fot. Archwium prywatne Anity Odachowskiej
Zostałam wdową w wieku 38 lat. Dziś wiem, że o samobójstwie trzeba mówić głośno [ROZMOWA]
Po śmierci męża Anita Odachowska długo nie potrafiła powiedzieć, że odebrał sobie życie. Dziś prowadzi pokcast, grupę wsparcia i współpracuje z Fundacją Życie Warte Jest Rozmowy. W rozmowie z Karoliną Binek opowiada o żałobie, poczuciu winy i sile, którą odnalazła w pomaganiu innym.
Karolina Binek (misyjne.pl): W jednym z wpisów na Instagramie napisała Pani: „Nie wiedziałam, jak z tym żyć, jak wyjść z traumy, jak odnaleźć się w życiu. Całymi latami nie potrafiłam powiedzieć wprost, jak zmarł mój mąż”. W jaki sposób zaczęła Pani odnajdywać się w życiu na nowo?
Anita Odachowska: – To, co Pani zacytowała to odniesienie do pierwszych tygodni po śmierci mojego męża. Ale już wtedy, chcąc, nie chcąc, musiałam zacząć żyć po traumie, którą przeszłam. Miałam wtedy pod opieką córkę oraz moją siostrzenicę. Jedna miała jedenaście, a druga dwanaście lat. Nie miałam więc wyjścia. Musiałam codziennie rano wstać, pomóc naszykować im się do szkoły oraz z pomocą mojej mamy zajmować się pogrzebem i wszystkimi innymi sprawami z naszej codzienności, które przecież nie znikają wraz ze śmiercią bliskiej osoby. Zakupy, praca, szkoła dzieci, płacenie rachunków – to wszystko nadal jest.
Wspomina Pani o mamie. Jak po tej tragedii zachowywali się Pani bliscy, nie tylko rodzina, lecz także znajomi?
– Bardzo różnie. W pierwszym momencie wszyscy byli bardzo pomocni. Tego dnia, kiedy mój mąż odebrał sobie życie, wszyscy z rodziny przyjechali do mnie do domu. Podejrzewam natomiast, że przyjaciele nie wiedzieli wtedy, jak się zachować i uznali, że jest to moment dla rodziny. Ale później i oni się pojawili. Z kolei, kiedy już pożegnaliśmy mojego męża, to przyjaciele zostali, a rodzina mojego męża od tamtego momentu właściwie nie kontaktowała się ze mną i z moją córką. Do pewnego stopnia to rozumiem, bo wiem, że też przeżywali wtedy swoją żałobę. A kiedy jedną z emocji towarzyszących żałobie jest gniew, a z nim wiąże się szukanie winnych, szczególnie w przypadku śmierci samobójczej. Myślę więc, że po prostu obwinili mnie o śmierć mojego męża. Bardzo często tak się dzieje, że obwiniani w takich sytuacjach są najbliżsi, bo mogli czegoś nie dopilnować, nie dopatrzeć, nie zauważyć. W zeszłym roku spotkaliśmy z rodziną przypadkiem na cmentarzu. Część z nich, mimo tego braku kontaktu, zachowywała się, jak gdyby nic się nie zmieniło, jakby cały czas ten kontakt był. Inni natomiast po prostu się odwrócili. Dla nas, zwłaszcza dla mojej córki, która wraz ze śmiercią taty straciła też ciocię, wujków, kuzynów, to zdarzenie było bardzo nieprzyjemne. Proszę sobie wyobrazić – mnie z nimi nie wiązały żadne więzy krwi, choć byliśmy bardzo zżyci, ale moja córka to przecież dziecko ich brata… A po prostu przestała dla nich istnieć.
Mówi się, że samobójstwo nigdy nie ma jednej przyczyny, że powody do jego popełnienia nawarstwiają się w życiu niczym krople w szklance wody. Większość społeczeństwa chyba wciąż jednak myśli, że często powód decyzji o odebraniu sobie życia jest jeden.
– Bardzo wiele osób tak myśli. Na szczęście już dużo w tym zakresie się zmienia, m.in. dzięki takim inicjatywom jak Fundacja Życie Warte Jest Rozmowy oraz dzięki temu, że jest w Polsce Krajowy Program Zapobiegania Samobójstwom. Natomiast faktem jest, że w społeczeństwie wciąż pokutuje wiele mitów i obrazów fałszywego kryzysu samobójczego, który niewiele ma do tego, jak jest naprawdę. A póki większość społeczeństwa nie zrozumie, na czym ten kryzys polega, to te mity wciąż będą funkcjonowały. Sama, publikując w mediach społecznościowych, ciągle się z nimi spotykam. Ale z drugiej strony – jeżeli takie osoby takie jak ja nie będą się włączać w walkę z tymi stereotypami, to one nadal będą. Jest to więc moja mała misja, by zmieniać świadomość społeczną na temat kryzysu samobójczego i przyczyn samobójstw. Między innymi, bo w tej misji jest też edukacja na temat wdów i wdowieństwa.
>>> W zapobieganiu samobójstwom seniorów ogromną rolę odgrywa ich aktywizacja [ROZMOWA]
Po śmierci męża miała Pani sama do siebie wyrzuty, że czegoś Pani nie dopatrzyła, że mogła coś zrobić, by temu samobójstwu zapobiec?
– Przechodzi przez to każda osoba, która straciła kogoś bliskiego w wyniku samobójstwa. Nawet jeżeli nie będzie wprost siebie o to obwiniać i mieć wyrzutów z powodu samobójczej śmierci, to zawsze będzie mieć je podświadomie. Bo my zawsze myślimy o tym, że coś mogliśmy zrobić, coś zauważyć. Tylko że bardzo często jest tak, że symptomy, o których ja oraz eksperci edukujemy, nadal będą przez nas bagatelizowane. Bo przecież „on tak ma”, „on ma teraz gorszy czas”. Każdy z nas ma swoje życie, jest praca, są dzieci. W tym wszystkim bardzo często trudno wyłuskać te objawy kryzysu samobójczego. Tak jak wspomniałyśmy wcześniej, wciąż też za mała jest w społeczeństwie wiedza na ten temat. To, co widziałam trzynaście lat temu u mojego męża, to były dla mnie objawy depresji, choroby alkoholowej, tego, że miał też schorowany organizm, że miał problemy z pracą, że od lat cierpiał na poważne zaburzenia snu. Ale nigdy nie powiązałabym tego z kryzysem samobójczym. Nie miałam nawet pojęcia, że taki kryzys istnieje. Dzisiaj, kiedy tyle wiem na ten temat, widzę to zupełnie inaczej. Mój mąż powtarzał czasami, że bez niego będzie nam, mi i mojej córce, łatwiej. Denerwowałam się wtedy na niego, bo nie miałam pojęcia, że umniejszanie swojej roli to jeden z podstawowych objawów kryzysu samobójczego. Gdybym połączyła całą swoją dzisiejszą wiedzę z tym, co wtedy widziałam, to może byłabym bardziej stanowcza w tym, by wręcz zmusić mojego męża do sięgnięcia po pomoc, bo on konsekwentnie tej pomocy odmawiał. Namawiałam go wielokrotnie na terapię, a on zawsze mi powtarzał, że to ja jestem jego najlepszą terapeutką i że na żadną terapię nie pójdzie.
>>> Nie mów: „tak miało być”. Jak wspierać rodziców po stracie dziecka? [ROZMOWA]
Nawiązała Pani do swoich działań prowadzonych w mediach społecznościowych. Czy dzisiaj rzeczywiście mamy w nich większą przestrzeń do mówienia na takie tematy niż kiedyś?
– Myślę, że mamy większą przestrzeń w tej kwestii i że jest to duża zasługa Fundacji Życie Warte Jest Rozmowy oraz Biura do Spraw Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym, które działa przy Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. A przykłady tego, jak dużą pracę wykonała fundacja i wszystkie te instytucje, są takie, że: po pierwsze, w zeszłym roku odnotowany został pierwszy bardzo duży spadek samobójstw od czasu, kiedy w ogóle są prowadzone statystyki. Po drugie – ten temat zaczyna być poruszany w dużych mediach. Nie pokątnie, nie od czasu do czasu w artykule w sensacyjnym tonie, lecz w sposób bardzo merytoryczny i edukacyjny. Byłam niedawno uczestniczką debaty w TVN24, w której wzięłam udział razem z suicydolożką dr Halszką Witkowską oraz z Łukaszem Nowakiem, autorem książki „Warto żyć”, który ma za sobą kilka prób samobójczych, a teraz sam pomaga innym. To, że nie tylko eksperci, ale też osoby, takie jak ja czy Łukasz, jesteśmy zapraszani do dużych stacji, świadczy o tym, że powoli to tabu zaczyna być przełamywane. Wbrew pozorom i temu, co się powszechnie sądzi, rozmowa o samobójstwach i zapytanie kogoś, czy ma myśli samobójcze, jest dużo lepszym krokiem niż unikanie tego tematu. Bo bardzo często te osoby potrzebują właśnie tego, żeby ktoś po prostu je zauważył i żeby mogły swoim psychicznym bólem się z kimś podzielić.

Pamięta Pani moment, w którym zaczęła Pani przyznawać publicznie, że mąż popełnił samobójstwo, a nie zmarł z jakiegoś innego powodu?
– Trudno byłoby mi umiejscowić ten moment w czasie. Bo na początku faktycznie nie potrafiłam tego powiedzieć. Oczywiście, miałam świadomość tego, co się wydarzyło, bo przecież sama znalazłam ciało mojego męża, organizowałam pogrzeb i tak dalej. Ale bardzo długo nie potrafiłam o tym mówić. Zaraz po pogrzebie bardzo chciałam wrócić do pracy. Z jednej strony nie potrafiłabym cały czas siedzieć w domu, w którym było tyle wspomnień, z drugiej – bardzo lubiłam moją ówczesną pracę, pracowałam z przyjaciółmi. Zadzwoniłam więc do mojej szefowej i powiedziałam jej, że chcę wrócić. Miała jednak wątpliwości co do mojego tak szybkiego powrotu do obowiązków i zaproponowała mi wolne, podczas którego będę mogła na spokojnie sobie wszystko poukładać. Odpowiedziałam jej wtedy, że będę zajmować się układaniem życia w pracy. I tylko jedyne o co proszę, to o to, żeby nikt ze mną nie rozmawiał o tym, co się stało. Współpracownicy to uszanowali, chociaż myślę, że było to dla nich trudne. Bo byli przyjaciółmi nie tylko moimi, ale też mojego męża. Później przez kilka kolejnych lat, gdy poznawałam kogoś nowego i gdy dowiadywał się, że jestem wdową, a zostałam nią, gdy miałam trzydzieści osiem lat, to bardzo się dziwił. Bo o wdowach często myślimy jak o starszych panach w czerni. Tak oczywiście też jest, i to bardzo często. Ale jest też wiele wdów w wieku matrymonialnym, które mają małe dzieci, pracę, długie życie przed sobą. I kiedy ktoś wtedy pytał mnie, co się stało, zawsze odpowiadałam, że mój mąż chorował. Częściowo było to prawdą. Bo miał depresję i chorobę alkoholową, z której wywiązała się bardzo uciążliwa choroba organizmu, przez którą miał wyniszczone narządy. Ostatnie trzy lata jego życia spędzaliśmy pomiędzy domem, pogotowiem a szpitalem. I tak w kółko. Ale podanie tego powodu jako powodu jego śmierci nie było pełną prawdą. Ale dopiero kilka lat po tym samobójstwie odważyłam się o tym mówić, choć na początku używałam eufemizmów, jak „odejście, o którym mój mąż zdecydował sam”. Wydaje mi się, że zaczęłam się do tego ośmielać w momencie, kiedy założyłam na Facebooku grupę wsparcia dla wdów.
Ta grupa funkcjonuje od dawna?
– Prowadzę ją od siedmiu lat. Pewnego dnia postanowiłam napisać na swojego bloga artykuł na temat tego, jak to jest być młodą wdową. W tym tekście, tak jak wcześniej wspomniałam, jeszcze nie potrafiłam nazwać samobójstwa wprost. Pisałam, że mój mąż postanowił pożegnać się ze światem. W komentarzach pod tym wpisem inne kobiety – również wdowy, zaczęły wspominać o swoich doświadczeniach. To poczucie przynależności do nich spowodowało, że zaczęłam mówić o samobójstwie mojego męża wprost. Dzisiaj, kiedy prowadzę swój podkast, kiedy napisałam książkę „Być (młodą) wdową” i kiedy współpracuję z Fundacją Życie Warte Jest Rozmowy, wiem, jak to ważne, by jak najwięcej osób takich jak ja mówiło o samobójstwach, by im zapobiegać. Bo może usiąść przed nami tysiąc ekspertów, mówić najmądrzejsze rzeczy i podawać różne statystyki oraz odwoływać się do badań. Ale nawet to nie sprawi, że będą tak wiarygodni, jak człowiek, który sam miał próby samobójcze lub doświadczył samobójstwa kogoś bliskiego. Taka osoba może zawsze osiągnąć o wiele więcej w kwestii przede wszystkim normalizowania rozmowy na ten temat, bo ludzie odbierają takiego kogoś jako „jednego z nas”, a do tego dochodzi jeszcze empatia. A jeśli jeszcze łączymy nasze siły z ekspertami, to już naprawdę możemy wiele zdziałać w tym temacie. Dlatego cieszę się, że do debaty w TVN24 została zaproszona nie tylko dr Halszka Witkowska, ale też taka osoba jak ja i jak pan Łukasz Nowak. I wiem, że to był pomysł pani Halszki, która naprawdę robi ogromną i wspaniałą robotę w obszarze zapobiegania zachowaniom samobójczym.
Myślę, że innym pomaga też napisana przez Panią książka. Odzywają się dziś po jej przeczytaniu do Pani kolejne wdowy, którym ta lektura daje nadzieję i pomaga się odnaleźć w życiu bez męża?
– Najczęściej zdarza się tak, że kobiety trafiają najpierw na moje media społecznościowe, a później na mojego bloga i dopiero sięgają po książkę, więc znają już część publikowanych przeze mnie treści. Natomiast niedawno stworzyłam mapę Polski, w której zaznaczyłam miejsca, do których moja książka już trafiła i cieszę się, że jest w każdym województwie w Polsce. Ten problem młodego wdowieństwa nie jest więc niczym nietypowym, dzieje się wszędzie. Każdego dnia w Polsce wdowami zostaje około 300 kobiet, a te statystyki dotyczą tylko związków zalegalizowanych. Kilkanaście z nich to osoby młode i bardzo młode. Mam w grupie na Facebooku m.in. wdowę, która trafiła do niej jak miała dwadzieścia jeden lat, po samobójczej śmierci swojego męża. Dla mnie młodą wdową jest zarówno ona, jak i trzydziestolatka, pięćdziesięciolatka, ale też każda starsza kobieta, która straciła męża i po raz pierwszy w życiu znalazła się w takiej sytuacji, więc jest w tym „młoda”.
W tym miesiącu papież Leon XIV zaapelował o modlitwę i wsparcie osób zmagających się z myślami samobójczymi. Co Pani myśli o tym, że również w Kościele kwestia samobójstwa powoli przestaje być tematem tabu?
– Samobójstwo nie ma wieku, płci, rasy, wyznania, statusu materialnego i poziomu wykształcenia. Ono dotyczy nas wszystkich. Jeśli nadal konsekwentnie będziemy obalać mity na ten temat oraz edukować, i robić to w każdym obszarze naszego życia, to myślę, że możemy osiągnąć dużo więcej niż udało się nam osiągnąć do tej pory. Warto dodać, że ofiar samobójstw w Polsce jest dwa razy więcej niż ofiar wypadków na drogach. Kampanii społecznych na temat piratów drogowych jest wiele. A ile widziała Pani kampanii przeciwko samobójstwom?
>>> Ks. Tomasz Trzaska: duchowni mogą odegrać dużą rolę w zapobieganiu samobójstwom [ROZMOWA]
Kojarzę tylko tę prowadzoną przez Fundację Życie Warte Jest Rozmowy…
– I Krajowy Program ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym prowadzony w ramach Narodowego Programu Zdrowia. Oby nadal działały i miały finansowanie, bo bardzo dużo mamy do zrobienia w tym temacie. Na pewno fantastyczne jest, że do tematu prewencji samobójstw włączają się ludzie z tak różnych środowisk. Ja w grudniu zeszłego roku miałam wielką przyjemność nagrać odcinek podkastu z ks. Tomaszem Trzaską, który jest suicydologiem i pracuje z osobami w kryzysie samobójczym oraz szkoli księży, policjantów, dziennikarzy czy nauczycieli z zakresu suicydologii. Polecam ten odcinek, bo można w nim zobaczyć, jakie dziś jest spojrzenie Kościoła na ten temat. Rozmawiamy m.in. o depresji księży, która jest, a o której się za dużo nie mówi. Nawet sami księża mają w zwyczaju powtarzać: „To ja mam pomagać innym, a nie szukać pomocy”. A przecież ksiądz jest człowiekiem takim samym, jak każdy z nas i również powinien sięgać po pomoc, gdy jej potrzebuje. Często księża są tymi osobami pierwszego kontaktu, u których wierni szukają pomocy w kryzysie emocjonalnym, i może im być zwyczajnie trudno dźwigać ileś tych kryzysów.
Co dzisiaj daje Pani największą siłę i poczucie sensu w życiu?
– To, co robię. Kiedy dostaję wiadomości od wdów, komentarze w grupie lub od osób, które przesłuchały odcinki mojego podkastu, że to, co robię, im pomaga lub otwiera oczy, to czuję się spełniona. Dzisiaj koleżanka, która ma problemy z bratem w kryzysie zdecydowała się ze mną tym podzielić, bo wie, że edukuję w tym temacie, pomagam, kieruję w odpowiednie miejsca i zajmuję się wsparciem w żałobie po śmierci samobójczej. Dzięki temu, że ja ciągle gromadzę wiedzę na ten temat, że współpracuję z Fundacją Życie Warte Jest Rozmowy, która prowadzi bezpłatny serwis dla osób w kryzysie, ich bliskich i rodzin w żałobie po śmierci samobójczej, mogłam dać jej bardzo konkretne wskazówki, co robić, gdzie może szukać pomocy i na co powinna zwracać uwagę. I jej brat na szczęście nadal żyje. To efekt tego, że taki zwykły człowiek jak ja mówi publicznie o swoim doświadczeniu. To sprawia, że inni ludzie, którzy nigdy nie odważyliby się z kimś porozmawiać na temat kryzysu samobójczego ze względu na panujące w społeczeństwie stereotypy i tabu, którym ten problem nadal jest w wielu środowiskach objęty, nagle się otwierają. I właśnie ta koleżanka wyściskała mnie dzisiaj i powiedziała: „Dobrze, że jesteś”. W takich chwilach naprawdę czuję, że mam realny wpływ na rzeczywistość. Gdy nagrywam podkast, zawsze mówię, że jeśli tym czy innym odcinkiem pomogę chociaż jednej osobie, to cały mój wysiłek jest tego wart.
>>> Czy można jedną modlitwą uratować tysiąc dusz? [ROZMOWA]
Co powiedziałaby dzisiaj Pani osobie, która przechodzi przez podobne doświadczenia, co Pani?
– Jeśli byłaby to osoba, która widzi, że coś złego dzieje się z kimś bliskim, skierowałabym ją do serwisu zwjr.pl po bezpłatną pomoc. Osobie, która jednak już straciła bliskiego w wyniku samobójstwa, powiedziałabym, że teraz musi przede wszystkim zająć się sobą oraz swoimi bliskimi. Powiedziałabym też, że żałoba po śmierci samobójczej jest trudniejsza niż po innej śmierci, dlatego tym bardziej trzeba zaopiekować się sobą. W takich sytuacjach zostajemy wszyscy z pytaniem, na które odpowiedź została zabrana do grobu. To pytanie brzmi: „dlaczego?”. My na nie nigdy nie znajdziemy odpowiedzi, nawet jeśli – tak jak ja – po latach zaczniemy zdobywać wiedzę na temat przyczyn i objawów. Nawet jeśli osoby odbierające sobie życie zostawiają listy pożegnalne, to i tak te listy nie mówią wszystkiego, a czasem są tylko zwykłym: „przepraszam”. Poza tym dodałabym w rozmowie z taką osobą, że nie jest niczemu winna, że nie może się obwiniać i że ten bliski, który był w kryzysie, po prostu nie radził sobie. Był jak w tunelu, w którym nie widział nic, nawet bliskich wyciągających do niego rękę. Tak było u mojego męża. Wiele razy prosiłam go, żeby zapisał się na terapię, mówiłam, że mu pomogę, że z nim pójdę. Ale niestety – tak jak powiedziałam – to się nigdy nie wydarzyło. Mając to doświadczenie wiem, jak ważne jest, by po śmierci bliskiego zadbać o siebie, ale jednocześnie nie gubić pamięci o osobie, którą się straciło. Bo bardzo często są to ludzie, których kochaliśmy z całego serca, niezależenie od tego, jakie mieli problemy. A gdyby taka osoba z podobną historią do mojej, powiedziała, że mimo to jest jej za trudno i że sobie nie radzi, to także pokierowałabym ją do serwisu Życie Warte Jest Rozmowy, gdzie może otrzymać bezpłatną pomoc, która jest tam świadczona również rodzinom ofiar samobójstw.

Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Nadzieja pośród ciemności. Święty Jan od Krzyża i sztuka oczyszczonej pamięci [ROZMOWA]
Czy chrześcijanin powinien bać się śmierci?
Cmentarz jest miejscem niedopełnionej obietnicy [FELIETON]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny