fot. mat. prasowe

„I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże!”, bo wszyscy jesteśmy ludźmi

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Komedia zbyt prześmiana – takie były moje pierwsze odczucia jeszcze w trakcie oglądania „I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże!”. To francuski obraz różnorodnej (pod względem etnicznym, religijnym i światopoglądowym) rodziny. Przypomina jednak bardziej kabaret niż dobrą komedię. Film Philippea de Chauverona ma jednak kilka ciekawych wątków, przy których warto się zatrzymać, choćby na drobną refleksję.

Obraz zaprasza nas do świata nieco zwariowanej francuskiej rodziny – poznajemy rodziców: Claude i Marie Verneuil. To bogaci Francuzi, którym niczego nie brakuje. Są już na emeryturze i teraz chcieliby tylko cieszyć się rodziną i ukochaną Francją. Rodzinę chcą mieć blisko, Francję też (gdy wyjeżdżają poznać miejsca, z których pochodzą mężowie / kandydaci na mężów ich córek, szybko znajdują w tych krajach same wady, dostrzegając zalety wyłącznie w swojej ojczyźnie). Claude’owi i Marie nie brakuje pieniędzy, nie brakuje im również dzieci. Mają cztery córki, wszystkie piękne, młode, utalentowane, każda w nich jest w związku (niektóre już zamężne, pojawiły się już także dzieci). Jest tak dobrze, że aż zaczyna wszystkim (a szczególnie młodemu pokoleniu) coś doskwierać. 

fot. mat. prasowe

Trudna Francja  

Panowie (David pochodzący z Izarela, Chao z Chin, Rachid z Algierii i Charles z Afryki) zaczynają narzekać na francuską rzeczywistość. A to zbyt dusząca biurokracja, a to charakterni Francuzi, a to widoczne na każdym kroku i rogu gorsze traktowanie cudzoziemców (nawet jeśli nad Sekwaną mieszkają i pracują już od lat). Zaczynają więc przekonywać swoje ukochane, by Francję opuścić i pojechać do ich ojczystych krajów.  Tam odetchną, tam w końcu będzie lepiej. Jedna para zaczyna więc uczyć się hebrajskiego, druga para stara się o pracę w Szanghaju i o chińską wizę. Trzecia? Rachid z Algieru przekonuje Odile, że lepszą prawniczką będzie w Algierze niż w Paryżu.  To w Algierii kobiety, uciskane przez męski patriarchat, potrzebują kobiety – prawniczki. Ostatnia para o Afryce nie myśli, ale za to o Indiach już tak. 

fot. mat. prasowe

Film ma sporo zabawnych momentów, jednak ich nasycenie sprawia, że widz może poczuć się jakby oglądał serial komediowy albo sitcom z podłożonym, nagranym śmiechem publiczności. Jest tego zbyt dużo, co odbiera opowiadanej historii walor autentyczności.   

Wielkanocna nowina  

Wszyscy – o swoich planach – postanawiają powiedzieć rodzicom podczas Świąt Wielkanocnych… Nietrudno domyśleć się, co o nagłym wyjeździe wszystkich swoich córek myśli Marie. Jest załamana. I wtedy… w głowie kobiety i jej męża rodzi się plan. Mają plan wydawałoby się na tamtą chwilę niemożliwy – chcą ich wszystkich zatrzymać. To szalony pomysł, ale jest w nim bardzo pozytywna siła – Claude i Marie robią wszystko, by swoje dzieci (i ich rodziny) zachować przy sobie. W rodzinie siła, rodzina jest najważniejsza. Czy im się to uda? Warto zobaczyć. Może okaże się, że „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”? To we Francji, która w ostatnich latach przeżyła mocno społeczne przeobrażenia, na pewno temat, który nawet w komediowej formie, może pobudzić do myślenia i „narodowej” refleksji.  

fot. mat. prasowe

Poważne różnice, lekkie do nich podejście  

I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże!” to wybuchowa mieszanka różnic kulturowych, etnicznych i religijnych. Marie to pobożna katoliczka, która ma dobry kontakt z miejscowym proboszczem. W jej rodzinie znajdziemy i Żyda i Algierczyka, który może nie jest wierzącym muzułmaninem, ale z tą kulturą się identyfikuje. Reżyser bardzo łatwo i lekko podchodzi do wszystkich tych różnic i próbuje potraktować je z humorem. Celnie pokazuje i wytyka nam stereotypy, przez pryzmat których potrafimy patrzeć na rzeczywistość, na naszych bliźnich (ba, nawet na członków naszej rodziny!). Każdy stereotypów używa i jednocześnie każdy jest na ich punkcie wyczulony. Chao z Chin oburza się, gdy szwagrowie wymieniają przy nim na głos słowo „żółty”. Z kolei Davida boli to, że przy wspólnych interesach jego wspólnicy z góry zakładają, że on – pochodzący z Izraela – może niezbyt precyzyjnie rozliczyć się z kosztów wspólnego biznesu.

fot. mat. prasowe

Przy narodzinach nowego dziecka wszyscy przekrzykują się w licytacji, do kogo noworodek jest bardziej podobny i geny której „strony” familii silniej reprezentuje. Rodzina dość łatwo przechodzi do porządku dziennego wobec różnic religijnych i światopoglądowych, od których uciec się nie da. Siostra Charlesa – czego przez dłuższy czas nie wiedzieli jego rodzice – jest lesbijką. Ojciec, który czekając na narzeczonego swojej córki, dowiaduje się, że czeka na narzeczoną, przeżywa szok. Mężczyzna dostaje zawału. Jednak już kilka dni później bawi się na weselu córki, na którym dobrze bawi się też miejscowy proboszcz. Wszystko jest zbyt bajkowe, by mogło być prawdziwe. Widz szybko dojdzie do wniosku, że w prawdziwym życiu tak łatwo, lekko i przyjemnie nie jest.

Zobacz w drugim człowieku… człowieka  

Może jednak warto na te półtorej godziny przenieść się w taki świat i coś z niego zaczerpnąć? Nie chodzi o to, by po wyjściu z kina dojść do wniosku, że tożsamość kulturowa, religijna to nic nie znaczące etykietki. Wręcz przeciwnie. Jednak – koniec końców – wszyscy jesteśmy ludźmi i w naszych relacjach zamiast na początku patrzeć na siebie, jako na: „Żyda”, „chrześcijanina”, „miejscowego” czy „migranta”, spojrzeć na siebie po ludzku – jak na człowieka.

fot. mat. prasowe

Film „I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże!” przekonuje, że jeśli człowiek chce i jeśli się tylko trochę postara, to różnice, które dzielą, da się przezwyciężyć. „Przezwyciężyć” – znaczy nie rezygnować z tego, co nas dzieli, ze swojej wiary, przekonań, poglądów. „Przezwyciężyć”, czyli sprawić, by te różnice nie stały na przeszkodzie we wzajemnym poznawaniu siebie i wzajemnym szacunku. Bo przecież wszyscy jesteśmy braćmi, rodziną. Wszyscy jesteśmy ludźmi!  

Zobacz także
Wasze komentarze