Wśród ludzi ulicy. Idźcie i bądźcie [MISYJNE DROGI]

7 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Misjonarze wychodzą na peryferie: do wykluczonych, biednych, pogardzanych, bezdomnych. Ich Kościołem często staje się ulica. Na wszystkich kontynentach.

O tym, że głównym zadaniem misji jest głoszenie Chrystusa, naszych czytelników nie trzeba przekonywać. To głoszenie dotyczy zarówno tych „klasycznych” misji (ad gentes), jak i codziennej, życiowej działalności misyjnej. Jednak poza głoszeniem wprost Chrystusa misje i misjonarze mają też do wykonania wiele innych, często bardzo konkretnych zadań. Sprowadzić je można do wspólnego mianownika, którym jest towarzyszenie i bycie z ludźmi, wśród których głoszą. Szczególnym miejscem są ulice i ludzie bezdomni, biedni, którzy na nich mieszkają.

 

Foto: Łukasz Tadyszak

Fawele w Rio

Kamila Wróblewska mieszka w podpoznańskim Kórniku. Działa w Przymierzu Miłosierdzia. Kilka lat temu wspólnota wysłała ją na wolontariat misyjny do Brazylii. Miała tam okazję zobaczyć, jak wygląda na co dzień praca misjonarzy związanych z PM. Tam, gdzie była, często nawet całe rodziny mieszkają na ulicy, w fawelach. W Rio de Janeiro członkowie wspólnoty zapraszali osoby bezdomne do szkoły ewangelizacji. Raz w tygodniu organizowano specjalny dzień, w który osoby bezdomne mogły przyjść, wziąć prysznic, dostać nowe ubranie i najeść się do syta. W czasie spotkań prowadzono też ewangelizację. Misjonarze organizują też specjalne noce ewangelizacji. Kamila uczestniczyła raz w takim wydarzeniu. – Mogliśmy zabrać ze sobą tylko to, co mają ludzie bezdomni. Koc i ubrania, które mieliśmy na sobie. Szliśmy w kilka osób, spotykaliśmy osoby bezdomne, modliliśmy się z nimi i słuchaliśmy ich świadectw. Po drodze zbieraliśmy kartony – mieliśmy tę noc spędzić tak jak osoby bezdomne – opowiada Kamila o nocy spędzonej na ulicy w Rio. – Obudzili nas ludzie, którzy chcieli nas nakarmić, bo myśleli, że jesteśmy bezdomni. To była tylko jedna noc, mieliśmy świadomość, że kolejną spędzimy już w domu. Ja sobie nie wyobrażam, jak trudne musi być to poczucie, gdy człowiek nie ma domu – dopowiada. Miłosierdzie działa w dwie strony. Dla Kamili niezwykłym przeżyciem było to, że gdy chciała pomodlić się za pewnego mężczyznę, a on postanowił odwdzięczyć się tym samym. Pomodlił się za nią Towarzyszenie, bycie z ludźmi. Te słowa chyba najlepiej oddają doświadczenie misyjne, którego uczestniczką była Weronika Frąckiewicz. Wyjechała na Kubę i spędziła tam 14 miesięcy na placówce zorganizowanej przez międzynarodową wspólnotę Domy Serca. Od samego początku zauważyła w Kubańczykach ogromną samotność i tęsknotę za drugim człowiekiem. Tam nie ma typowych bezdomnych. Ludzie żyją np. w pustostanach – kilkanaście osób na niewielkiej przestrzeni. Władza zaciera też wszelkie widoczne przejawy bezdomności. Dlatego tak istotne było bycie przy tych ludziach, którzy – choć mieli domy – to byli ludźmi ulicy. Obecność to główny charyzmat Domów Serca. – Bycie ze wszystkimi. Bycie tam, gdzie jest bieda człowieka – opowiada Frąckiewicz. W ich domu był Najświętszy Sakrament. Miejscowi mogli przychodzić i wraz z wolontariuszami adorować Chrystusa. Ważnym elementem działania na Kubie był apostolat. Wolontariuszki wspólnoty chodziły do faweli i tam grały z dziećmi w piłkę, spotykały się z ludźmi, towarzyszyły rodzinom, w których ktoś umierał. Nie chodziły tylko do domów osób wierzących. Wielokrotnie były z ateistami czy z komunistami. Pracowały też wśród osób starszych, często porzuconych przez swoje rodziny. – Pierwszy etap misji dla mnie to było właśnie spotkanie z samą sobą. To była najtrudniejsza konfrontacja. A bycie z drugim człowiekiem było dla mnie najcenniejszym doświadczeniem tego czasu!

