Wszystko zawdzięczam Panu Bogu – rozmowa z Lechem Dyblikiem

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

O szczęściu, rodzinie i o tym jak bunt może być drogą do Pana Boga z aktorem Lechem Dyblikiem rozmawia Michał Jóźwiak.

Mówi się, że człowiek jest szczęśliwy, kiedy lubi to, co robi. Pan jest szczęśliwy dzięki swojej pracy?

To duże uproszczenie. Bycie szczęśliwym kojarzy się z odkryciem sensu swojego życia i byciem na właściwiej drodze. Zadowolenie z tego, co się robi jest tylko jednym z elementów szczęścia. Ze swoich doświadczeń widzę, że przez całe życie miałem problem z odnalezieniem siebie i ze zrozumieniem, po co jestem na tym świecie. Na początku wydawało mi się, że powinienem walczyć przede wszystkim o udane życie zawodowe. Aktorstwo to taki zawód, że albo jest się kimś wielkim, albo nikim. Każdy chce być wielki (śmiech). Tu jest pewna pułapka. Kariera to tylko jakiś wycinek z życia, nie można wszystkiego stawiać na jedną kartę. To nie jest najważniejsze.

Co oprócz aktorstwa jest tym sensem życia?

To dość banalne i proste. Bardzo odnalazłem się w roli męża i ojca. Wiąże się to z przyjemnościami, ale również z obowiązkami.

Ale w życiu rodzinnym chyba nie od razu było tak jak powinno?

Oj nie! Cała zabawa polega na tym, że przez wiele lat w ogóle nie brałem pod uwagę tego, że można czuć się dobrze jako mąż swojej żony i ojciec swoich dzieci. Wydawało mi się to bardzo odległym ideałem. Na początku oczywiście wszystko jest pięknie. Ale później rodzą się dzieci, w domu jest zamęt i kojarzyło mi się to wyłącznie z pasmem udręki. Teraz widzę w tym ogromny sens. W pewnym momencie życia się w tym wreszcie odnalazłem i poczułem się człowiekiem na swoim miejscu.

Jak to się stało?

(westchnięcie) Wszystko zawdzięczam Panu Bogu i swojemu nawróceniu. Pochodzę z katolickiego domu, byłem ministrantem, ale będąc nastolatkiem, podważyłem absolutnie wszystko. Byłem zbuntowany – jak wielu młodych ludzi. Wówczas bardzo mnie urzekała wizja stworzenia nowego świata – to, co oferował komunizm. Komunizm jest niezwykle atrakcyjny dla młodych ludzi, bo tam jest obietnica szczęścia dla wszystkich. Młody człowiek zazwyczaj stoi w opozycji do swoich rodziców, do wzorców, które są mu narzucane. Chłopak zawsze ma przekonanie, że będzie lepszy niż jego ojciec. Byłem jednym z takich młodych ludzi, którzy chcieli życie zorganizować po nowemu.

Iskrzyło na linii ojciec – syn?

Nasza historia była bardzo trudna. Ojciec przesadzał z piciem. Teraz wiem, że był tak samo chorym człowiekiem jakim ja jestem. Chciałem to wszystko wyprostować. Mówiłem sobie: u mnie będzie inaczej. W efekcie wyszło to samo.

Chichot losu…

Mimo że człowiek chce inaczej, mimowolnie kopiuje zachowania rodziców. To niesamowicie ważne, co dzieci obserwują w domu. Rodzicom się zazwyczaj wydaje, że wychowywać to znaczy zmieniać, a to nieprawda. Kiedyś jeden z mądrych księży powiedział: „nie zmieniajcie swoich dzieci, bo one i tak będą takie, jakimi wy jesteście. Sami się zmieniajcie”. To jest sedno.

Skoro i tak będą kopiowały zachowania rodziców, to niech kopiują dobre.

Naiwna wiara, że przy pomocy nakazów cokolwiek się osiągnie, jest próżna. Kiedy byłem młodym człowiekiem, nienawidziłem, kiedy ktoś mi coś kazał. Byłem absolutnie zbuntowany. Zresztą zostało mi to do dzisiaj (śmiech). Jestem podejrzliwy, kiedy wszyscy się ze wszystkim zgadzają. Wtedy wiem, że muszę się zbuntować. Tak na wszelki wypadek. A powód się później znajdzie. Jednomyślność widzę jako zagrożenie.

Niektórzy właśnie dlatego „boją się” Kościoła, bo kojarzy im się z jednomyślnością, z przestrzenią, w której nie ma przecież miejsca na bunt.

Jest jedna rzecz w Kościele niezwykle trudna: posłuszeństwo. Jednak mimo swojej buntowniczej natury widzę w nim ogromny sens, bo posłuszeństwo jest lekcją rozpoznawania własnej pychy. Kiedy chcę wszystko robić po swojemu, to jest niedobry sygnał, że chcę robić coś lepiej od Pana Boga. Akurat teraz przychodzą mi do głowy słowa Maryi: „Niech mi się stanie według Twego słowa”. To niezwykle trudne, ale też interesujące i pociągające. Chcąc rozpoznawać wolę Boga, wkraczamy w bardzo ciekawy świat. Mnie to kręci (śmiech).

Bo jest nieprzewidywalność.

Już dawno porzuciłem myśl, że coś jest wbrew logice. Logika Pana Boga jest inna niż moja, ale to nie oznacza, że nie ma w niej sensu. Wręcz przeciwnie. Opowiem pewną anegdotę. Latem sporo grywam na ulicach. W tym roku w Ciechocinku opowiadałem ludziom o swoich występach w więzieniu. W pewnym momencie mężczyzna około trzydziestki, bez zębów, pewnie lekko pod wpływem, przerwał mi krzycząc: „Co ty możesz wiedzieć o więzieniu, dwanaście lat spędziłem za kratkami. Życie mi zmarnowali”. Chciał skorzystać z mikrofonu. Nigdy się na takie coś nie godzę, bo wiadomo, że będzie siara, a wokół stoi przecież grupa ludzi zainteresowanych rosyjską piosenką w moim wykonaniu. Ale się zgodziłem. Wykrzyczał wszystko, co mu leżało na sercu przez mikrofon. To była żenująca sytuacja. Zapytałem go, jak ma na imię, i powiedziałem: „Marcin, wiem, co powinieneś w tej sytuacji zrobić, bo mnie to kiedyś pomogło. Tobie pewnie też pomoże”. Wszyscy patrzą z zaciekawieniem. „Marcin, powinieneś się porządnie wyspowiadać” – powiedziałem. W tłumie ludzi, którzy przyglądali się tej sytuacji, podniosła się ręka i głos: „ja się tym zajmę. Jestem księdzem”. Marcin odszedł z księdzem na bok i po prostu się wyspowiadał. To niewiarygodne. Cud na naszych oczach. To wszystko było nielogiczne. Marcin zasługiwał na kopa w tyłek, a nie na dopuszczenie go do mikrofonu. Ale miało to sens. Wielki sens.

Czyli bunt może być drogą do Pana Boga.

Tak! Ja w tym widzę ewidentne działanie Pana Boga.

To chyba pokazuje, że Kościół ma do odegrania wielką rolę także wśród tych zbuntowanych, wykluczonych, ubogich, uzależnionych, pogubionych…

Pan Bóg i Kościół porządkują życie. Ponadto w Ewangelii według św. Mateusza jest napisane, że „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich”. To podkreślenie roli wspólnoty. We wspólnocie człowiek może duchowo wzrastać. Alkoholicy nie leczą się indywidualnie, tylko we wspólnotach.

Wigilie dla ubogich na placach i rynkach polskich miast i właśnie we wspólnotach pokazują, jak wielka siła może płynąć ze wspólnoty. Spotkanie nie tylko dodaje otuchy, ale także – jak Pan mówi – sprzyja rozwojowi duchowemu.

Mam znajomych księży, którzy pełnią nie tylko posługę stricte duszpasterską, ale są też terapeutami, pomagają wychodzić ludziom z nałogów czy wspierają ubogich. To przydaje wartości Kościołowi. Za słowem idzie coś więcej. To jest konkret. Kościół to nie teatr, w którym ksiądz się ładnie ubiera podczas Mszy św., albo w którym ktoś ładnie zaśpiewa. Chociaż to też jest ważne.

Niektórych do Kościoła może przyciągnąć estetyka.

Otóż to. Ale ten najgłębszy sens działalności Kościoła widzę w tym bardzo namacalnym wkraczaniu w ludzkie dramaty. Tam, gdzie się pojawia Pan Bóg, tam już nie ma miejsca na rozpacz.

Czyli najważniejszą rolą Kościoła jest…

… służba. Nawet nie samo pomaganie. Bo pomaganie może być pożywką dla własnej pychy. A służba zawsze stawia drugiego człowieka wyżej ode mnie. Robisz swoje i znikasz. W Kościele jest jeszcze jedna rzecz, która mnie niesłychanie pociąga: dyskrecja. Dzieje się wiele dobrego, choć niekoniecznie się o tym głośno mówi. To bardzo potrzebne.

Zaczęliśmy naszą rozmowę od tego, że na sens i szczęście składa się kilka elementów. Czy biorąc pod uwagę relacje z Bogiem, życie rodzinne i pracę zawodową czuje się Pan spełniony?

Czuję przede wszystkim ogromną wdzięczność za to, co mam. Życie rodzinne jest tutaj bardzo ważne. Mieszkamy w domu, który lubimy, w którym jest wesoło. Możemy jeść długo obiad i cieszymy się, że jesteśmy razem. Czujemy się ze sobą dobrze i bezpiecznie.

Czyli miłość jest najważniejsza?

Tak. Pan Bóg i Kościół pomógł mi to zrozumieć i uporządkować chaos, który był wcześniej. Jest mnóstwo poradników, jak żyć i jak być szczęśliwym, ale Pismo Święte jest najlepsze.

Wszystko zawdzięczam Panu Bogu – rozmowa z Lechem Dyblikiem
6 (100%) 10 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze