By w życiu mieć odwagę i pasję. O filmie „Księgarnia z marzeniami”

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Od razu zaznaczę – nie bójcie się popłakać na tym filmie. „Księgarnia z marzeniami” wyciska łzy przynajmniej kilka razy. Nie robi tego jednak w sposób sztuczny czy wyświechtanymi, tanimi filmowymi trickami. To po prostu piękna historia, napisana pięknymi słowami, obrazem i muzyką.  

Nie przez przypadek ani przez pomyłkę użyłem słowa „napisana”. Film Isabel Coixet, reżyserki „Elegii” i „Życia ukrytego w słowach” powstał na podstawie nominowanej do Bookera powieści „The Bookshop” (autorstwa Penelope Fitzgerald). A o Bookerze – przynajmniej od czasu przyznania nagrody Oldze Tokarczuk – słyszało już w Polsce chyba wielu.

Zdjęcie: pan Brundish z przesłaną przez Florence książką, fot. materiały dystrybutora


„Księgarnia z marzeniami” składa się z kilku rozdziałów, ale nie opowiadanych jeden po drugim – one się łączą ze sobą, tworząc chwytającą za serce opowieść. To opowieść o dążeniu człowieka do szczęścia, do spełnienia swoich największych marzeń i do miłości. Mnie do tego filmu przekonała grająca główną rolę Emily Mortimer. Znam ją z serialu „Newsroom” i po prostu bardzo lubię. Ma w sobie talent do grania w takim stylu, że mam wrażenie, że mógłbym z nią usiąść i rozmawiać jak ze znajomą z sąsiedztwa. Jednocześnie niezwykle umiejętnie pokazuje emocje. Jej twarz to scena dla emocji. Jednak nie tylko ona, ale cała obsada filmu gwarantowała dobre kino. To przede wszystkim Patricia Clarkson i Bill Nighy. Reżyser nie mógł dokonać lepszego wyboru. Oni idealnie pasowali do tych ról.  

Miłość do książek. I do życia 

Florence Green (Emily Mortimer) chce zostawić za sobą dość trudną przeszłość. Jest wdową po człowieku, którego kochała nadzwyczaj mocno. Zginął na wojnie. By zapomnieć, ale niekoniecznie o mężu (on i książki to było całe jej życie), postanawia otworzyć księgarnię w sennym miasteczku u wybrzeży Anglii. Obrazy, które oglądamy w filmie, zachwycają. Morze, niewysokie wzgórza. Księgarnię chce otworzyć w starym domu. Tam też chce zamieszkać. Wręcz uparła się na to miejsce. Czuje, że to jest to. I początkowo odnosi sukcesy. 

Zdjęcie: pan Brundish i Florence, fot. materiały dystrybutora

Z pomocą młodej dziewczyny rozkręca biznes, choć akurat to słowo nie do końca tu pasuje. To misja i pasja jednocześnie. Zysk przychodzi obok i jakby dodatkowo. Mieszkańcy odwiedzają księgarnię bardzo często. Florence sprowadza dla nich „Lolitę” Nabokowa oraz „451 stopni Farenheita” Bradbury’ego. Nie wszystkim się to jednak podoba. Bardzo wpływowa dama – generałowa Gemart (Patricia Clarkson) robi wiele, by zamknąć ten „sklepik”. Florence zamiast ucieczki, czy chociażby kroku w tył, wybiera konsekwentne dążenie do realizacji marzeń. A do tego potrzebna jest odwaga. Ona ją ma i zachwyca tym miejscowego miłośnika powieści – pan Brundish (w tej roli Bill Nighy). I tu spotykają się dwa światy – ten teraźniejszy (z akcji filmu) i ten z przeszłości. Oboje przeżyli wielką miłość, oboje przeżyli też wielki ból, a teraz połączyła ich miłość do książek. Książki to tu synonim przeżycia czegoś dobrego, pięknego, wyższego i radośniejszego niż często szara rzeczywistość.  

„Odniesiesz sukces, gdy dasz z siebie wszystko” 

Ku marzeniom. Niekiedy pod górkę 

Dalszego ciągu akcji nie będę zdradzać. Skupię się za to na tym, co film – oprócz poruszającej akcji – niesie za sobą. Jeśli miałbym wybrać jedno słowo – powiedziałbym, że ten film motywuje. Do pracy, do podejmowania wyzwań, mimo że to nie zawsze jest łatwe i wygodne. Spełnianie marzeń jest niekiedy ważniejsze niż samo ich finalne spełnienie. Oczywiście, gdy już do tego dochodzi, czujemy radość, satysfakcję i spełnienie. Jednak już przez sam wybór drogi „ku marzeniom” pokazujemy to, co w człowieku najważniejsze – siłę, odwagę, miłość i wiarę. W pewnej chwili Brundish powiedział Florence zdanie, które utkwiło mi w pamięci. Stwierdził, że człowieka do bogów (użył liczby mnogiej) upodabnia właśnie odwaga.  

„Zabrali jej marzenia, ale nie zabrali odwagi”  

Zdjęcie: Brundish podczas rozmowy z generałową Gemart, fot. materiały dystrybutora

Modlitwa nie zaszkodzi 

Film nie stroni od typowego angielskiego żartu. To bardzo urocze. Uśmiechnąć można się chociażby wtedy, gdy generałowa Gemart rozmawia z mężem o swoim pomyśle na Stary Dom. Zamiast księgarni chciałaby tam bliżej nieokreślone centrum sztuki. W sumie nieważne co – byleby jej, według jej pomysłu. Wspomina, że trzeba by się o to pomodlić. Jej mąż, były generał, stwierdza, że ich życie byłoby generalnie lepsze, gdyby częściej się modlili. Jak stwierdza, „modlitwa nie zaszkodzi”.  

Niezbędne cechy charakteru  

Obraz Isabel Coixet może być (a może i powinien) otrzeźwieniem. Niekiedy zaślepieni złymi uczuciami, ale też bezdusznymi przepisami jesteśmy w stanie zepsuć niejeden dobry pomysł. Jednocześnie „Księgarnia z marzeniami” przypomina nam, że na drodze do marzeń bardzo ważne jest to, by spotkać drugiego człowieka, który nas wesprze, wyciągnie pomocną dłoń. Mnie osobiście film przypomniał o jeszcze jednej ważnej prawdzie. Jeśli chcemy osiągnąć sukces, rozumiany jako dotarcie do słusznego celu, nie może opuszczać nas konsekwencja, cierpliwość i wytrwała, żmudna praca. Naszym największym wrogiem może być nie uparta i nieprzejednana generałowa Gemart, ale nasz własny słomiany zapał i szybkie zrażanie się przeciwnościami losu.

fot. materiały dystrybutora

„Księgarnia z marzeniami” pokazuje, że ludzie z pasją zarażają nią innych i przyciągają do siebie dobrych ludzi. Jednocześnie i tych, którzy mają złe zamiary, jednak nawet jeśli chwilowo wygrywają, to zwycięzcami i tak są ci z marzeniami i dobrocią w sercu. Ci, którzy lubią ludzi i zachwycają się światem. Żyjmy marzeniami, spełniajmy je i bądźmy w tym odważni. To nie jest łatwa droga, ale jedyna, która daje szczęście.

By w życiu mieć odwagę i pasję. O filmie „Księgarnia z marzeniami”
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze