fot. misyjne.pl

Polski misjonarz z rwandyjskim sercem [ROZMOWA]

13 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Ksiądz Ignacy Cieślak w 1975 roku miał 59 lat. Nie myślał wtedy o żadnej emeryturze. Ba, postanowił nagle radykalnie zmienić swoje życie. Został misjonarzem i wyjechał do Rwandy! O swoim wujku opowiada ks. Jan Cieślak. 

Hubert Piechocki (misyjne.pl): Osoba wujka miała jakiś wpływ na twoje powołanie? 

Ks. Jan Cieślak: Na pewno miał ogromny wpływ. Myślę, że wuja modlił się o to, żeby było kolejne powołanie z rodziny. W naszej familii było wielu księży i sióstr zakonnych, w większości byli to pallotyni i pallotynki. Ja poszedłem inny drogą i wstąpiłem do seminarium diecezjalnego.  

Jak pamiętasz wujka? Miałeś 10 lat, gdy on zmarł (2002 r. – przyp. redakcji). 

Przez mgłę. Pamiętam, że jak przyjeżdżał, to wielu ludzi chciało z nim rozmawiać, być blisko niego i słuchać jego historii – o pracy misyjnej, codzienności w Rwandzie czy o wojnie domowej w Rwandzie. Ludzie garnęli się do niego, a on cierpliwie opowiadał.

>>> W tym kraju dzieje się jeden z największych cudów [ROZMOWA]

Wujek urodził się w 1916 roku. Gdyby żył – miałby teraz 103 lata. 

W swoim życiu wiele przeżył. W czasie drugiej wojny światowej spotkało go sporo przykrych doświadczeń. Myślę, że one go ukształtowały i zaprawiły w boju. Uciekł przed oprawcami. Dziadek opowiadał, że wujek był bliski śmierci, uciekł przed oprawcami. Pan Bóg czuwał nad jego losem. Wuja od najmłodszych lat czuł powołanie misyjne, bardzo chciał wyjechać na misje. Ta myśl nieustannie mu towarzyszyła. Na obrazku prymicyjnym miał napisane: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. Te słowa wypełniły się w jego życiu dopiero w wieku 59 lat. Został wtedy posłany przez swoich pallotyńskich przełożonych do Rwandy, by służyć tamtejszemu Kościołowi.

fot. archiwum prywatne ks. Ignacego Cieślaka

Powołanie misyjne narodziło się szybko, ale wcześniej było oczywiście powołanie kapłańskie. 

Wuja przez wiele lat pracował na placówkach pallotyńskich tutaj w Polsce – w Gdańsku, w Ołtarzewie, w Częstochowie, na Karczówce w Kielcach. Był cenionym budowlańcem. Budował też fundamenty pod pierwszą kaplicę na Krzeptówkach w Zakopanem. Z biegiem czasu wzrastało w nim też to powołanie misyjne. Przybył do Rwandy 21 marca 1975 roku, na zaproszenie ks. Henryka Kazanieckiego, proboszcza parafii Masaka. 

Symboliczne jest to, że wujek przyjął święcenia kapłańskie w 1943 roku, w trakcie drugiej wojny światowej. 

To był niezwykły czas i moment. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, co działo się wokół. A jednocześnie podjął decyzję, by całe życie oddać Bogu. Myślę, że wuja wiedział, że w Nim – w Jezusie – jest zwycięstwo i pełnia życia. Dopiero, gdy człowiek przeżywa swoje życie z Bogiem, to może być prawdziwie szczęśliwy i żadne rzeczy nie są mu straszne.

>>> „Widziałem, jak mojej siostrze pocięto twarz”. Rwanda i świat wspomina tragiczne wydarzenia [ZDJĘCIA]

Skupmy się teraz na misyjnym etapie życia księdza Ignacego. To 27 lat na misjach w Rwandzie. 

Wuja, gdy wyjechał, miał prawie 60 lat. Choć nie skończył żadnej szkoły budowlanej, to ceniono go właśnie jako „budowlańca” i „inżyniera”. Jechał więc do Rwandy z przekonaniem, że zna się na budowlance. Chciał w ten sposób wspomóc pallotynów, którzy kilka lat wcześniej rozpoczęli posługę w tym kraju. Nie znał języka, tamtejszej kultury, ludzi i afrykańskiego stylu życia. Jechał z przekonaniem, że będzie pełnił wolę Bożą, że będzie tam budował i sprawował sakramenty. Jego podstawowym zadaniem miało być właśnie stawianie nowych budynków, kościołów, w rwandyjskich miastach i miasteczkach. Wuja od początku miał łatkę starszego misjonarza, więc wszyscy postrzegali go jako ojca. Z podziwem wypowiadali się też o nim inni misjonarze. Wiele osób szukało u niego porady, był tez ich spowiednikiem. Wuja nie był łagodny, pozornie był nawet taki szorstki, surowy, ale równocześnie był bardzo wrażliwy. 

fot. archiwum prywatne ks. Ignacego Cieślaka

W Polsce było wtedy ciężko, panował okres PRL-u. Budowlańcy nie mieli łatwo. Co dopiero na budowach w dalekiej Rwandzie… 

Nie miał tam łatwo, ale wujek był złotą rączką. Potrafił wszystko zrobić. Umiał na miejscu sklecić sobie narzędzia, a niektóre przewoził też w walizkach, z Polski. Podczas wakacji w Polsce, nigdy nie myślał o swoim wypoczynku. Zawsze jeździł, robił zakupy śrub, młotków, innych rzeczy potrzebnych do budowania, naprawiania obiektów czy hydrauliki. Czuł się odpowiedzialny za powierzone mu zadania. Wiedział, że może wiele zrobić i że jest w tym dobry. Na ile mógł, to budował w Rwandzie Kościół – nie tylko ten duchowy, ale też ten materialny. Misjonarze przecież nie tylko rozwijają w ludziach wiarę, ale tworzą też materialne dzieła – szkoły, kościoły, przychodnie… Budynki zbudowane przez wuja nadal stoją, wszyscy mówią, że to żywe pomniki jego misyjnej pracy w Rwandzie. Jest taki metalowy krzyż, który wiele lat temu wuja postawił w jednej z placówek. Stoi tam do dzisiaj, ludzie się przy nim modlą. To jest żywe świadectwo pracy wuja.  

Budowlaniec. To jeden rys wuja. A jakim był duszpasterzem dla miejscowej ludności? 

Miał już 60 lat, więc z trudem przychodziła mu nauka niełatwego języka rwandyjskiego. Słowo są w nim do siebie tak podobne, że czasem wystarczy zmiana akcentu i zupełnie zmienia się znaczenie. Jest np. wyraz, który – w zależności od położenia akcentu – oznacza kraść lub całować. Jest pewna anegdota z tym związana (śmiech). Wuja nauczył się dobrze odprawiać Eucharystię w języku kinywarwanda. Na początku tylko odprawiał msze, a kazania głosił lokalny katechista. To pewnie mogłoby nie spodobać się liturgistom (śmiech). Potem już samemu głosił w języku rwandyjskim. To było dla niego prawdziwe wyzwanie. Robił co mógł, by jak najlepiej posługiwać się tym językiem. Pracował też w pallotyńskiej drukarni w Kigali. Tej pracy nauczył się jeszcze w Polsce, pracując na placówce w Ołtarzewie.  

Niełatwo było mu opanować język, ale myślę, że najważniejsze było to bycie wśród tych ludzi. 

Tak, wielu ludzi tam do niego przychodziło. Przy nim czuli się, jak przy tacie. Był ojcem, który się nimi opiekował, przy którym mogli po prostu poczuć się bezpiecznie.  Misjonarze i misjonarki do dziś wspominają, że był bardzo dobrym człowiekiem, świetnym spowiednikiem. Dla mnie – księdza, który dopiero rozpoczyna drogę kapłańskiego życia, tegorocznego neoprezbitera – to jest bardzo budujące. 

fot. archiwum prywatne ks. Ignacego Cieślaka

Był więc ojcem nie tylko dla tubylców, ale też dla innych misjonarzy, którzy przyjeżdżali do pracy w Rwandzie.  

Miał wielu przyjaciół. Współpracował przez lata z księdzem Franciszkiem Kanią, który napisał o nim książkę. Współpracował też z ks. Henrykiem Hoserem, obecnie emerytowanym biskupem warszawsko-praskim. Wiele sióstr misjonarek z różnych zgromadzeń bardzo miło i ciepło wypowiada się o wuju. 

>>> #MisyjnyWtorek – Rwanda

Wspomniałeś już o księdzu Kani. Ciekawa jest historia powstania jego książki o twoim wuju. 

Ksiądz Franciszek Kania krótko po śmierci ks. Ignacego Cieślaka zaczął pisać poświęconą mu książkę. Publikacja była prawie skończona, ale autor zmarł. Została w pliku przekazana do wydawnictwa Apostolicum. Po wielu latach dziadek, brat ks. Ignacego, powiedział mi, że ks. Kania pisał książkę o wuju. Na 3 roku seminarium napisałem do wydawnictwa maila i postanowiłem doprowadzić to dzieło do końca. I się udało, książka powstała, a teraz i będzie rozprowadzana. Całkowity dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na cel misyjny w Rwandzie. Dzięki pieniądzom z książki zbudowany zostanie stały ołtarz polowy w sanktuarium Jezusa Miłosiernego w miejscowości Ruhango, gdzie Ksiądz Ignacy miał swój warsztat. 

Coś szczególnie zaskoczyło cię w tej historii wujka, którą przedstawił ks. Kania? 

To jest typowa książka biograficzna. Wielu faktów z życia wujka nie znałem. Na pewno zapadły mi w pamięć fragmenty poświęcone wojnie domowej. Był moment, w którym misjonarze musieli ewakuować się z Rwandy i wrócić do Polski. Wuja też wrócił. Ale potem był pierwszym, który chciał wrócić z powrotem. Pragnął odbudować to, co zostało zniszczone. Wielu misjonarzy po konflikcie między Hutu, a Tutsi nie wróciło już do Rwandy! Wujek miał odwagę, by wrócić w te miejsca i rozpocząć pracę na nowo. Chciał tam być do końca swoich dni, w ogóle nie chciał wracać do Polski. Wiedział, że tam jest jego miejsce. Tam też zmarł i został pochowany.

fot. archiwum prywatne ks. Ignacego Cieślaka

Możemy powiedzieć, że wujek umarł jako Rwandyjczyk? 

Tak, myślę, że wuja czuł się bardziej Rwandyjczykiem niż Polakiem. Po tym 27 latach serce miał na pewno rwandyjskie. Ale nie wstydził się polskości! Jak przyjeżdżał, to wszyscy wiedzieli, że to człowiek zakochany w ojczyźnie. Zawsze się ciepło o Polsce wypowiadał. Ale na pewno przyzwyczaił się do stylu życia panującego w Rwandzie. Tam ludzie mają na wszystko czas. Właściwie to można powiedzieć, że tam nie ma czasu… Tutaj umawiamy się na konkretną godzinę, na 9, to jesteśmy o 9. Tam jest tak, że jak się z kimś umawiasz na środę, to nie wiesz, czy przyjedzie w tę środę czy w następną. Panuje tam ogromny spokój, myślę, że ludzie mogą być w Afryce szczęśliwsi niż my tutaj.  

Jakie rysy wujka możemy jeszcze zaobserwować na podstawie lektury książki ks. Kani? 

Wujek był człowiekiem bardzo pracowitym. Abp Henryk Hoser we wstępie do książki wspomina, że wuja bardzo wcześnie wstawał i wcześnie chodził też spać. Cały dzień wypełniał pracą i modlitwą. Książka pokazuje księdza zawsze otwartego na innych ludzi. Gdy o nim słyszę, to widzę człowieka gorliwego, oddanego, pełnego zapału misyjnego. To jest fenomen – żeby w wieku 59 lat wyjechać do zupełnie nieznanego świata… Myślę, że to jest takie zaproszenie dla wszystkich ludzi starszych, żeby w Nadzwyczajnym Miesiącu Misyjnym odkryli, że dla Pana Boga nie ma przestrzeni czasu i miejsca. Pan Bóg posyła kiedy i jak chce. Wystarczy, żeby człowiek otworzył się na to Boże działanie. Takie otwarcie może człowieka zaprowadzić nawet do Rwandy. Doktor Wanda Błeńska, świecka lekarka, przetarła nam wszystkim szlaki. Warto zapytać siebie o to, czy może moje powołanie to właśnie powołanie misyjne. Wsłuchajmy się w to, co mówi Pan Bóg – nie zawiedziemy się.

>>> Rwanda: od 25 lat społeczeństwo próbuje się podnieść po ludobójstwie 

Decyzja o wyjechaniu na misje w tak późnym wieku świadczy, tak myślę, o głębokiej relacji z Panem Bogiem. 

To jest tak, że jeżeli człowiek jest osobą modlitwy, jeżeli czyta Słowo Boże, spowiada się, przyjmuje Eucharystię i naprawdę tym żyje, to pragnienia, które ma w sercu muszą być od Pana Boga! Wuja absolutnie miał takie przekonanie – że skoro jest pragnienie wyjazdu do odległego kraju, w którym będzie mógł służyć swoim kapłaństwem i umiejętnościami, to trzeba jechać. Wiedział, że Bóg wie co robi, skoro go tam posyła. I myślę, że się nie zawiódł. Świadczą o tym różne wyróżnienia, które otrzymał. Został uhonorowany przez Jana Pawła II medalem Pro Ecclesia Et Pontifice, otrzymał też tytuł Honorowego Obywatela Miasta i Gminy Buk. Do tej pory był też jedynym polskim pallotynem, który został patronem szkoły. To był niezwykły człowiek! Nawet książka ma tytuł „Igol, człowiek legenda”. Był święty, ale niebeatyfikowany, niekanonizowany. Taki święty po cichu.

fot. archiwum prywatne ks. Ignacego Cieślaka

Wychodzi nam wizerunek bardzo świętego człowieka. A czy wuja miał jakieś słabości? 

Mówią, że był bardzo uparty. Dążył do tego, co chciał. Nie wiem, czy to słabość… Po prostu jak był o czymś przekonany, to wiedział, że to jest prawda. Czasem był surowy, za szybko, impulsywnie na cos odpowiadał. Tyle wiem. 

Wujek umiera w 2002 roku, chwilę po Bożym Narodzeniu. 

Tak, 28 grudnia w święto Świętych Młodzianków, trzy minuty po północy zmarł – w otoczeniu swoich współpracowników. Od kilku dni gorzej się czuł, słabł, prosił, by nie wołać już żadnego medyka. Wiedział, że odchodzi do Pana, wszyscy się przy nim modlili. Co ciekawe, już kilkanaście godzin po śmierci – w południe – był pogrzeb wuja. Było mało czasu na poinformowanie wszystkich, a i tak zjawiło się bardzo dużo ludzi. Przyjechali podziękować Bogu za jego życie, służbę i prace misyjną. Byli biedni i bogaci. Niektórzy przybyli z daleka, z miejscowości, gdzie pracował Ignacy, bo usłyszeli zawiadomienie o jego odejściu w rwandyjskim radiu. Przybył ks. bp z Ruhengeri Kizyto Bahużymihigo, którego ojciec Ignacy bardzo lubił, z wzajemnością. Pozostali biskupi, zwłaszcza z diecezji, w których wuja pracował, przysłali swoich przedstawicieli. Poza tym byli wszyscy współbracia, nawet z dalekiej Demokratycznej Republiki Konga siostry pallotynki, siostry służki, siostry od aniołów, siostry karmelitanki i ojcowie karmelici, księża marianie oraz wiele zgromadzeń tubylczych i innych, a także księża diecezjalni. To świadczy o tym, jakim był człowiekiem. 

Zaczęliśmy powołaniem i tak samo skończymy. Czy na twoje powołanie misyjne – działałeś przecież w Akademickim kole Misjologicznym – też wpływ miała postać wuja? 

Od początku seminarium zastanawiałem się, do jakiej grupy dołączyć. I od początku było też jasne, że to będzie grupa misyjna. Krótko przed moim wstąpieniem rodzice byli w Rwandzie. Odwiedzili grób wuja, spotkali się z pallotynami. Ja już wstępnie mówiłem im, że pójdę do seminarium. I oni się tam modlili o to z tymi pallotynami. Zakonnicy posługujący obecnie w Rwandzie mówili, że jak Jasiu będzie w seminarium, to żeby przyjechał z jakąś grupa na doświadczenie misyjne. Od początku formacji działałem więc w Kleryckim Kole Misyjnym i w Akademickim Kole Misjologicznym. W 2017 roku udało nam się z AKM-em wyjechać właśnie do Rwandy do Kibeho. Modliłem się w czasie tego wyjazdu nad grobem wuja. Spotkałem ludzi, wśród których żył.

fot. archiwum prywatne ks. Ignacego Cieślaka

Co tubylcy mówili wtedy o wujku? 

Było takie oooo, aaaa… Ja nie rozumiałem tego, co mówili, ale bardzo ciepło go wspominali. Pozostał z nimi do końca. Wielu misjonarzy decyduje się pod koniec życia na powrót do kraju. A wuja chciał zostać tam być do końca i tam został pochowany – wśród swoich. Wiedział, że tam jest jego rodzina.  

*** 

W ramach Nadzwyczajnego Miesiąca Misyjnego w sobotę 5 października o 17:30 w Sali Miejskiej w Buku odbędzie się spotkanie pt. „Igol z Dobieżyna. Misjonarz Afryki”. Podczas wydarzenia będzie można zapoznać się z książką „Igol, człowiek legenda”, która poświęcona jest ks. Ignacemu Cieślakowi. Dzień później, 6 października, o 12:30 w sanktuarium Matki Bożej Bukowskiej Literackiej ks. Abp Henryk Hoser odprawi mszę świętą w intencji swojego zmarłego w 2002 roku współbrata. 

Zobacz także
Wasze komentarze