EPA/KIMIMASA MAYAMA

Obcy w Kraju Kwitnącej Wiśni [ROZMOWA]

9 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Ojciec Tomasz Pawelec, dominikanin, przez 34 lata (od 1985 do 2019 r.) pracował jako misjonarz w Japonii. Kraj ten, od 23 do 26 listopada, odwiedzi podczas swojej azjatyckiej podróży papież Franciszek. W rozmowie z Hubertem Piechockim o. Pawelec przybliża Kościół i społeczeństwo japońskie.   

Hubert Piechocki: W 1985 roku, jako młody kapłan, wyjechał ojciec do Tokio. Skąd pomysł na ten wyjazd?

Tomasz Pawelec, dominikanin: Moje powołanie misyjne zrodziło się już w nowicjacie. Spotkałem wtedy ojca, który wcześniej pracował w Chinach. Potem musiał uciec z Państwa Środka i działał w Australii. Mieszkając w Poznaniu (nowicjat dominikański znajdował się wtedy w klasztorze poznańskim – przyp. red.) zapoznawał nas z pracą misjonarzy na Dalekim Wschodzie i uczył nas angielskiego. Zatem już w nowicjacie zostało zasiane ziarno tego powołania misyjnego. W czasie studiów dużo myślałem na tym, by skupić się w życiu na historii myśli św. Tomasza. Trzeba jednak było w końcu podjąć decyzję. I jednak wygrała ta myśl, żeby poświęcić się misjom.

Wyjechał ojciec rok po święceniach. 

Nie miałem problemów z paszportem. Chyba nie byłem na czarnej liście, nie byłem wielkim zagrożeniem (śmiech). Trzeba było trochę czekać na wydanie dokumentów. Pierwszą wizę dostałem tylko na rok. Podczas mojego 34-letniego pobytu Japończycy zmienili swoje prawo związane z obcokrajowcami. Teraz jest dużo łatwiej. Nasze wizy przedłużano najpierw na 3 lata, a teraz już nawet na 5. Japonia bardzo otworzyła się na zagranicznych gości.  

EPA/MARK R. CRISTINO

Wylądował ojciec w Tokio i coś ojca na początku zaskoczyło? 

Wylądowałem na lotnisku Haneda, teraz są dwa lotniska międzynarodowe: Haneda i Narita. Pierwszym szokiem było dla mnie to, że musiałem podejść do okienka kontroli paszportowej, nad którym było napisane aliens. A to aliens kojarzy się oczywiście głównie z filmami science-fictions i dziwnymi stworami… Teraz na szczęście jest już tylko napis foreign. 

Z katolickiego kraju trafił ojciec do państwa, w którym chrześcijanie stanowią margines społeczeństwa. To był duży szok? 

Na początku mojego wyjazdu nie skupiałem się na obserwacji Kościoła, wtedy po prostu… uczyłem się języka. Wiedziałem jednak, że muszę przyjąć sytuację taką, jaka jest. Bez porównywania tamtejszego Kościoła z tym, który znałem z Polski. W klasztorze żyło się bardzo normalnie – jak tutaj, w kraju. Pamiętam niedzielne msze święte konwentualne, o 10. Pełen kościół ludzi. Przez pierwszy rok nie rozumiałem kazań. Ludzie byli zaangażowani, bardzo dobrze śpiewali. Poziomu śpiewu statystycznego Japończyka jest bardzo wysoki, to bardzo uzdolniony muzycznie naród.  

Nauka języka japońskiego musiała być ciekawym doświadczeniem. 

Podstawą na początku było słuchanie. Początkowo uczyliśmy się języka w transkrypcji na alfabet łaciński. Tak mieliśmy zapisane też teksty mszy świętych. Dlatego już po 3 miesiącach mieliśmy samodzielnie odprawiać Eucharystię z pomocą tych zapisów. Dla nas, Polaków, japońskie dźwięki nie były trudnością. Problemem na początku były kazania, z czasem zaczęliśmy je też bez problemu głosić po japońsku. 

>>> Wizyta w Japonii to spełnienie marzeń Franciszka. Wcześniej chciał być tam misjonarzem 

Ojciec przez 34 lata podróżował między placówkami misyjnymi w Tokio i Fukushimie. 

Spędziłem ponad 22 lata w Fukushimie, pozostałe lata byłem w Tokio. W Fukushimie pracowałem w parafii. Tam moim głównym zadaniem było utrzymanie, rozwój i zapewnienie żywotności miejscowej wspólnocie. Moją misją było więc działanie z ludźmi, którzy pojawili się w parafii. Przez jakiś czas wykładałem na miejscowym college’u Pismo Święte. Na te zajęcia chodzili młodzi ludzie – niewierzący. Niektórzy byli bardzo zainteresowani Biblią, to było widać w ich pracach zaliczeniowych. Byłem też zapraszany przez różne grupy, żeby opowiedzieć o chrześcijaństwie. Przez 16 lat prowadziłem też przedszkole katolickie.  

