Być niechcianym to bardzo niemiłe uczucie [RECENZJA]

8 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

 „Jesień we Francji” to film z ubiegłego roku, lecz w naszych kinach pojawił się dopiero teraz. To historia rodziny z Bangui w Republice Środkowoafrykańskiej, która uciekła ze swojego kraju przed wojną. Ucieczka z piekła bezdusznej wojny do… właśnie: do czego? Czy aby nie do piekła bezdusznych przepisów i urzędów?

 

Poznajemy Abbasa Mahadjira i jego dzieci. Żony i matki już nie, bo została zamordowana po drodze, choć kilka razy pojawi się w filmie. W obraz wplatają się bowiem elementy nadprzyrodzone. Bohaterem, którego nietrudno nie polubić, jest ojciec rodziny. Robi wszystko, by zapewnić dzieciom dobry byt. Pracuje, stara się o legalizację pobytu, nie sprawia kłopotów. Film w dobry sposób pokazuje, jak walka o dobre życie rodziny wygląda z perspektywy uchodźców a jak w oczach tych, którzy przyjmują ich do swojego kraju. Dla nas to tania siła robocza i ewentualnie ludzie, których status muszą ustalić bezduszne procedury. Trudno też „nam” się dziwić – trzeba to wszystko uregulować jakimiś ramami prawnymi, ale jednocześnie coś w tym wszystkim nie wyszło. Gdzieś zgubił się człowiek. Europa – głównie Francja, Niemcy czy Szwecja – pomaga, ale sporo w tym nieudolności. W filmie widać to bardzo dobrze – najwyraźniej w Sądzie Krajowym dla Uchodźców, gdy urzędnik wywiesza w gablocie decyzję o przyjęciu wniosku o legalny pobyt we Francji. To miejsce, dla jednych jest miejscem radości, dla innych życiowej tragedii. Uciekli przed wojną i skrajną biedą, tu już powoli organizują życie, ale ciągle dużo w nim niepewności, która niekiedy kończy się decyzją: „deportacja”.

fot. fragment filmu, materiały prasowe

Nasi bohaterowie są we Francji od 19 miesięcy. Po roku sąd odrzucił ich wniosek. Wtedy, gdy dzieci miały już swoją szkołę, swoje miejsce na ziemi. Obok rodziny poznajemy Etienne’a. Dzieci nazywają go wujkiem. To młody filozof. On i Abbas mają nadzieję, że znajomość języka i wykształcenie pomogą im odnaleźć się w nowym kraju. Postawę Etienne’a, z wykształcenia filozofa, charakteryzuje romantyzm, emocjonalność i skłonność do radykalnych gestów natury politycznej. Zaprzyjaźniony z nim Abbas stara się z kolei znosić los emigranta z pokorą i spokojem. Ma wszak „na głowie” dzieci.  

 

„Naszego kraju nie ma, a tu nas nikt nie chce. Wybierasz nielegalny pobyt i upokorzenie? Mamy tylko naszą godność. Tylko to nam zostało” (rozmowa Abbasa z Etiennem) 

 

Znamienne jest to, że historia Abbasa, jego rodziny i jego przyjaciela to historia ludzi wykształconych. W ich domu, w ich relacjach bardzo duże znaczenie mają książki. Abbas i Etienne się nimi wymieniają, dzieci Abbasa bardzo lubią się uczyć i czytać. Abbas i Etienne wykonują jednak prace poniżej swoich kompetencji. Abbas pracuje na targowisku, a jego przyjaciel jest ochroniarzem w sklepie. Mimo wszystko nawet w tych trudnych chwilach wszyscy potrafią znaleźć chwile, w których zapominają o trudnościach. To chwile razem, w rodzinie, z przyjaciółmi. Patrząc na Abbasa i jego dzieci, pomyślałem: „Fajna z nich ekipa, fajnie by było, gdyby im się poszczęściło”. Publicysta „The Guardian” nazwał ten film „wzruszającym hołdem dla godności uchodźców”, z kolei „Screen International” „świadectwem naszych czasów”.

 

fot. materiały prasowe

 

Prawdziwy ojciec miałby dokumenty  

Ciekawym rozwiązaniem jest to, że narratorem, który wprowadza nas w historię rodziny, jest mały syn Abbasa. To dzięki niemu dowiadujemy się, skąd pochodzą, co ich spotkało po drodze, jakie mają plany i marzenia. Także te dziecięce. Wzruszający jest moment, w którym po kolejnej przeprowadzce w Paryżu dzieci pytają ojca, czy znajdą dom, który w końcu będzie ich, z którego nie będą musieli znowu uciekać. Są momenty dla Abbasa szczególnie ciężkie. Zmaga się ze smutkiem po utracie żony, nocami nękają go koszmary, jego sytuacja prawna staje się coraz trudniejsza, a w dodatku nie jest w stanie zapewnić dzieciom tego, co by chciał. „Mówiłeś, że znasz ludzi, którzy dobrze nas przyjmą. Okłamałeś nas” – mówi do niego syn i wtedy Abbasowi puszczają nerwy. Dzieci wyrzucają ojcu, że nie dał rady załatwić spraw sądowych i administracyjnych. Złoszczą się na niego, syn wręcz mówi: „Prawdziwy ojciec miałby wszystkie potrzebne dokumenty”, by zaraz jednak uściskać tatę i powiedzieć, że go kocha. Miłość zwycięża wszystko, a gdy zostajesz tylko z tym, co masz na sobie, liczy się to, co masz w sercu. I ludzi, których masz obok. 

 

„– Muszę Wam coś powiedzieć. Znowu się przeprowadzamy…  

– Czy my kiedyś będziemy mieli dom, jak inni?  

– My nie jesteśmy jak inni” (rozmowa ojca z dziećmi)  

 

Polacy lubią krem 

Wydawałoby się, że Abbas sobie poradzi, że sprawy urzędowe będą trwać długo, ale w końcu będą mogli zacząć tu nowe życie. Może na początku poniżej aspiracji, ale przynajmniej bezpieczne i spokojne. Jednak kłopoty nie ustępują. Mimo że świetnie zna francuski (w Bangui był profesorem na uczelni), jego dzieci też, pracuje, jego dzieci się uczą, to decyzja brzmi: deportacja do Republiki Środkowoafrykańskiej lub innego państwa przyjmującego. Dzieci Abbasa chciałyby dotrzeć do kraju, z którego w końcu ich nie wyrzucą. Przyznam, że nieraz, właśnie w takich momentach, miałem łzy w oczach.

 

fot. materiały prasowe

 

„Znowu omlety? Niedobrze mi od nich” (dzieci przy kolacji) 

 

Trudno nie kibicować Abbas i Carole. Carole to kobieta, którą Abbas poznał w pracy na targowisku. Tu pojawia się ciekawe tło. Carole ma w filmie korzenie polskie. Jej nazwisko to Blaszak. Przejawiają się w specyficzny sposób: w cieście z jabłkami i kremem. Placek jest reklamowany jako polski, „bo Polacy lubią krem”. Jakbyście nie lubili, to już wiecie, że lubicie (tu się uśmiecham). Carole to przykład udanej asymilacji, rozpoczęcia życia w nowym kraju, rozłąki z ojczyzną. Teraz ona stara się pomóc nowym przybyszom. Robi to nie tylko z odruchu serca i solidarności. Ona się po prostu w Abbasie zakochała – z wzajemnością. Pomaga mimo ryzyka. Grozi jej kara 30 tysięcy euro i nawet 5 lat więzienia. Sama jednak stwierdza: „Nie zrobiłam nic złego”. Tak by się wszak mogło wydawać, po prostu pomogła człowiekowi.  

 

„Tata zmienił się we Francji. W Afryce był fajniejszy” (syn Abbasa) 

 

Coś nam nie wyszło 

Pod koniec filmu docierały do mnie myśli, że coś z tym światem nie wyszło, coś poszło nie tak. Tak globalnie i generalnie, odchodząc nawet od bardzo złożonego i szerokiego tematu migracji i uchodźstwa. Dysproporcje między życiem w jednej części świata i drugiej są zbyt duże. Najbardziej boli to w przypadku dzieci. Czy bowiem są one winne temu, że akurat urodziły się w miejscu, z którego muszą uciekać? Smutne, że tak urządziliśmy nasz świat…  

W filmie są momenty, gdy emocje wręcz wylewają się z ekranu. Wtedy, gdy mieszkanie Carole odwiedza policja, bo szuka Abbasa, który w tym momencie nie miał już uprawnień do życia we Francji. Oczywiście zalegalizowanie pobytu w danym kraju to nie jest błaha i nieważna sprawa, jednak oni szukali go jak przestępcę jakby zrobił coś złego. Jednocześnie migrantom, którzy mieszkają na ulicy, pali się prowizoryczne baraki, a na murach widzą napisy: „won stąd”. Silna dawka emocji pojawia się także wtedy, gdy w nocy Abbasowi zdaje się, że widzi zmarłą żonę, rozmawia z nią. To chwile, gdy chowają zmarłego Etienne’a. Jego historia jest jeszcze bardziej tragiczna.

 

fot. materiały prasowe

 
Współczesna wieża Babel i punkt nasycenia
 

„Jesień we Francji” może zmusić nas – Europejczyków – do spojrzenia na świat z perspektywy uchodźców. Już sama ucieczka z domu jest bardzo trudną decyzją, szczególnie dla rodzin,. Kolejne kłopoty spotykają ich w drodze do Europy: trudne emocje, rozstania, choroby, niekiedy także śmierć. Na miejscu kłopotów nie ubywa. To walka o przetrwanie, o możliwość zostania na miejscu. Te emocje, jak w kapsułce, widać w takich miejscach jak Sąd dla Uchodźców. Nawet jeśli decyzja o emigracji została podjęta „tylko” z ekonomicznych powodów, to nigdy nie jest łatwa.  

 

„Dopóki stoimy na nogach, dopóki dzieci i ja wędrujemy. Gdzieś świeci nasza gwiazda”  

 

W pewnym momencie Abbas – i tu są wątki, które odnoszą się do rzeczywistości naszej, nie filmowej – wspomina konferencję z Evian, kiedy w 1938 r. we francuskiej miejscowości Evian-les-Bains państwa Europy Zachodniej uznały, że nie są w stanie przyjąć uchodźców żydowskich, bo osiągnęły już swój punkt nasycenia. To wydarzenie nazywane było później zielonym światłem dla zagłady. Abbas zastanawia się, czy będzie tak i teraz. Film miał premierę w 2017 r. i już teraz wiemy, że wiele krajów osiągnęło taki punkt. Abbas nazwał tę sytuację europejską współczesną wieżą Babel. Pewnie nieraz chciałby już się poddać, walczy jednak nie tylko dla siebie, ale bardziej dla swoich dzieci. Znamienna nazwa tłumacząca takie decyzje. „Nasycenie” wydawać by się mogło to pozytywne słowo, dobrymi uczuciami, w tym przypadku mogłyby oznaczać ludzką solidarność, pomoc. Mogłyby. 

 

„Wzięłaś mnie do swojego serca. Niech Bóg obdarzy Cię łaską” (Abbas w liście do Carole)  

 

fot. materiały prasowe

PS: W zupełnie innym i pobocznym wątku – warto mieć w domu rośliny. Uzmysłowiła mi to Carole i jej mieszkanie, w którym schronienia szukał Abbas i jego dzieci. Mieszkanie w wielkim bloku, dość szare, jednak dzięki roślinom zmieniło się w zieloną, dającą nadzieję przystań. 

„Jesień we Francji” to film Mahamata-Saleha Horonua, zdobywcy nagrody Jury w Cannes za film „Krzyczący mężczyzna”. Role główne grają cenieni francuscy aktorzy: Eriq Ebouaney oraz Sandrine Bonnaire, dwukrotna laureatka Cezara, która zdobywała również nagrody w Cannes i Wenecji.  

Być niechcianym to bardzo niemiłe uczucie [RECENZJA]
6 (100%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze