Fot. arch. zbiory prywatne

Na barce z węglem

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Dr Wanda Błeńska i o. Marian Żelazek SVD. Z doktorem Norbertem Rehlisem, jednym z założycieli Fundacji Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio” o świętości dwojga polskich misjonarzy, która realizuje się w codziennym życiu, trosce o drugiego człowieka i czasie mu poświęconym rozmawia Zofia Kędziora.

Zofia Kędziora: rozmawiamy na oddziale chorób tropikalnych, a więc w miejscu, które łączy historie dr Wandy Błeńskiej i o. Mariana Żelazka SVD.

Dr Norbert Rehlis: dr Wanda Błeńska i o. Marian Żelazek mieli ze sobą bardzo dużo wspólnego. Nie ulega wątpliwości, że byli ludźmi wielkimi, ale przede wszystkim „zwyczajnymi”. Zawsze mnie uderzało w ich postawie względem innych to, że byli dostępni. Czasami jest tak, że jak ktoś już coś osiągnie, to wtedy tworzy jakieś bariery, czuje się może wyżej. Poznałem zarówno dr Wandę, jak i o. Żelazka, gdy byłem studentem, to znaczy zwykłą osobą. Nawet nie byłem chyba jakimś poważnym partnerem do rozmowy i nie miałem żadnych osiągnięć. A jednak zarówno dr Błeńska, jak i o. Żelazek cenili mnie na równi z innymi, nie tworzyli żadnych barier.

Ja była dr Wanda Błeńska?

Nigdy nikogo nie oceniała. Jak ktoś o cokolwiek ją prosił, zawsze to spełniała. Niektórzy nawet twierdzili, że dr Wanda jest wykorzystywana przez innych. Ale ona się nigdy nad tym nie zastanawiała, czy coś jest potrzebne, czy nie. Proszą? To trzeba dać. Nieraz inni przychodzili do niej po prostu po pieniądze. Ktoś mógł mieć nawet więcej tych pieniędzy od niej, ale skoro prosił, to ona mu je dawała. Jak wiadomo, zanim poświęciła się misji, miała trudne przeżycia wojenne. Była żołnierzem w Podziemiu, była w AK, później, jak chciała ratować swojego brata, to opuściła Polskę na barce z węglem. Zdecydowanie nie miała łatwego życia. Gdy nawet pracowała już na misji, przez wiele lat polski rząd (PRL) się do niej nie przyznawał. Była przez to nazywana „lekarką bez ojczyzny”. Ale ona nie miała do nikogo żalu, gdy wróciła do Polski. Nigdy nie było w niej postawy wyższości względem kogokolwiek.

Poznań: odbędzie się msza święta w 4. rocznicę śmierci dr Wandy Błeńskiej

Marian Żelazek SVD miał przecież podobnie trudną, wojenną przeszłość.

Przeżył prawie całą wojnę w obozach: w Forcie VII, w Mauthausen-Gusen czy w Dachau. Więc właściwie oboje przez to piekło II wojny światowej przeszli, mieli podobne doświadczenia. Ale oboje również, mimo tego, szukali dobra w ludziach. Zawsze przypominam sobie pewną historię związaną z o. Żelazkiem: gdy przeniósł się do Aśramu, jego parafię objął o. Kurian. Akurat byłem w tym czasie w Indiach, to były święta Bożego Narodzenia. Wówczas ten proboszcz przybiegł zapłakany do o. Mariana, ponieważ ktoś ukradł figurkę Jezusa z szopki. Ojciec Żelazek wtedy na niego spojrzał i powiedział: „dlaczego się tak smucisz, Jezus jest teraz wśród tych, którzy Go najbardziej potrzebują”. Taka była postawa o. Żelazka, we wszystkich sytuacjach starał się szukać dobra. Nieraz mi opowiadał, że niektórzy potrafili go nawet zawstydzić. Kiedyś jechał pociągiem i usiadł razem w przedziale z dwiema kobietami w białych sari z niebieskim paskiem i z przypiętymi krzyżykami. Wtedy jeszcze Zgromadzenie Matki Teresy – Misjonarek Miłości nie było tak znane, nawet w samych Indiach. Podczas tej jazdy pociągiem długo się zastanawiał, jakie to zgromadzenie, bo pierwszy raz widział taki habit. Wpadł więc na pomysł, że podzieli się z nimi jedzeniem i przy okazji może uda mu się zainicjować jakąś rozmowę. Gdy już chciał to zrobić, te siostry odparły, że im nie wolno przyjmować jedzenia, chyba że poczęstuje wszystkich w przedziale. One nie chcą być wyróżnione, chcą żyć tak samo jak hindusi. To był właśnie ten moment, gdy o. Żelazek poczuł się zawstydzony. Potem mi dopowiedział, że „to chyba wielkie siostry będą” (śmiech).

fot. Grzegorz Dembiński, „Głos Wielkopolski”

Oboje są Sługami Bożymi, kandydatami do beatyfikacji.

Ja myślę, że po tym właśnie można poznać wielkiego i świętego człowieka, że jest normalny. Inaczej mówiąc – to nie ona czy on mówi, że jest kimś wielkim, ale to wszyscy naokoło mówią: to wielcy ludzie. Tak również było z dr Wandą Błeńską – lokalna społeczność miała do niej olbrzymi i niczym nie wymuszony szacunek. On płynął do Indii z podziwu dla jej pracy i poświęcenia. Skromność cechuje ludzi wielkich. Pamiętam z czasów studenckich, że kiedyś zażartowałem przy dr Błeńskiej, że musi wpaść do naszego akademika. To naprawdę był tylko żart, absolutnie nikt się nie spodziewał, że już wtedy doktor honoris causa będzie odwiedzać studentów w akademiku. Kilka dni później słyszymy stukanie do drzwi. No i pytam „kto tam?”. I słyszę: „Wanda Błeńska, no przecież mnie zaprosiliście” (śmiech). Spędziliśmy wtedy długi i pełen radości wieczór. Nikt nie czuł żadnej różnicy wieku, czuliśmy, jakby była naszym rówieśnikiem. Tak właśnie Ją wspominam – to był człowiek bez barier.

Była niesamowita.

Każdy człowiek ma czasami lepsze i gorsze dni. Pamiętam, że zdarzało mi się odwiedzić dr Błeńską bez zapowiedzi. I za każdym razem, gdy otwierała mi drzwi, mówiła: „jak się cieszę, że przyszedłeś! Mam tutaj przygotowaną czekoladkę i herbatę, cieszę się, że jesteś” (śmiech). Była taka radosna, i myślę, że była taka dla każdego. I było tak przez cały czas, aż do jej śmierci.

Jak wspomina pan doktor wasze ostatnie spotkanie?

Spotkaliśmy się na kilka dni przed jej śmiercią. Ona była do końca sprawna umysłowo. Siedzieliśmy na werandzie i zadawała mi nawet jakieś pytania. Towarzyszyła jej pielęgniarka, która jej pomagała. Rozmawialiśmy chyba z półtorej godziny. Co prawda mówienie ją już wtedy męczyło, ale umysł był zaskakująco sprawny. Nie spodziewałem się, że pani doktor może już niedługo umrzeć.

Wielu ludzi mówi, że Marian Żelazek SVD posiadał dar przekonywania do siebie ludzi. To prawda?

Ludzie naprawdę kochali zarówno dr Błeńską, jak i o. Mariana. Obydwoje mieli ten niezwykły dar. Z o. Marianem jest związana nawet pewna historia. Kiedyś dano mu do pomocy pewnego hinduskiego lekarza. Okazało się szybko, że nie był tylko lekarzem, ale – mówiąc potocznie – uchem i okiem miejscowych władz, czyli po prostu donosicielem. O. Marian oczywiście szybko zorientował się w intencjach tego człowieka. Myślę, że mając kogoś takiego obok siebie, nikt z nas nie byłby szczęśliwy. Informacje, które miał, mogłyby spowodować, że na przykład nie zostałaby przedłużona wiza, bo nawrócenie hinduisty jest sprzeczne z prawem i tak dalej. O. Marian doskonale o tym wiedział. Mimo tego traktował go bardzo dobrze, można powiedzieć, że nawet jak własnego przyjaciela. Po pewnym czasie po prostu go do siebie przekonał. Ten lekarz potem mu powiedział, że donosił, o czym o. Żelazek przecież wiedział. Był tak poruszony pracą i poświęceniem o. Mariana, że nawet gdy zrezygnował ze współpracy z rządem, dalej mu pomagał. Taki był właśnie o. Żelazek. Przyciągał do siebie wszystkich, nawet potencjalnych wrogów.

Na barce z węglem
6 (100%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze