nasi muzułmańscy sąsiedzi przynosili nam jedzenie. Organizowali je z organizacji Czerwonego Półksiężyca, starali się, żebyśmy czuły się dobrze. Trzeba przecież pamiętać, że muzułmanie to jedno, a terroryści to drugie. Oczywiście, terroryści wywodzą się z islamu, jednak w wyniku wszystkich tych dramatów ucierpiało najwięcej samych muzułmanów. Podczas misji doświadczyłam przede wszystkim sąsiedzkich i przyjacielskich relacji. W czasie wojny nasz dom był zawsze „chroniony”. Nie mówię tutaj o policji, tylko o bardzo dyskretnych działaniach naszych przyjaciół, którzy mieli na nas oko. Być może dzięki temu przeżyłyśmy.

>>> Libia: potrzebne korytarze humanitarne dla uchodźców

To wstrząsające świadectwo. Jak w takich warunkach wyglądała kwestia ewangelizacji? Wiele osób przecież twierdzi, że muzułmanie i chrześcijanie wierzą w tego samego Boga. 

Nie ośmieliłabym się powiedzieć, że wierzymy w tego samego Boga. Mogłabym powiedzieć, że zarówno my – chrześcijanie i oni – muzułmanie wierzymy w „Boga Jedynego”. My wierzymy w Boga w Trójcy Jedynego, a dla nich Bogiem jest Allah. Dla muzułmanów Bóg, który jest Trójcą, to trzej różni bogowie. Oni tego nie akceptują, dla nich to nie monoteizm. Doświadczyłam wiele razy prób nawracania mnie na islam. Ja raczej unikałam postawy „nawracania”. Gdy obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, to zadawano nam pytania, co świętujemy. Wtedy mówiłam o Jezusie i Maryi, ponieważ to „postacie”, które są oczywiście uznawane przez Koran. Jezus jest dla nich wielkim prorokiem, a Maryja jego Matką, jest kobietą bez skazy.

islam

EPA/ABEDIN TAHERKENAREH

Czy te rozmowy coś dawały?

Oczywiście! Wiele osób chciało się dowiedzieć, jak to u nas wygląda. Jednak mówię tutaj o osobach, które chciały rozmawiać. Większości, która chciała mnie koniecznie „nawrócić”, nie interesowało jakim jestem człowiekiem i jakie wartości wyznaję. W tej kwestii nie doświadczyłam niestety otwartości. My, katolicy, mówimy bardziej świadectwem, a oni chcą nawracać. Często zarzuca się Kościołowi, że na misjach w tych krajach jest zbyt ostrożny. Być może. Wiem jednak, że ten, kto chce się nawrócić, znajdzie katolików, wie gdzie nas szukać. Takich osób spotkałam bardzo dużo. Niektórzy z nich musieli wyjechać ze względu na bezpieczeństwo. Pamiętam, że poznałam kiedyś taką rodzinę chrześcijańską, która musiała  uciekać. Gdy dzieci zaczęły w szkole opowiadać o Jezusie, to spotkał ich ostracyzm. W Algierii i Tunezji spotkałam wiele rodzin, które nawróciły się na chrześcijaństwo. Oni żyli wiarą bardzo głęboko, ale nawet ich najbliżsi o tym nie wiedzieli. Kościół na tych terenach ma ogromne zadanie, ma prowadzić tych ludzi, mówić o Bogu ich językiem, w ich kulturze. Ale zawsze powtarzałam, że tam gdzie różnorodność, tam są nie tylko problemy, ale przede wszystkim bogactwo. To ludzie, którzy mają duże poczucie duchowości, poczucie Boga i poczucie sacrum.

>>> Wartość Maryi, matki Jezusa w islamie

Wspomniała siostra o postaci Maryi. Czy nie jest trochę tak, że jej osoba, mimo tak wielkich różnic, najbardziej łączy chrześcijan i muzułmanów?

Nie odpowiem na to pytanie bezpośrednio, ponieważ nie jestem znawcą, ale myślę, że Maryja jest takim punktem, który nas łączy. Pamiętam, że jak pracowałam jako zakrystianka w bazylice w Algierii, Notre Dame d’Afrique (tłum. Nasza Pani z Afryki), to dotknęła mnie bardzo liczba kobiet muzułmańskich, które przychodziły do naszej świątyni. One się modliły za wstawiennictwem Maryi o dziecko. Gdy zaczęłam tam posługę, to o tym nie wiedziałam i pytałam się innych sióstr, dlaczego przy ołtarzu jest tyle małych lalek. Okazało się, że to były dowody wdzięczności za wysłuchane modlitwy. Maryja jest dla nich czystą kobietą, bez grzechu. Według nich Maryja ma wielką moc wypraszania łask u Allaha. Ja myślę tak: oni też modlą się za wstawiennictwem Maryi. Tak samo jak my.

Zobacz także
Wasze komentarze