Fot. Archiwum

Zawsze wybiorę piłkę. O życiu zawodowego piłkarza ręcznego

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Jak to jest słyszeć hymn Polski stojąc na boisku i uczestniczyć w konsultacjach prowadzonych przez Sławomira Szmala? O tym oraz o innych doświadczeniach z życia zawodowego piłkarza ręcznego Karolinie Binek opowiedział Patryk Foluszny. 

Swoją przygodę z piłką ręczną zaczął w czwartej klasie szkoły podstawowej. Nauczyciel wychowania fizycznego zamiast piłek do futbolu, przyniósł te do piłki ręcznej. Już wtedy grał na pozycji bramkarza, bo, jak przyznaje, nie lubi biegać, a ta pozycja za bardzo nie wymaga tej aktywności. 

Szczęśliwy traf 

Już jako 17-latek, w sezonie 2013/2014, Patryk zadebiutował w I-ligowej KPR Ostrovia Ostrów Wielkopolski. Następnym klubem, w którym grał, był HSC 2000 Couburg. 

Do Bundesligi trafił dzięki filmikowi, który umieścił na YouTubie, głównie dla zabawy. Nie spodziewał się jednak aż takiego odzewu. – Później już wszystko potoczyło się bardzo szybko – dwa tygodnie, testy i miałem już podpisany 2-letni kontrakt – wspomina chłopak. 

– Jeśli chodzi o różnicę między grą w Ostrovii, a w Coburgu, to była bardzo zauważalna – opowiada dwudziestotrzylatek. – W Ostrowie jest klub półzawodowy. W Coburgu z kolei był już pełen profesjonalizm. Miałem przyjemność grać w najlepszej lidze świata, z najlepszymi zawodnikami, gdzie, nie każdemu, a wręcz małej liczbie zawodników, udaje się to przez całą karierę. Wielu próbuje się dostać do Bundesligi, a czasami odbijają się od muru. Bo tam na jedno miejsce czeka 10 lub 15 osób w kolejce. Miałem więc to szczęście, że mogłem trenować w młodym wieku z takimi zawodnikami i ze świetnym trenerem. Zaplecze, organizacja, szkolenie to było coś fantastycznego. Mieliśmy podstawione wszystko pod nos. Klub płacił mi za mieszkanie, dostałem też samochód. Miałem opłacone kursy językowe i obiady za darmo załatwione w restauracjach. Tam dbają o zawodnika – jak o świętość. Skupić trzeba się tylko na jednym – na ciężkim treningu. 

Na chwilę przed meczem 

W 2018 roku Patryk i niemiecki klub nie przedłużyli wygasającej umowy i młody piłkarz znów trafił do swojego macierzystego klubu z Ostrowa Wielkopolskiego, w którym gra do dzisiaj.  A jak wygląda jego dzień meczowy? 

– Jeżeli gramy u siebie, tego czasu jest trochę więcej. Bardzo ważne są wtedy posiłki. Nie można za bardzo się objeść i przejeść. Ja w ten dzień jem najczęściej tylko 2 lub 3 lekkie posiłki od rana. Zależy też, kiedy jest mecz. Jeżeli mecz jest na wyjeździe, to wiadomo – trzeba wcześniej wstać. Zazwyczaj wyjeżdżamy około 11 lub 12. W trasie jest bardzo niewygodnie. Te trzy godziny podróży działają na człowieka. Kiedy jadę – prawie cały czas myślę o meczu. W domu jestem jeszcze spokojny, wyluzowany, ale później niestety już nie. Przed meczem, jeszcze w trasie, oglądamy wideo z innych meczów. Choć jest trudno, to staramy się wtedy wyciszyć i odpocząć. Później dostajemy ostatnie wskazówki od trenera i zaczyna się gra. 

Fot. Archiwum

Usłyszeć hymn stojąc na boisku 

W styczniu 2013 roku Patryk został też pierwszy raz powołany do młodzieżowej reprezentacji Polski juniorów młodszych. Później grał w każdej z reprezentacji młodzieżowych, a nawet w kadrze B seniorów. 

– Jeśli chodzi o dzień meczowy reprezentacji, to było to dobrze zorganizowane. Byliśmy wtedy zameldowani w ośrodku lub hotelu, więcnprzed meczem rano był jeszcze trening, taki lekki rozruch. Później obiad i podwieczorek, podczas którego oglądaliśmy analizę wideo. Po tej odprawie zazwyczaj mieliśmy jeszcze wolną godzinę. W reprezentacji każdy mecz był bardzo szczególny. Miały one niezwykle specyficzny klimat. Aczkolwiek moje osobiste przygotowanie do meczu ligowego i w reprezentacji jest takie samo. Oczywiście, w reprezentacji jest też większy stres przez to, że z tymi ludźmi nie gram zbyt często i nie znam ich wszystkich. Nie ma takiego zgrania jak w klubie. Mimo wszystko myślę, że i tak fajnie to wyglądało. 

Fot. Archiwum

Piłka na pierwszym miejscu 

Patryk Foluszny już od dwunastu lat gra w piłkę ręczną. Poświęcił jej większość swojego życia. I mimo że trochę zazdrości kolegom, którzy studiują, to właśnie sport stawia w życiu na pierwszym miejscu. 

– Jeszcze zanim przeszedłem na zawodowstwo, to grałem w Ostrovii – wspomina szczypiornista. – Pierwszy sezon jeszcze pod kontraktem, za który miałem płacone w dość dobrych jak na tamte czasy pieniądzach pieniądzach. Wtedy właśnie łączyłem studia z graniem w piłkę ręczną. Studiowałem w Kaliszu i dojeżdżałem na treningi do Ostrowa. Niełatwo było przetransportować się tak szybko i zdążyć na trening. Zawsze trochę żałowałem, bo w szkole radziłem sobie dosyć dobrze. Nie miałem problemów ze zdawaniem egzaminów. Pierwszy rok skończyłem. Studia musiałem jednak przerwać, bo dostałem taką ofertę, której nie mogłem odrzucić. Urlop dziekański nie wchodził w grę, bo to był okres ponad dwuletni, wiedziałem więc, że na studia już nie wrócę. Oczywiście, jest mi trochę żal, że tych studiów nie skończyłem – dodaje młody zawodnik. – Tak sobie zawsze zakładałem, że te studia zrobię i skończę chociażby licencjat, żeby mieć wykształcenie wyższe. Jak patrzę, że koleżanki i koledzy studiują, to trochę im zazdroszczę. Gdybym miał więcej czasu i nie miałbym tylu obowiązków, to myślę, że zdecydowałbym się na studia. Jednak obecnie nie mogę nawet studiować w trybie zaocznym, bo w soboty i w niedziele gramy mecze. Wybór pomiędzy piłką a studiami jest prosty – wybieram piłkę. Może uda mi się skończyć jakieś studia w przyszłości.  

Fot. sport.elka.pl

Być jak Sławomir Szmal 

Kilka miesięcy temu Patryk już po raz kolejny uczestniczył w konsultacjach bramkarzy prowadzonych przez Sławomira Szmala. 

– Miałem przyjemność być powołanym w maju przed końcem sezonu przez trenera Sławka Szmala. Było naprawdę bardzo fajnie. Uczestniczyłem w takich konsultacjach już wcześniej, gdy odbywały się one w Kielcach. Jest to świetna inicjatywa, bo, jak wiadomo, bramkarz jest zawsze zaniedbywany na treningach, a tam były trzy dni z gronem fachowców, bo nie tylko był tam Sławomir Szmal, ale też inny świetny bramkarz – Sebastian Sokołowski. Zawodników było dwunastu, a sztab szkoleniowy liczył sześć osób. Fajne jest to, że na takich konsultacjach nie jest nas dużo, przez co trenerzy mają indywidualne podejście do zawodników. Można skorygować wszystkie swoje błędy i wady. Nie ma w Polsce drugiego takiego miejsca do treningów. Uczyć się od nich to jest naprawdę skarbnica wiedzy. Mam nadzieję, że w tym sezonie dobrze się spiszę i Szmal znowu zaprosi mnie na taką konsultację. Bardzo bym chciał. 

Zobacz także
Wasze komentarze