Zdjęcie: Tomasz Rożek, fot. arch. prywatne

Tomasz Rożek: „To Giewont przyciąga pioruny, a nie krzyż” [ROZMOWA]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

To dramatyczne lato w polskich górach. Burza, która 22 sierpnia nawiedziła Tatry, przyniosła tragiczne skutki. Zginęły 4 osoby: śmierć na miejscu poniosły dwie kobiety oraz dwoje dzieci – dziewczynka z Mazowsza i chłopiec z Małopolski. Po słowackiej stronie zginął czeski turysta. Ponad 150 osób zostało też rannych. 

Po tych wydarzeniach rozgorzała dyskusja: „to wina krzyża na Giewoncie, to krzyż przyciąga pioruny”. Czy tak jest naprawdę? Pytamy o to eksperta – Tomasza Rożka, fizyka, dziennikarza naukowego i telewizyjnego oraz radiowego publicystę. – Ten krzyż nie powoduje zwiększonej liczby wyładowań – mówi w rozmowie z Maciejem Kluczką i dodaje: „Jeżeli piorun ma walnąć w Giewont, to walnie w krzyż, a nie 10, 15 metrów obok”.  

Zdjęcie: Tomasz Rożek, fot. misyjne.pl

Maciej Kluczka (misyjne.pl): W górach pioruny są groźniejsze?  

Tomasz Rożek (fizyk, dziennikarz naukowy): Są częstsze. Każdy piorun jest groźny, ale w górach szczególnie. Są częstsze, dlatego, że góry są wyżej, a więc do piorunów bliżej, prawdopodobieństwo uderzenia pioruna jest większe.  

Bo jest krótsza droga między…  

między dołem chmury a powierzchnią ziemi – to droga miedzy miejscami naelektryzowanymi przeciwnymi ładunkami.    

Ten sławny krzyż – chroni czy stwarza niebezpieczeństwa?   

To, czy krzyż tam jest, czy go tam nie ma, nie ma żadnego wpływu na częstotliwość pojawienia się tam burz i piorunów. To nie jest tak, że gdyby go tam nie było to burze by Giewont omijały albo chmura by tamtędy przechodziła, ale nie byłoby wyładowań. Jeżeli cokolwiek przyciąga pioruny to raczej Giewont sam w sobie, jako największe wzniesienie w okolicy. Ten krzyż nie powoduje zwiększonej liczby wyładowań. Jeżeli spojrzymy w statystyki i porówna się sąsiednie szczyty, to liczba wyładowań jest podobna. Generalnie, w górach w ostre krawędzie pioruny uderzają częściej. Obecność krzyża czy jakiejkolwiek metalowej konstrukcji nie wpływa na częstość pojawiania się wyładowań…  

ale?  

… ale jeżeli ma już walnąć w tamtej okolicy, to trafi właśnie w krzyż.  

Tatry Giewont

fot. PAP/Grzegorz Momot

W tamtej okolicy – mówimy o masywie Giewontu?  

Jeżeli piorun ma walnąć w Giewont to walnie w krzyż, a nie 10, 15 metrów obok. I kluczowe pytanie brzmi: czy to znaczy, że krzyż przyciąga? Odpowiedź brzmi: „tak”, ale nie w tym znaczeniu, że przyciąga burze i pioruny. To przyciąganie polega na tym, że jeżeli pioruny już się tam pojawiają, to uderzą właśnie w ten metalowy krzyż niż w inne miejsce na szczycie, np. w skałę albo stojącego tam człowieka.  

A łańcuchy, które są w drodze na szczyt? One nie są połączone z krzyżem, ale czy mogą przewodzić ładunek elektryczny?  

To, że nie są połączone, nie ma znaczenia, one mogą ten ładunek przewodzić. Ładunek może przeskoczyć z krzyża, ze skał właśnie na łańcuchy.   

A piorun może też uderzyć bezpośrednio w łańcuchy?   

Może, ale na samym szczycie wydaje się to mało prawdopodobne, bo jeśli piorun ma już „wybrać” to wybierze krzyż, bo jest wyższy i łatwiej osiągalny. Jeżeli mówimy o łańcuchach w innych częściach wzniesienia, dalej od krzyża, to tak – piorun może uderzyć w łańcuch.  

>>> Gdy waliły pioruny, ten ksiądz udzielał rozgrzeszenia 

W sytuacji, gdy byli ludzie porażeni przez pioruny, a trzymali się za łańcuchy, trudno powiedzieć, czy piorun strzelił bezpośrednio w te łańcuchy czy „odskoczył” od krzyża. 

Trudno to ocenić. Podobno ładunek przepłynął po krzyżu i przeskoczył na łańcuch, ale tego nie możemy być pewni. To bardzo bolesne doświadczenie, trudno to zapamiętać, nawet jeśli się nie jest porażonym, ale gdy się jest „tylko” w pobliżu. To, że oni przeżyli oznacza, że piorun nie uderzył bezpośrednio w nich, ale już wcześniej ten ładunek został „zredukowany” poruszając się w materiale z którego wykonany jest krzyż.  

Czyli najlepszym zachowaniem w takiej sytuacji jest to, by odciągnąć ręce od łańcucha… 

jak najdalej.  

I być jak najbliżej ziemi? Na przykład przykucnąć, ale już nie położyć się?  

Choć musimy mieć świadomość, że w takim miejscu i w takiej sytuacji nigdy nie będziemy w pełni bezpieczni. Także dlatego, że ten krzyż przez specyfikę miejsca, w którym stoi nie jest dobrze uziemiony. W normalnej sytuacji, przy standardowym piorunochronie, przewodnik idzie do ziemi, on jest tam wkopany, a na samym dnie jest płyta, która jest szeroka i powoduje, że ten ładunek rozbiega się na wszystkie strony. Krzyża na Giewoncie nie da się uziemić, bo skały na to nie pozwalają.  

Widok na Giewont, fot. Grzegorz Mamot, fot. PAP

Czyli wtedy ładunek, który schodzi z krzyża, rozchodzi się po skale, po szczycie?  

Szczególnie, że w czasie burzy wszystko jest mokre. Ludzie powinni się trzymać jak najdalej od metalowych elementów, ale nawet to nie gwarantuje bezpieczeństwa. Ładunek może bowiem przebiec po powierzchni skały. Powinni złączyć nogi, schylić się, kucnąć, ale nie leżeć. Gdyby oni tam byli w tych samych warunkach, a krzyża by nie było, to moim zdaniem byłoby o wiele gorzej. Wtedy więcej wyładowań przejmowałyby łańcuchy albo sami ludzie. 

Wychodzi na to, że to sam Giewont jest niebezpieczny, a krzyż może jedynie poprawiać sytuację, bo „weźmie na siebie” większość wyładowania.  

Bez krzyża – moim zdaniem – ludzie byliby mniej bezpieczni. To Giewont przyciąga pioruny, a nie krzyż.  

Giewont spośród innych gór jest najbliżej miasta, najbliżej Zakopanego. Czy gdy burza idzie od strony miasta, to właśnie na Giewoncie zaczynają się pierwsze wyładowania? Bo przy Giewoncie burza napotka pierwszą przeszkodę, najbliżej położony punkt?  

Niekoniecznie musi tak być. Tych czynników, które wpływają na to, czy piorun uderzy jest kilka. Jednym z nich jest odległość, o której mówiliśmy na początku rozmowy, ale są też inne – np. warunki w chmurze, czy ona się wystarczająco naelektryzowała. Taka burza może przejść nad Giewontem, nie mieć tyle ładunku w sobie i wyładować się dopiero dalej.  

Zdjęcie: akcja ratunkowa z 22. sierpnia, fot. PAP

Czy ta burza – przez to, że przyniosła tyle obrażeń i zabiła 4 ludzi – była inna, silniejsza niż wszystkie inne, które spotyka się w Tatrach?  

Tak, to nie była zwykła sytuacja. Ta burza nie wpisywała się w „standard” tego miejsca. Ta burza była dużo mocniejsza niż zwykle, a burze w górach i tak już są bardzo niebezpieczne. Generalnie – jak zmienia się pogoda, to turyści powinni od razu schodzić, powinni zawrócić o wiele wcześniej. Ona była mocniejsza niż zwykle: pod względem liczby wyładowań i długości trwania samej burzy.  

Jaką siłę ma takie wyładowanie atmosferyczne?  

Tradycyjne wyładowanie ma 100, może 200 kWh. To można przeliczyć na ilość energii, jaką żarówka potrzebuje by palić się przez cały „swój czas”. A tu taka energia skupia się w jednym momencie.  

A czy takie wyładowanie jest widoczne z bliska? To rozbłysk światła?  

Takie uderzenie jest widoczne, to błysk. Człowiek może tracić przytomność, niektórzy głuchną, ślepną, niektórzy doznają szoku, ale generalnie wychodzą z tego bez obrażeń. Z kolei inni doznają rozległych poparzeń albo zatrzymania akcji serca. To niezwykle złożona sytuacja i w jej epicentrum znaleźli się ci turyści. 

Zobacz także
Wasze komentarze