Symbolem Japonii jest wulkan Fuji, legendarne dla Japończyków wzniesienie. fot. unsplash.com

Czyli pracował ojciec także z najmłodszymi Japończykami. 

Prowadziłem tam katechezę dla najstarszych grup – pięciolatków. W każdym tygodniu mieliśmy takie 20-30 minut, w czasie których przybliżałem tym dzieciom postać Pana Jezusa i Jego słowo. Młodsze dzieci prowadziła siostra. Przedszkole było prowadzone wg metody Montessori. Co miesiąc przez 16 lat wydawaliśmy też taki biuletyn, w którym starałem się przekazać, jak najprościej, wiedzę katechizmową. Rytm życia w Japonii jest zupełnie inny niż w Polsce. Rok szkolny zaczyna się tam w kwietniu. Święta wielkanocne wypadają więc na początku szkoły… 

To musi być duża trudność – taka organizacyjna… 

Jest wtedy dużo narad, spotkań, zebrań… Święta wielkanocne przechodziły przez to bez żadnego oddźwięku. To jest czas wielkich zmian w Japonii i przez to Wielkanoc ucieka… Trudno się skupić. Za to Boże Narodzenie obchodzone jest bardzo intensywnie. Mają tam m.in. tradycję jedzenia tzw. christmascake. W przedszkolu zawsze ogłaszaliśmy, że 24. i 25. grudnia są msze święte i część dzieci z rodzinami przychodziła na liturgię. Ostatnio też zrobiła się taka tradycja – całkiem świecka – że Christmas to Dzień Zakochanych. Taka przymiarka do Walentynek. 24 grudnia wieczorem zakochane pary chodzą na dobrą kolację. Przed pasterką, a czasem i zamiast pasterki. 

>>> Franciszek: to zjawisko powoduje zniszczenie kulturowe 

Chrześcijan w Japonii jest garstka. A co można w ogóle powiedzieć o kondycji duchowej japońskiego społeczeństwa? 

Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Gdy przyjechałem do Fukushimy poproszono mnie przed Bożym Narodzeniem o takie wprowadzenie do chrześcijaństwa. Ci8, którzy mnie zaprosili chcieli chyba pokazać, że chrześcijaństwo to religia z zewnątrz. To myśl, która nadal jest mocno zakorzeniona w społeczeństwie japońskim. Szintoizm – ich własna, podstawowa religia – nie jest z zewnątrz. Buddyzm kiedyś był z zewnątrz, ale już nie jest. Już jest wpisany w ten ich organizm duchowy. A chrześcijaństwo wciąż jest przez nich traktowane jak coś z zewnątrz. Dlaczego? Być może dlatego, że wiele osób poznaje chrześcijaństwo dzięki zagranicznym misjonarzom. Może wielu ludzi ma za mało do czynienia z kapłanami z Japonii? Na naszym terenie wtedy nie było jeszcze japońskich księży. Teraz to się zmienia, choć nieznacznie. 

Czyli? 

Przykładowo diecezja, w której pracowałem (diecezja Sendai), obejmuje cztery województwa. Pracuje w niej ok. 30 – 32 księży. Połowa to Japończycy, a połowa to księża z zagranicy (Polska, Indonezja, Indie, Meksyk – bardzo międzynarodowe towarzystwo). Ci, którzy mnie wtedy zaprosili, chcieli chyba też sami siebie przekonać, że są z natury religijni.  

Jak mamy to rozumieć? 

Chcieli przekonać samych siebie, że są religijni – wychowani na podstawie szintoizmu. Japońskie powiedzenie mówi, że tam jest bardzo wielu bogów i przez to zawsze sobie dadzą radę. I nie potrzebują zatem kolejnych bogów – których może im przynieść chrześcijaństwo. To było dla mnie wtedy bardzo odkrywcze spojrzenie. To się do dzisiaj nie zmieniło. Wpływ na to miała na pewno tradycja wyspiarska. Japonia była też przecież przez ok. 150 lat zamknięta na świat (poza kontaktami handlowymi z Holandią). Kraj się bardzo rozwinął po upadku szogunatu, potem miała miejsce tragedia wojny na Pacyfiku, zniszczenie i odbudowa kraju. Swoimi własnymi siłami i ciężką pracą Japonia stała się prawdziwym mocarstwem. Dlatego niełatwo przyjmują coś z zewnątrz – a tym wciąż jest dla nich chrześcijaństwo. Choć jest wiele osób, które stara się im przybliżyć Jezusa – choćby wybitni japońscy, katoliccy pisarze. Starają się pokazać, że Jezus swoim nauczaniem wzbogaca myśl japońską. Dużo dzieje się na uczelniach wyższych. Ale nic nie dzieje się oczywiście od razu. Widziałem to pracując w przedszkolu. Nie widać od razu efektów tej pracy. Nie zauważyłem, żeby ktoś się nawrócił na chrześcijaństwo. Mam nadzieję, że to słowo jakoś w nich zostanie – w rodzicach i dzieciach.  

