wierzę w ciebie

fot. kadr z materiału kanału Monolith Films (YouTube)

Hubert Piechocki: zmarła, ale jej śmierć zmieniła życie milionów [RECENZJA]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W kinach możemy właśnie obejrzeć film „Wierzę w Ciebie”. To opowieść o Jeremym Campie, chrześcijańskim muzyku amerykańskim. Jako młody chłopak przeżył ogromna tragedię – śmierć swojej pierwszej żony. Jednak to właśnie to wydarzenie dało mu światło tak potrzebne do dalszego życia.

Jeremy Camp ma dzisiaj 42 lata, od 2003 r. jest w związku małżeńskim z Adrienne Liesching. Mają dwójkę dzieci oraz jedno już w niebie. Jako małżeństwo pielęgnują pamięć o Melissie, pierwszej żonie Jeremy’ego. Dziewczyna zmarła na raka w wieku 21 lat. Film „Wierzę w Ciebie” to próba opowiedzenia światu o Melissie i jej wierze. Próba udana.

Emocje, uczucia i Bóg

Historię tego artysty łatwo znaleźć w sieci. Dlatego fakt, że film opowiada o życiu i śmierci pierwszej żony Jeremy’ego – Melissy – nie jest spoilerem. Bo w tym obrazie to nie wydarzenia są najważniejsze – a emocje i uczucia łączące bohaterów. I Bóg, który jest niewidzialną, acz bardzo ważną częścią fabuły. I wreszcie ważne są słowa, które padają z ust bohaterów. Słowa często niełatwe, ale też słowa, które stają się modlitwą.

wierzę w ciebie

fot. kadr z materiału kanału Monolith Films (YouTube)

Muzyka i miłość

Historia Campa zaczyna się 1 września 1999 r. Młody chłopak opuszcza swój rodzinny, pełen ciepła dom w Indianie. Wyjeżdża do dalekiej Kalifonii, by rozpocząć studia w College’u Wspólnoty Chrześcijańskiej Golgota. Tam jego życie diametralnie zmienia się. Zaczyna karierę muzyczną – muzyka była zawsze ważna w jego życiu. Przed wyjazdem otrzymuje od rodziców nową gitarę. „Dla mnie muzyka to hobby, dla ciebie to dar. Jedź pisać swoją własną historię” – mówi mu na pożegnanie ojciec. I dzięki muzyce Jeremy poznaje też Melissę. Zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia.

>>> Mało znana Finlandia [RECENZJA] 

Jesteśmy gwiazdami w Bożej galaktyce

„Bóg jest nieskończony, a to jest Jego obraz” – mówi do Jeremy’ego Melissa na pierwszej randce. Umawiają się w miejscu, w którym wyświetlane jest pełne gwiazd niebo. „On maluje miliardami gwiazd i biliardami galaktyk. Zna moje imię i kreśli przeznaczenie, które kiedyś odkryję” – kontynuuje dziewczyna. Gwiaździste metafory mają dla tego obrazu ogromne znaczenie. Wszak „jesteśmy gwiazdami w nieskończonej galaktyce”. Film nie pokazuje jednak związku Jeremy’ego i Melissy jako wielkiej sielanki. Od początku widzimy, że problemów im nie brakowało. Trudno im było przyznać się przed znajomym do tego, że są razem. Ostatecznie… młodzi się rozchodzą. Jeremy wyjeżdża na Boże Narodzenie do domu, słoneczną Kalifornię zamienia w zaśnieżoną Indianę.

wierzę w ciebie

fot. kadr z materiału kanału Monolith Films (YouTube)

Straszliwa wiadomość

I to właśnie w tym momencie bohaterowie dowiadują się o chorobie Melissy. Chorobie, która zmieni ich życie. Rak trzeciego stopnia z przerzutami na wątrobę. Dziewczyna przyznaje, że się boi, ale wierzy, że jest jakiś powód. „Pomyślałam, że może Bóg wyznaczył mi jakieś ważne zadanie, którego sama bym nie wybrała” – przyznaje. I mówi, że jeśli jej cierpienie ma zmienić życie choć jednej osoby – to warto.  Znając historię Jeremy’ego i jego drugiej żony wiemy już, że ta śmierć zmieniła życie nie jednej osoby – ale milionów. Zatem – było warto. Choć przede wszystkim to cierpienie zmieniło chyba samego Jeremy’ego.

Cud i śmierć

Obserwujemy walkę z chorobą Melissy i modlitwy o cud, o uzdrowienie. Widzimy, jak młody jeszcze chłopak robi wszystko, by uratować miłość swego życia. „Twoja wiara jest światłem przewodnim dla mnie i wszystkich, którzy cię znają” – mówi podczas jednego z koncertów, na którym jest też Melissa, wówczas już jego narzeczona. Do cudu… dochodzi! Dzięki temu Jeremy i Melissa mogą się pobrać. Dziewczyna przeżywa najpiękniejszy dzień swojego życia – jak zanotuje potem w swoim dzienniku. A potem choroba wraca. Lekarze nie dają jej już żadnej nadziei na wyleczenie. Melissa umiera, a Jeremy jest załamany. Ale przecież „śmierć jednej gwiazdy przyćmiewa całą galaktykę…”. Chłopak odbywa szalenie poruszającą rozmowę ze swoim ojcem. Trudno nie uronić podczas niej łez. To wtedy dociera do niego, czym jest prawdziwa miłość – że mógł jej chociaż przez moment doświadczyć. By jednak w pełni zrozumiał swoje doświadczenie, musi znaleźć kartki z dziennika, które Melissa ukryła w ważnym dla niego miejscu. „Zobaczyłam, że cierpienie nie zabija wiary, tylko ją udoskonala. (…) Czuje się bezpieczna i odważnie idę w kierunku światła ze spokojem, którego nie pojmuję” – przeczyta chłopak.

>>> Życie wśród szympansów [RECENZJA] 

wierzę w ciebie

fot. kadr z materiału kanału Monolith Films (YouTube)

Nadzieja

To nie jest prosta, ckliwa opowieść z happy endem. To trudna, ale poruszająca serce historia pełna smutku, która ostatecznie daje nam nadzieję. To opowieść o cudzie i o śmierci i o tym, że obie te rzeczy mają konkretną wartość w naszym życiu. To historia o tym, że życie jest pełne – jak mówi ojciec Jeremy’ego – „nie pomimo rozczarowań, ale dzięki nim”. To wreszcie film, który tak bardzo konkretnie uświadamia nam, że warto zawierzyć Bogu. Warto zgodzić się na Jego plan. To życie doczesne jest bardzo ograniczone czasowo – nie zapominajmy, że zmierzamy do lepszej rzeczywistości.

Świetna muzyka i dobre aktorstwo

Nie można zapomnieć też o muzyce, która jest pełnoprawnym bohaterem tej opowieści. Jeremy Camp gra chrześcijańskiego rocka, przede wszystkim takie delikatne ballady. I te utwory przewijają się wciąż w ścieżce dźwiękowej filmu. Warto wspomnieć, że tytułowy utwór – „I still believeCamp skomponował chwilę po śmierci Melissy i była to jego muzyczna odpowiedź na odejście ukochanej. W filmie piosenki wykonuje odtwórca roli Jeremy’ego – australijski aktor młodego pokolenia KJ Apa. Możemy go kojarzyć z roli Archiego Andrewsa w młodzieżowym serialu NetflixaRiverdale”. W „Wierzę w Ciebie” Apa ma okazję pokazać inną stronę swojego kunsztu aktorskiego. Chłopak ma do zagrania wiele bardzo emocjonalnych scen – i daje sobie z nimi radę. Radzi sobie też muzycznie – co akurat nie powinno dziwić, bo i w „Riverdale” jego bohaterowi wciąż towarzyszy gitara. Na ekranie zobaczymy też Gary’ego Sinise’a, którego od czasu zakończenia „Kryminalnych Zagadek Nowego Jorku” nie mieliśmy okazji oglądać w zbyt wielu produkcjach (ostatnio pojawił się także w finałowym sezonie „13 powodów”). Partneruje mu, jako matka Jeremy’ego, kanadyjska piosenkarka Shania Twain.

>>> Zabawa w kotka i myszkę [RECENZJA] 

Idźcie do kin!

Mądra historia z przesłaniem, świetna muzyka, film, który się po prostu dobrze ogląda. Warto udać się do kin, by poznać opowieść o Jeremym, Melissie i o muzyce. A przede wszystkim o Bogu, niezwykłym Malarzu, dla którego każdy z nas jest gwiazdą. Warto! 

Zobacz także
Wasze komentarze