Bieda Etiopczyków

W wielu miejscach na świecie wśród najbiedniejszych i ludzi ulicy służą siostry misjonarki miłości, zakonnice ze zgromadzenia założonego przez św. Matkę Teresę z Kalkuty. Ich pracy w ubiegłym roku przyglądała się Justyna Starczewska. Wyjechała do Etiopii jako przedstawicielka grupy misyjnej działającej przy poznańskiej parafii pw. św. Andrzeja Boboli. Na miejscu zobaczyła ogromną biedę Afrykańczyków. Wrażenie zrobił na niej bezdomny leżący na ulicy z wyciągniętym na zewnątrz cewnikiem. Siostry przyjmują do swojego ośrodka bardzo różne osoby. To chorzy, wyrzuceni z domu starsi ludzie, prostytutki, zgwałcone kobiety w ciąży, bezrobotni… – Siostry zapewniają im warunki do życia. Mają dostęp do bieżącej wody, codziennie otrzymują posiłki. Mieszkańcy angażują się w życie domu, pomagają – przyznaje Starczewska. Siostry starają się wyprowadzić swoich podopiecznych na prostą, by po wyjściu z ośrodka mieli szansę na nowo rozpocząć życie. – Wszyscy ludzie tam wiedzą, gdzie są ośrodki prowadzone przez siostry. Dlatego, gdy zachodzi taka potrzeba, kierują się do nich – opowiada wolontariuszka. Nie zawsze potrzebują długotrwałej pomocy. Siostry zajmują się też taką doraźną pomocą medyczną. W tym działaniu pomagała podczas swojego wyjazdu Justyna Starczewska. Co ważne, zakonnice traktują tam tak samo każdego człowieka. Nie patrzą na jego płeć, wyznanie czy przynależność plemienną. Podchodzą do wszystkich z miłością. – Siostry wyciągają do nich rękę. Zakonnice opowiadają, że czasem ich podopieczne wracają, by wstąpić do Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości. Są osoby, które – widząc miłość sióstr – nawracają się do Pana Boga. Myślę o tych siostrach jak o aniołach na ziemi. To kobiety, które zawsze z uśmiechem na twarzy i spokojem radziły sobie z trudnymi sytuacjami. To przez to, że adorowały Chrystusa i były blisko Niego. Po ludzku nie byłyby w stanie tego ogarnąć! – opowiada Starczewska.

Foto: Kamila Wróblewska

Murarz na Madagaskarze

Zgromadzenie Księży Misjonarzy, zwane lazarystami, powstało w kwietniu 1625 r. w Paryżu, założył je św. Wincenty á Paulo. Do tego zgromadzenia wstąpił Pedro Opeka, Argentyńczyk, syn słoweńskich imigrantów. W latach 70. ubiegłego wieku został misjonarzem na Madagaskarze. Trafił do kraju, który do dziś jest jednym z najbiedniejszych na świecie. Jego mieszkańcy zmagają się z biedą, są tam problemy nawet z dostępnością do leków i opieki medycznej. Bieda skutkuje m.in. niedożywieniem. Sytuację Malgaszy, którzy często są ludźmi ulicy, starają się poprawiać misjonarze, w tym wspomniany o. Pedro Opeka CM. Gdy misjonarza przeniesiono do stolicy Madagaskaru, Antananarywy, poznał tam dzieci, które próbowały przeżyć na wysypisku śmieci. Poruszony tym faktem postanowił im pomóc. Jako młody chłopak był murarzem, dlatego wykorzystał położoną niedaleko kopalnię granitu do tego, by podarować tym ludziom godność. Pomagali przy wyrobie cegieł, kostek, płytek i żwiru. Z czasem jego dzieło rozrosło się. Dzięki niemu powstały szkoły, przychodnie, drogi i domy dla Malgaszy. Organizował warsztaty hafciarskie dla kobiet, zaczęła odżywać lokalna gospodarka. Zmieniono teren wokół wysypiska, co zaowocowało rozwojem rolnictwa. Pomógł ogromnej rzeszy ludzi – dzięki niemu pracę ma ok. 30 tys. osób, a do szkoły może chodzić ok. 10 tys. dzieci. Był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla.

Z Kamilą w Mozambiku

Kamila Wróblewska z Przymierza Miłosierdzia była nie tylko w Brazylii. Odwiedziła też Mozambik. Misjonarze pracują tam przede wszystkim wśród biednej i bezdomnej ludności. Poza miastem rodziny mają zazwyczaj gdzie mieszkać, ale ich domy trudno nazwać domami… To często takie wiaty pod strzechą. W środku tylko śpią, a całe ich życie dzieje się poza namiotem, czyli ich domem. Osoby bezdomne można za to spotkać w mieście. Dlatego Kamila z innymi wolontariuszami wychodziła na ulice Maputo, by ewangelizować wśród tych, którzy mieszkają na ulicy. – Staraliśmy się za każdym razem modlić się z nimi i dać im ciepły posiłek. Przyłączali się do organizowanej przez nas modlitwy śpiewem i tańcem – opowiada Kamila. – Doświadczenie wolontariatu misyjnego uszlachetnia serca, uczy kochać i uczy doceniać to, co ma się na co dzień – dopowiada. W Afryce misjonarze i wolontariusze Przymierza pracują też z dziećmi ulicy. Przychodzą do domu dziecka założonego przez Matkę Teresę z Kalkuty. Podopieczni mają rodziny, które nie mają możliwości wykarmienia ich i zapewnienia podstawowego wykształcenia. Dlatego dzieci oddawane są pod opiekę sióstr. Trafiają do sierocińca bezpośrednio z ulicy. – Przychodziliśmy po to, żeby przytulać dzieci i bawić się z nimi – opowiada Kamila. Dzieci z rodzinami mieszkały też w okolicach dużego śmietniska w Maputo. – Maluchy bawią się tam, znajdują zabawki i mają swoje tajemne miejsca. Nie znają naszych placów zabaw. Chodziliśmy do prowizorycznych domów tych rodzin, by im towarzyszyć i by ewangelizować. Dzieciom rozdawaliśmy cukierki i chodziliśmy w ich ukryte miejsca. Bawiliśmy się z nimi.

Poza głoszeniem Chrystusa misje mają też wiele innych celów. Warto doprecyzować tę myśl. Tak naprawdę każdy z tych celów to właśnie głoszenie Chrystusa. Wychodząc do najuboższych, pomagając ludziom ulicy, będąc z miejscową ludnością – tak naprawdę głosi się Chrystusa. Misje nie powinny być tylko teoretycznym przekazem wiary. Sensu nabierają dopiero wtedy, kiedy mamy do czynienia z praktyką.

 

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze