fot. Kierunek: misja Rwanda

Tych braci dopadła „choroba misyjna”! Jak na nią zachorować? [REPORTAŻ]

7 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Ignacy i Franciszek Szkudelscy to bracia mieszkający na poznańskim Sołaczu. W wakacje byli w Rwandzie. Mieli okazję zbudować tam kuchnię dla niepełnosprawnego chłopaka, pomagali miejscowym starszym kobietom i uczyli tubylców matematyki. 

Spotykam się z nimi w poznańskim parku Sołackim. Przychodzi dwóch, nadzwyczaj wysokich młodych chłopaków. Nie są do siebie podobni, choć na twarzach obu gości delikatny uśmiech. Łączy ich jednak nie tylko to, że postanowili połowę minionych wakacji spędzić w położonej w sercu Afryki Rwandzie. Przede wszystkim łączy ich to, że są… rodzonymi braćmi!

>>> Rwanda. Kraj tysiąca wzgórz

fot. Kierunek: misja Rwanda

Informatyk i medyk 

Ignacy Szkudelski ma 19 lat, wiosną skończył naukę w VIII Liceum Ogólnokształcącym w Poznaniu. A teraz rozpoczął studia z automatyki i robotyki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Interesuje się komputerami, a w wolnym czasie lubi po prostu pomagać. Franciszek to młodszy brat Ignacego. Uczy się w drugiej klasie tego samego VIII LO w Poznaniu. W przyszłości myśli o studiowaniu medycyny. A w wolnym czasie, podobnie jak brat, lubi pomagać. Ignacy i Franek pod koniec lipca wyjechali na ponad miesiąc do Rwandy. 

fot. Kierunek: misja Rwanda

Inspiracją był wujek 

Skąd wziął się pomysł na wyjazd braci (wraz z kolegą) do serca Afryki? Korzeni ich wyjazdu trzeba szukać… ponad 50 lat temu. Na początku lat 70-tych na misje na Czarny Ląd wyruszył ich wujek, o. Jan Kanty Stasiński, karmelita bosy. Zakonnik był jednym z założycieli misji w Musongati w Burundi. Chłopacy od dzieciństwa słuchali opowieści wujka o misjach w Afryce, o tym, co go tam spotkało. W grudniu 2018 roku pojawił się konkretny pomysł, żeby wyjechać na doświadczenie misyjne do Afryki. Zapytali wujka, który teraz mieszka w klasztorze na Wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu, czy jest jakaś możliwość wyjazdu. I była, do wioski Gahunga, w Rwandzie. To kraj sąsiadujący z Burundi. W styczniu kupili bilety i zaczęli przygotowywać się do wyjazdu do serca Afryki. Jak przyznają, chcieli produktywnie spędzić wakacje.

>>> „Widziałem, jak mojej siostrze pocięto twarz”. Rwanda i świat wspomina tragiczne wydarzenia [ZDJĘCIA]

fot. Kierunek: misja Rwanda

Co młodych poznaniaków pociągało w misjach i w Czarnej Afryce? Franciszek dzieli się tym, że zawsze pracowało w nim to przekonanie powtarzane przez misjonarzy, że „jak już raz wyjedzie się na misje, to jego największym marzeniem jest powrót”. Misjonarze nazywają to zjawisko „chorobą misyjną”.

>>> Rwanda: od 25 lat społeczeństwo próbuje się podnieść po ludobójstwie

fot. Kierunek: misja Rwanda

Zaskoczeni, choć nie od razu 

31 lipca chłopacy przyjeżdżają do Rwandy. Pierwsze wrażenie? Nic ich nie zaskoczyło… Przyjechali do stolicy Rwandy – Kigali. Miasto przypominało im miejscowości znane z Europy. Wieżowce, wielkomiejski gwar… Szok przyszedł drugiego dnia, gdy po nocy spędzonej w hotelu wyruszyli wreszcie na misję w Gahundze. – Wyjeżdżaliśmy z miasta i zaczęło robić się coraz biedniej. Nowoczesne wieżowce zmieniły się w chatki z gliny i eukaliptusa – opowiada Ignacy. Wieś, w której mieszkali, położona jest na zboczach wulkanu Muhabura, który ma wysokość 4500 m n.p.m. Sama wioska położona jest na wysokości 2000 metrów. Jest dużo pól i upraw, zwłaszcza bananowców – biedna ludność zajmuje się głównie rolnictwem. Nie brakuje batatów, ziemniaków, fasoli czy sorga. – Szokiem była dla nas wszechobecna radość. Ludzie nie mają tam łatwego życia, jest dużo cierpienia i biedy, a mimo to wszyscy są bardzo radośni – opowiada Franciszek. Już od pierwszego dnia byli bardzo entuzjastycznie przyjęci przez… miejscowe dzieci! Najmłodsi biegali za nimi i wykrzykiwali: „muzungu”, to znaczy „biały”.

fot. Kierunek: misja Rwanda

Wyjechali tam z misją 

Wyjazd Franciszka i Ignacego był doświadczeniem misyjnym. Oznacza to, że chłopacy nie tylko zwiedzali i poznawali kulturę, ale przede wszystkim mieli do wykonania bardzo konkretne zadania. Najważniejszym z nich było zbudowanie budynku – kuchni – dla miejscowego niepełnosprawnego chłopaka. Nosili kamienie pod fundament budynku, ścinali i obrabiali drzewa eukaliptusowe, ścinali bambusa i okładali nim tę kuchnię i wypełniali szkielet budynku gliną. Poza budową zajmowali się też zbieraniem i noszeniem chrustu dla pięciu starszych mieszkanek wioski. Kobiety te żyły samotnie i nie były w stanie same o siebie zadbać. – W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do systemu opieki społecznej. Tam takiego systemu w ogóle nie ma. Samotna, starsza osoba zdana jest tylko na łaskę sąsiadów – opowiada Franciszek. Chłopacy pomogli sąsiadom i nosili kobietom chrust,  przynosili im także obiady. Młodzi poznaniacy spędzali też czas z dziećmi. Chodzili z nimi na spacery i grali w miejscowe gry. Na jeden dzień zamienili się także… w nauczycieli matematyki i wyjaśniali małym tubylcom zawiłości królowej nauk.

fot. Kierunek: misja Rwanda

Po prostu być 

Co dla młodych wolontariuszy było najcenniejsze podczas ich pobytu w Rwandzie? Nie muszą się zastanawiać, od razu odpowiadają, że najwięcej dał im po prostu kontakt z miejscową ludnością. – Zapraszali nas do swoich domów, staliśmy się częścią ich życia. Zwyczajny turysta nie ma szans na poznanie takiego prawdziwego życia tamtych ludzi – przyznaje Franciszek. Ludzie ich zaczepiali, chcieli z nimi rozmawiać, byli ciekawi przybyszów z Europy. Chłopacy podkreślają, że bardzo wartościowe było też dla nich doświadczenie spokoju, braku pośpiechu. 

fot. Kierunek: misja Rwanda

Kluczowa jest edukacja 

Młodzi ochotnicy mieli okazję przyjrzeć się rwandyjskiemu systemowi edukacji. Wiele się w nim zmienia, i to na lepsze, ale wciąż wielkim problemem jest analfabetyzm. Tylko szkoła podstawowa jest bezpłatna. Szkoła średnia i studia są płatne. Problemem jest też niewielka liczba szkół i nauczycieli. Nie brakuje za to uczniów, szkoły muszą więc pracować na dwie zmiany. I choć nauka w szkole podstawowej jest bezpłatna, to rodzice muszą pokryć koszty zakupu podręczników i mundurka. Wielu rodzin, zwłaszcza rolniczych, nie stać na ten wydatek – i to pomimo otrzymywania rządowego dofinansowania. – Część dzieci musi też pomagać swoim rodzicom podczas pracy w domu czy na polu. Starsze dzieci nie mogą pójść do szkoły, bo opiekują się młodszym rodzeństwem, a potem muszą pomagać rodzicom na polu – przyznaje Franciszek Szkudelski. Na rodziny, które nie posyłają dzieci do szkoły, nakładane są kary. – Takie rodziny nie patrzą długofalowo. Nie myślą o przyszłości swoich dzieci. My po tym wyjeździe jeszcze bardziej jesteśmy przekonani, że edukacja jest kluczowa do tego, by wyjść z biedy. Dzieci tam naprawdę chcą chodzić do szkoły! – dopowiada Franciszek. Problemem jest nawet brak pomocy naukowych – nauczyciele wiele z nich muszą zrobić sami. Około tysiąc dolarów amerykańskich trzeba wydać w Rwandzie na opłacenie jednego roku studiów. Na taki wydatek może pozwolić sobie tylko elita. Ukończenie studiów nie gwarantuje też zdobycia pracy. Skala bezrobocia w Rwandzie jest ogromna. 

fot. Kierunek: misja Rwanda

Chłopacy podczas pobytu odwiedzili też jedną z nielicznych w Rwandzie szkół dla niewidzących i niedowidzących oraz dla dzieci dotkniętych albinizmem. W tej placówce uczy się kilkuset uczniów. To dzieciaki z całego kraju, mieszkają w przyszkolnym internacie. Zorganizowanie nauki w tej szkole jest bardzo drogie. Siostry prowadzące tę placówkę wydają sporo pieniędzy m.in. na papier do drukowania podręczników w alfabecie Braille’a. Papier trzeba wydzielać dzieciom. W Europie nie ma problemu z dostępnością do papieru, dlatego tak często marnujemy ten materiał.  

fot. Kierunek: misja Rwanda

Z czym wracają? 

Czego misja nauczyła młodych poznaniaków? Ignacy mówi mi o oszczędności. Rwandyjskie dzieci potrafią wykorzystać wszystko, nawet pustą butelkę po wodzie czy liście bananowca. Potrafiły robić zabawki z wszystkiego. Chłopak zobaczył też, że nawet, gdy ma się bardzo niewiele, to można sobie poradzić. Trzeba wykorzystywać to, co się ma. Wyjazd nauczył go tez cierpliwości, spokoju, a przede wszystkim życia Ewangelią. – Dzięki misji uczymy się doceniać to, co mamy – dopowiada krótko Franciszek.

fot. Kierunek: misja Rwanda

Poznaniacy „zachorowali” 

Czy chłopacy zachorowali na „chorobę misyjną”? Na pewno nauczyli się podczas doświadczenia, że w życiu nie chodzi o to, by jak najwięcej w ciągu każdego dnia zrobić. W życiu chodzi o to, by każdy dzień przybliżał nas do Pana Boga. Tak się żyje w Afryce. I to przekonuje Ignacego do chęci powrotu na Czarny Ląd. A więc „zachorował”. A Franciszek? – Też zachorowałem na „chorobę misyjną”. Najgorsze były ostatnie dni. Tak bardzo bałem się momentu pożegnania z tymi ludźmi. Teraz wiem, że doświadczenie misji to działanie, w którym mocno pracuje Pan Bóg. Zmienił nas i pomógł nam zmienić życie tamtejszym ludziom. Marzę o tym, żeby wrócić do Afryki. 

 

 

Galeria (12 zdjęć)
Zobacz także
Wasze komentarze