PAP/EPA/SANJAY BAID

Powiedział mi ojciec przed wywiadem, że to były najlepsze 34 lata życia ojca. Był to na pewno czas obserwowania społeczeństwa japońskiego. Jacy są więc na co dzień Japończycy? 

Można usłyszeć o nich wiele różnych opinii. Po pierwsze trzeba przyznać, że pracowitość, obowiązkowość, solidność są u nich na pierwszym miejscu. W Polsce zimny pot mnie zalewa, jak muszę coś załatwić w urzędzie. W Japonii pobyt w urzędzie był przyjemnością. Dokładnie o wszystko wypytują, kierują do odpowiedniego okienka, żadnego stresu w urzędzie. W Japonii dla każdego każdy jest interesantem. To taki ściśle związany ze sobą organizm. Jak wszystko w nim dobrze funkcjonuje, to jest dobrze. Ale jak coś nie działa, to ten organizm broni się w ten sposób, że wyrzuca na zewnątrz niepotrzebną jednostkę. W takim zwartym organizmie zawsze znajdą się jednostki, które nie potrafią w nim funkcjonować. 

I powstają problemy… 

Są problemy w szkolnictwie – dzieci nie chcą przychodzić do szkoły, są rozdrażnione i nie można prowadzić lekcji. Z tego biorą się depresje i ucieczki. Wypadnięcie z tego systemu może skutkować samobójstwami. Japonia zmaga się z plagą samobójstw. Trudno dotrzeć do dokładnych danych pokazujących skalę tego zjawiska (ostatnie mówiły o 30 tys. samobójstw rocznie). W Japonii wszyscy są związani ze wszystkimi i czasem trudno powiedzieć, co jest prawdziwe, wszystko jest rozmazane. Dużo rozmazanych sytuacji. Japończycy powiadają, że „kłamstwo tez jest sposobem wyrażania czegoś”. Wszystko po to, by udało się utrzymać ten organizm. To wynika z tego, że kiedyś tak musiały działać wioski japońskie – wszyscy musieli trzymać się razem, żeby była woda i żeby można było uprawiać ryż. Mówienie o społeczeństwie japońskim trzeba na pewno podbudować teorią amae 

>>> Papież apeluje o ochronę kobiet i dzieci, ofiar wyzysku 

Co to znaczy? 

Dla nas to trudne do zrozumienia… Amae jest, według japońskich psychiatrów, cechą charakterystyczną Japończyków. Bardziej dokładnie możemy określić amae jako pragnienie bycia uzależnionym od innego człowieka, ale też pragnienie jedności, nawet zlania się razem z innym.

Papież Franciszek przybywa do Japonii. Z jakim Kościołem się tam zetknie? 

W Japonii działa 16 diecezji i sytuacja każdej z nich jest bardzo różna, nie da się jednoznacznie ocenić kondycji Kościoła w Japonii. Diecezja Sendai, w której pracowałem, zmaga się z kryzysem. Do tej pory diecezja miała od 12 do 15 tys. wiernych, w zeszłym roku liczba wiernych spadła poniżej 10 tys. Mniej ludzi przyjmuje chrzest – to na pewno jedna z przyczyn tego kryzysu, która jest zależna od pracy misjonarzy. Ale druga przyczyną jest to, że wielu młodych kończących szkołę wyjeżdża do Tokio i do innych miejsc. Znikają z diecezji. Ale są też diecezje takie jak Osaka czy Nagasaki, które mają po 60 tys. wiernych, to – jak na Kościół w Japonii – ogromne zasoby ludzkie i duchowe. Siłę tych zasobów odczuliśmy na pewno w 2011 roku, gdy 11 marca miało miejsce to wielkie trzęsienie ziemi. Kościół na naszym terenie ucierpiał, otrzymaliśmy ogromną pomoc od południowych diecezji. Podarowano nam wodę pitną czy żywność. Kościół w Japonii wspiera się nawzajem. Po ośmiu latach od tamtego wydarzenia Japonia wraca do normy.  

 

*** 

Ojciec Tomasz Pawelec, dominikanin, przez 34 lata (od 1985 do 2019 r.) pracował jako misjonarz w Japonii, od września mieszka w poznańskim klasztorze ojców dominikanów. 

Zobacz także
Wasze komentarze